To jeden z tych koncertów, którego nie mogłam się doczekać, a jednocześnie czekać musiałam, bowiem bilet zakupiłam równo rok przed wydarzeniem. Dopłacając jednocześnie do miejca przy wyjściu, bo takie lubię najbardziej. Trzydziesty tegoroczny koncert był zjawiskowym zwieńczeniem projektu "Trzydzieści koncertów na trzydziestkę".
Wydarzenie odbyło się w lubianej przeze mnie Tauron Arenie w Krakowie. Choć aura była nieco jesienna i niska temperatura była mocno odczuwalna, na koncert szłam z grącym sercem i otwartą głową. Po to, aby chłonąć z koncertu to, co najlepsze. A że takie okazje nie zdarzają się zbyt często, choćby nie wiem, jak bardzo chciało mi się spać, czułam, że tego wieczoru muszę być w formie. I byłam.
Występ rozpoczął się punktualnie. Na scenie pojawił się zespoł Simpy Red, który od roku 1984 dzierży kaganek muzyki. I choć kapela w 2010 roku ogłosiła koniec działalności, cieszę się, że finalnie na scenę wrócili. Dzięki temu miałam niepowtarzalną szanę zobaczenia i usłyszenia wibitnych muzyków, którzy na scene czarowali. Nie animacjami, latającymi przedmiotami czy konfetti. Zachwycali głosem, dźwiękiem, obrazem, który malował się w wyobraźni słuchacza.
Mick Hucknall to znakomity wokalista, który na żywo brzmi identycznie (jeśli nie lepiej!), jak na żywo. Łapie na serce, tworzy emocje i na długo nie pozwala o sobie zapomnieć. Wyśpiewał publiczności najpiękniejsze piosenki, które od lat zdobią niejedną playlistę.
Wśród zgromadzonych pojawili się przedstawiciele kilku pokoleń, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że mimo dużej ilości ścierwa w internecie, istnieją jeszcze ludzie, którzy mają dobry gust muzyczny i którym zależy, aby wartościowa muzyka wciąż żyła.
Krakowski koncert w mojej głowie nadal żyje i to najpiękniesze, co mogło mi się przydarzyć.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz