Zespoły grające muzykę z pogranicza popu i rocka mają to do siebie, że zaskarbiają sobie uwagę dwóch różnych grup fanów (a może i więcej!), dzięki swojej elastyczności, a przy tym zachowaniu profesjonalizmu W Polsce takim gagatkiem jest Krzysztof Zalewski, który świetnie świewa i równie świetnie wygląda, a od fanów odpędzić się nie może. Ameryka ma takich perełek wiele, ale dziś będzie tylko o jednej.
OneRepublic to odzwierciedlenie typowej amerykańskiej gwiazdy. Takiej, która jest utalentowana, której każdy kawałek wpada w ucho, niekoniecznie z zamiarem jego wczesnego opuszczenia. Zagraniczni artyści mają to do siebie, że wzbudzają przeogromne emocje, szczególnie jeśli czeka się na nie w Polsce bardzo długo.
One Republic wystąpił w łódzkiej Atlas Arenie, aby otulić swoją dobrą robotą zgromadzonych w niej fanów. Było ich po sam dach, a emocje buzowały w powietrzu. Koncert trwał prawie 2h, wypełniony był tzw. bengerami, do których każdy śpiewał i tańczył, jak tradycja koncertowa nakazuje. Na uwagę niewątpliwie zasługuje głos Ryana Teddera, który czaruje prostotą, a jednocześnie mocą. Artysta udowadnia, że nie trzeba latać na linach pod sufitem czy rzucać w ludzi brokatem, aby zrobić na nich wrażenie. Takie właśnie występy lubię. Proste, przepełnione muzyką i umiejętnościami, a nie dodatkami.
Z tego chociażby powodu zapisuję ten koncert na liście tych udanych. Było znakomicie!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz