Sobotnie popołudnie. Teoretycznie ostatnie wakacyjne, praktycznie się okaże. Wsiadam do czarnej strzały i gnam na ciekawą, prężnie rozwijającą się akcję do jednego z pobliskich miast.
Zostawiwszy samochód pod przyjaciółką większości Polaków- Biedrą, udaję się w kierunku Łaźni Miejskiej. To właśnie na parkingu przed tym budynkiem startuje III przejazdówka miłośników rolek. Oczywiście wybierałam się na tą akcję od pierwszej przejazdówki, ale nie od dziś wiadomo, że to co zaplanuję, nigdy się nie udaje. Ważne, że teraz dotarłam i nawet miałam rolki!
Na odgrodzonym placu zebrała się spora grupa zarówno biorących udział w wydarzeniu, jak i samych obserwatorów. Co ciekawe, przedział wiekowy był naprawdę szeroki: były dzieciaczki w wózkach, młodzież, a nawet osoby starsze, które zapewne postanowiły urozmaicić sobie słoneczne popołudnie lub po prostu trafiły tu przypadkowo.
Każdy kto posiadał rolki rozgrzewał się na niewielkim obszarze jeżdżąc najlepiej jak tylko potrafi. No prawie każdy, bo ja wybrałam siedzenie na krawężniku i podziwiane innych, w szczególności grupę RoleOpole, która pojawiła się chwilę później.
Ach, czego to oni nie potrafią. Wiedziałam o Nich, o Ich umiejętnościach, ale nie miałam okazji zobaczyć tego na żywo. Szczena opadała mi z każdą sekundą, bowiem kiedyś sama zaczęłam się uczyć slalomu itp., ale mój zapał skończył się wraz z końcem któryś tam wakacji.
Minuty leciały, aż wreszcie Mirek powitał wszystkich bardzo gorąco i RoleOpole zaczęły swój pokaz. Najlepszych momentów nie uwieczniłam, ale później postanowiłam, że użyję mojego najcudowniejszego telefonu na świecie, który jest ze mną już czwarty rok, nie jest dotykowy, co więcej nie zamieniłabym go na żaden inny, aby wykonać kilka amatorskich ujęć.
Kliknij!
Tu także kliknij!
Prudnickie Rolki także pokazały na co Je stać i wszyscy razem (pragnę wspomnąć, iż to spotkanie miało na celu integrację ludzi poruszających się na rolkach, rowerach, wózkach, deskorolkach i innych) ruszyliśmy ulicami miasta rozruszać mięśnie. Pogoda sprzyjała, było naprawdę gorąco, szczególnie po przejechaniu kilku km.
Na początku oczywiście wszyscy poruszaliśmy się zwartą grupą, a co najważniejsze po chodnikach. Niestety każdy zmotoryzowany człowiek chce poczuć wolność, wiatr we włosach i swobodę, więc porządek został zatracony i każdy gnał na złamanie karku przed siebie, nie ważne, czy chodnikiem, drogą, trawnikiem... liczyła się dobra zabawa. Tak dobra, że jako grupa dostaliśmy dwa upomnienia od mundurowych, właśnie za poruszanie się po drodze asfaltowej. Ach ta władza...
Podążając do "mety" opadałam już z sił. Kondycji to ja nie mam, za to cała reszta owszem. Na szczęście nikt nie musiał mnie transportować na parking, obciachu sobie nie narobiłam, a bawiłam się przednio. Wszystkim ludziom poruszającym się na rolkach dobrze patrzy z oczu. Polubiłam Ich!
Po całym jakże przyjemnym spotkaniu udałam się na rynek, gdyż tam można było naładować się rockową energią. Miejscowe kapele dawały czadu, choć widownia była skromna. Wszystko smacznie i z przyjaznym nastawieniem.
Pokręciłam się jeszcze chwilę po kostce brukowej i stwierdziłam, że to koniec na dziś. Stopy mi napuchły, czułam, że szykuje się jakieś otarcie (na tych rolach jeździłam pierwszy raz i pewnie ostatni), więc udałam się do samochodu. I tak oto powędrowałam do domu, gdzie opróżniłam cały wodopój, a pragnienie wciąż nie ustępowało. Wzięłam prysznic, zrobiłam wyjściowy make up i udałam się ponownie do tego samego miasta, już w innym celu. Niestety druga część planowanego dnia nie była sympatyczna, więc poprzestanę na tej, która zostawiła na mej twarzy uśmiech.
Pozdrawiam Rolki Prudnik i RoleOpole.
Jesteście niesamowici, miło Was było zobaczyć i mam nadzieję, że to nie ostatnie takie spotkanie.
Anita.
wtorek, 30 września 2014
wtorek, 16 września 2014
XII Prudnicki Maraton Pieszy.
Co prawda sprawozdanie z tego wydarzenia napisałam wczoraj, ale jako, iż jest ono dość oficjalne, postanowiłam sklecić tutaj skromniejszy, luźno pisany post.
Losowanie nagród odbyło się dość sprawnie. W zeszłym roku wróciłam z maratonu z kijkami do Nordic Walkingu oraz zestawem przydatnych gadżetów. W tym roku wróciłam z czymś większym i lepszym. Wróciłam z wielką satysfakcją dotyczącą tego, że moja skromna (Ależ oczywiście!) osoba mogła przyczynić się do wygranej dla mojego ex liceum. 400 PLN drogą nie chodzi, za to my przeszliśmy wieloma drogami i te 400 złociszy zdobyliśmy, tym samym pierwsze miejsce należy do nas.
13 września upłynął pod znakiem wędrówki. Pod znakiem długiej, trudnej, wesołej, męczącej wędrówki, którą to pokonałam w ramach XII Prudnickiego Maratonu Pieszego. I choć był to mój drugi maraton na dystansie 22 km, zmęczona byłam tak samo jak za pierwszym razem. Leniuchowanie na wakacjach dało się we znaki mimo, iż myślałam, że przez wakacje poprawię kondycję, a w sumie ją zdobędę, bo jak się okazało, nie posiadam jej wcale.
Ale do rzeczy...
Maraton zaplanowałam już na początku lata, dołączyłam do wydarzenia na jakże znanym i lubianym przez większość ludzi portalu społecznościowym jakim jest facebook i wyczekiwałam tej fantastycznej soboty, jak dla mnie jeszcze wakacyjnej.
Tydzień przed maratonem okazał się deszczowy. Odbiło się to na frekwencji, gdyż dopiero w sobotę rano zaczęło wychodzić słońce i ziemia stawała się bardziej sucha. W piątkowy wieczór mnie samą naszły wątpliwości, czy jest sens iść cały dzień w deszczu... położyłam się spać nie nastawiając budzika. Stwierdziłam, że jeśli się obudzę oznacza to, iż mam iść. Jeśli zaś zaśpię oznacza to, że pójście na te wydarzenie w taką pogodę nie było mi pisane.
W sobotę o godzinie 8:30 dostałam sms'a, który spowodował, iż otworzyłam oczy. Telefon obudził mnie na szczęście, bo o godzinie 9:00 mieliśmy wystartować spod altany w Parku Miejskim. Pakowałam plecak jednocześnie zakładając spodnie na tyłek. Stawiłam się punktualnie w miejscu zbiórki, po czym i tak ruszyliśmy z piętnastominutowym opóźnieniem.
Jako, iż ostatnio dopadł mnie stres, a w mej głowie głębią się same kiepskie myśli, posiłki ograniczyłam do minimum. Nie jestem w stanie za dużo przełknąć. Przed maratonem zjadłam suchą grzankę, więc pierwsze kilometry nie wyglądały ciekawie. Źle się czułam; bolała mnie głowa, nie miałam siły, w dodatku wspinaliśmy się coraz wyżej, więc zmieniało się ciśnienie. Fatalny stan. Gdy w końcu doszliśmy do SSM w Wieszczynie, poczułam ulgę.
To jeden z punktów kontrolnych, gdzie nasza karta musiała zostać podbita, a my mieliśmy ok. 30 minut odpoczynku. Skorzystałam z tego i początkowo udałam się na wieżę widokową, która znajdowała się tuż za schroniskiem. Piękne widoki, piękna wysokość. Tak, mam lęk wysokości, ale przecież najlepsze w tym wszystkim są te uginające się nogi i ścisk zapierający dech w piersiach. Przecież o to chodzi, żeby przezwyciężać swoje słabości, prawda?
To jeden z punktów kontrolnych, gdzie nasza karta musiała zostać podbita, a my mieliśmy ok. 30 minut odpoczynku. Skorzystałam z tego i początkowo udałam się na wieżę widokową, która znajdowała się tuż za schroniskiem. Piękne widoki, piękna wysokość. Tak, mam lęk wysokości, ale przecież najlepsze w tym wszystkim są te uginające się nogi i ścisk zapierający dech w piersiach. Przecież o to chodzi, żeby przezwyciężać swoje słabości, prawda?
Będąc już w schronisku złapałam za telefon. Pół dnia bez internetu to długo jak dla mnie. No to szybkie połączenie wi-fi i wzięłam się za pierwszy tego dnia posiłek. Kąsałam bułę raz po raz wpatrując się w ekran telewizora wiszącego na ścianie. Koleś, który trzymał w dłoni zmieniarkę skakał z polskiej telewizji i kabaretu na telewizję Trwam i Mszę Świętą. Wokół same "hibzdery", więc i tak nie było do kogo szczęki otworzyć. A co, msza też mi się przyda, szczególnie teraz, kiedy opadam z sił. Może Bóg ześle mi trochę mocy, albo przynajmniej wiary we własne siły.
Nie będę opisywała szczegółów. Odcinki trasy naprawdę sporo się od siebie różniły. Obejmowały one zarówno drogę asfaltową, polną, łąki, ścierniska, wąskie ścieżki leśne oraz leśne drogi, gdzie błoto sięgało kostek. Wspomniałam już o "hibzderach". No to teraz sobie wyobraź jak ich pięknie wypolerowane buty nike czy air max zanurzają się w błotku, brudnym, mokrym i głębokim, jak na naturę przystało. Widok bezcenny. I kto by pomyślał, że będą z tego powodu marudzić, gdy ktoś inny w tym czasie za takie rarytasy jakimi jest kąpiel błotna płaci spore pieniądze. Nigdy nie zrozumiem nowego pokolenia.
Idąc łagodniejszym fragmentem naszej 22 kilometrowej trasy mieliśmy okazję przejść po drewnianych mostkach czy przy małych, niedawno zasadzonych drzewkach, którym to przypisano imiona na cześć zasłużonych ludzi mających z tego typu wyprawami wiele wspólnego. Moim zdaniem to świetny gest.
Nie obyło się bez czekania na drugą część grupy, która na 2 km przed metą została w tyle gubiąc się w dobrze oznakowanym miejscu. No cóż, takie rzeczy się zdarzają. Ważne, że z daleka unosił się dym z ogniska rozpalonego na polanie, gdzie kończyła się nasza przygoda. Poczułam się jak w "Zagubionych". Kierowałam się w stronę dymu, a końcowy odcinek wraz z towarzyszami podróży przeszłam na skróty, coby koła nie robić, a jak najszybciej usiąść i siedzieć, siedzieć i siedzieć...
Losowanie nagród odbyło się dość sprawnie. W zeszłym roku wróciłam z maratonu z kijkami do Nordic Walkingu oraz zestawem przydatnych gadżetów. W tym roku wróciłam z czymś większym i lepszym. Wróciłam z wielką satysfakcją dotyczącą tego, że moja skromna (Ależ oczywiście!) osoba mogła przyczynić się do wygranej dla mojego ex liceum. 400 PLN drogą nie chodzi, za to my przeszliśmy wieloma drogami i te 400 złociszy zdobyliśmy, tym samym pierwsze miejsce należy do nas.
Pomijam fakt, że z miejsca mety miałam jeszcze 4 km do PKP, ale w dobrym towarzystwie można było iść nawet dalej.
Po powrocie do domu ujrzałam gar tuszonki, za którą od razu się wzięłam, Nie, nie chodzi tu o konserwę wojskową. Trzeba tego spróbować, by wiedzieć co to takiego. Kubki smakowe zostały zaspokojone, kąpiel odhaczona. Przyszedł czas na plastry rozgrzewające i maści przeciwbólowe. Bo jak przez cały maraton nic mi nie było, gdy tylko usiadłam rozbolało mnie wszystko. Nie umiałam chodzić po schodach, czułam wszystkie mięśnie. Były spięte, jakby ciągle zaciśnięte. Na łóżku nie umiałam się nawet obrócić, ale ciągle sobie powtarzałam, że tak miało być. Gdyby nie moje wakacyjne lenistwo, nic by mi nie było. Nie minęło dużo czasu, a zasnęłam. Poranek rozpoczęłam z lekkim bólem kończyn i kręgosłupa, ale miałam co robić, więc rozruszałam odpowiednio ciało.
Nie chcę sobie obiecywać, że poprawię kondycję, ale za rok mam ogromną ochotę spróbować swoich sił na dystansie kilometrów pięćdziesięciu. Ot tak, poprzeczkę trzeba podnosić.
Życzyłabym Tobie i sobie więcej tak aktywnie spędzonych sobót.
Anita
czwartek, 11 września 2014
Czy w sieci można być s@motnym?
Wypowiedź zacznę od udzielenia niezbyt konkretnej odpowiedzi na pytanie postawione wyżej. Uważam, że większość ludzi w życiu realnym czuje się bardziej samotna niż internetowi maniacy, do których zresztą sama należę.
Przyszła pora, kiedy to natknęłam się w sieci (Ach ta sieć! :) ) na film o tym samym tytule co książka. Nie wahałam się ani chwili, tylko zaczęłam oglądać. I choć po dziesięciu minutach miałam mieszane uczucia myślałam, że to dlatego, iż akcja się dopiero rozkręca. Niestety film w moich oczach okazał się niewypałem.
Zdaję sobie sprawę, iż nie da się idealnie odwzorować książki i przedstawić jej na ekranie, ale tyle pomiętych wątków i zmienionych elementów nie jestem w stanie nikomu przebaczyć.
Człowiek czytając lekturę wyobraża sobie każdą postać, sytuację. Maluje w głowie obraz, który jest tak piękny, że towarzyszy czytelnikowi do końca książki. Później gdy człowiek włącza film jest zawiedziony, bo inaczej wyobrażał sobie postacie. Jego życie traci sens, a on sam zaczyna się zastanawiać, dlaczego aktorzy grający w filmie nie wyglądają jak Ci, których sam sobie wykreował.
W tym momencie bardzo się cieszę, że po książkę sięgnęłam szybciej. Po filmie nigdy bym jej nie otworzyła. Ekranizacja tego bestselleru okazała się nudna, mimo, iż grali w niech ciekawi aktorzy.
Cóż mogę jeszcze dodać...
Jak widać na załączonym obrazku, czytanie książek jest o wiele lepsze niż sięganie po film. Kształtuje naszą wyobraźnię, ćwiczy zrozumienie teksu, a przede wszystkim składnia mózgowie do myślenia. Zatem nie podkładajmy sobie gotowców w formie ekranizacji, tylko sięgnijmy po to, po co sięga mniej ludzi. Przecież lepiej należeć do lepszej mniejszości, niż do gorszej większości.
Anita.
Tyle.
Co do samej lektury "S@motność w Sieci" (bo to o niej dziś mowa), jest cudowna. Przedstawia sytuację niesamowicie zbliżoną do tej, którą można spotkać we własnym, realnym życiu. Chwata ze serce niczym wygłodniały psiak za kawał szynki i targa naszymi emocjami, gdy my jesteśmy w trakcie przerzucania wzroku do kolejnego wersu.
Może to dziwne, ale książka jest miła w dotyku. To żaden fetysz. O tak po prostu dodatkowy punkt w obserwacji. Przecież pałętając się po domu lepiej jest trzymać w dłoni książkę, niżeli telefon. A takiej książki nie chce się wypuszczać z dłoni nawet na sekundę.
Bardzo się cieszę, że stałam się posiadaczką "S@motności..." (Dziękuję!). Dzięki temu dostrzegłam kolejne życiowe wartości i zmieniłam spojrzenie na pewne kwestie.
Janusz Leon Wiśniewski spisał się na medal, a nawet dwa, skoro po największy bestseller ostatnich lat sięgnęłam już trzeci raz.
Co do samej lektury "S@motność w Sieci" (bo to o niej dziś mowa), jest cudowna. Przedstawia sytuację niesamowicie zbliżoną do tej, którą można spotkać we własnym, realnym życiu. Chwata ze serce niczym wygłodniały psiak za kawał szynki i targa naszymi emocjami, gdy my jesteśmy w trakcie przerzucania wzroku do kolejnego wersu.
Może to dziwne, ale książka jest miła w dotyku. To żaden fetysz. O tak po prostu dodatkowy punkt w obserwacji. Przecież pałętając się po domu lepiej jest trzymać w dłoni książkę, niżeli telefon. A takiej książki nie chce się wypuszczać z dłoni nawet na sekundę.
Bardzo się cieszę, że stałam się posiadaczką "S@motności..." (Dziękuję!). Dzięki temu dostrzegłam kolejne życiowe wartości i zmieniłam spojrzenie na pewne kwestie.
Janusz Leon Wiśniewski spisał się na medal, a nawet dwa, skoro po największy bestseller ostatnich lat sięgnęłam już trzeci raz.
Przyszła pora, kiedy to natknęłam się w sieci (Ach ta sieć! :) ) na film o tym samym tytule co książka. Nie wahałam się ani chwili, tylko zaczęłam oglądać. I choć po dziesięciu minutach miałam mieszane uczucia myślałam, że to dlatego, iż akcja się dopiero rozkręca. Niestety film w moich oczach okazał się niewypałem.
Zdaję sobie sprawę, iż nie da się idealnie odwzorować książki i przedstawić jej na ekranie, ale tyle pomiętych wątków i zmienionych elementów nie jestem w stanie nikomu przebaczyć.
Człowiek czytając lekturę wyobraża sobie każdą postać, sytuację. Maluje w głowie obraz, który jest tak piękny, że towarzyszy czytelnikowi do końca książki. Później gdy człowiek włącza film jest zawiedziony, bo inaczej wyobrażał sobie postacie. Jego życie traci sens, a on sam zaczyna się zastanawiać, dlaczego aktorzy grający w filmie nie wyglądają jak Ci, których sam sobie wykreował.
W tym momencie bardzo się cieszę, że po książkę sięgnęłam szybciej. Po filmie nigdy bym jej nie otworzyła. Ekranizacja tego bestselleru okazała się nudna, mimo, iż grali w niech ciekawi aktorzy.
Cóż mogę jeszcze dodać...
Jak widać na załączonym obrazku, czytanie książek jest o wiele lepsze niż sięganie po film. Kształtuje naszą wyobraźnię, ćwiczy zrozumienie teksu, a przede wszystkim składnia mózgowie do myślenia. Zatem nie podkładajmy sobie gotowców w formie ekranizacji, tylko sięgnijmy po to, po co sięga mniej ludzi. Przecież lepiej należeć do lepszej mniejszości, niż do gorszej większości.
Anita.
Pamiętaj!
"Ten kto nie czyta przeżyje tylko swoje życie, czytający przeżyje więcej."
piątek, 15 sierpnia 2014
Problemy dnia codziennego.
Od jakiś dwóch miesięcy praca dookoła mego domu wre. Jakiś drenaż czyś coś takiego na głównym planie. Jak to bywa przy tego rodzaju pracy, należy wykopać dół. Głęboki, szeroki i najlepiej długi. Niczym dół na fosę, która ma płynąć wokół budynku. Takie też wykopki zostały wykonane na mym podwórku, przez co straciłam swój ukochany próg, a od wejścia do domu dzieliła mnie solidna przepaść.
Na początku sobie radziłam. W końcu jakiś tam wf miałam niedawno... znaczy się w marcu. Myślę sobie: "Wysportowana jestem, gibka chyba też, więc co mi szkodzi troszkę sobie poskakać." I tak też pokonywałam wyżej wymieniony dół przez dłuższy czas, aż do momentu, kiedy w naszym domu pojawili się goście, dla których skok przez "szparkę" był nie lada wyzwaniem. Wtedy do akcji wkroczył tata zakładając stabilną kratę, przypominającą most zwodzony. Goście sobie pojechali, a krata przyjęła się na stałe. To znaczy na czas okropnych wykopków, których mam już powyżej czubków kokard.
Przyszedł deszcz. Nic dziwnego, w końcu mamy lato i po upałach zawsze nadchodzi niespodzianka w postaci zmiany pogody. Żeby praca na marne nie poszła, dół wykopany wzdłuż dwóch ścian mego domu należało zakryć plandeką. Ciężką, porządnie wykonaną i co najważniejsze dla tych, którzy ten dół własnoręcznie kopali- nieprzemakalną.
Poniedziałek. Ci, którzy mają kopać w ziemi, kopią w niej dalej. Ja wybrałam się z matulą do miasta. Jak każdy wyjazd do miasta, ten także skończył się zakupami. Spożywczymi oczywiście. Na inne bym się nie pisała. A że jeść lubię...
Wynoszę z samochodu dwie z pięciu wielkich toreb, gdyż więcej w me dłonie nie wpakuję. Zmierzam ku domostwu podśpiewując utwór, który jeszcze sekundkę temu słyszałam w samochodzie. Wchodzę na folię i przedzieram się przez jej kolejne metry. Trochę się podwinęła i był to pewnego rodzaju tor przeszkód. Zostały dwa metry do wejścia. Czuję się niebiańsko i nie mogę się doczekać, aż zostawię te strasznie ciężkie torby, założę suche ubranie (to przemokło na deszczu) i wyciągnę nogi na fotelu.
Nagle coś się stało. Gdy się zorientowałam o co chodzi, okazało się, że wpadłam na wykopanego dołu. Zawisłam jednym łokciem i podbiciami sandałków przyjmując przy tym kształt kołyski. Zakupy oczywiście ze mną.
Nagle z mojej lewej słyszę:
-"Co Ty zakochana jesteś czy co?"
Podbiega tata i zabiera torby z zakupami. "Super, a ja?"- pomyślałam.
Widocznie z dziury miałam się wydostać sama. Problem był tylko taki, że nie wiedziałam jak. Wygięcie ciała niczym litera U brzuchem do dołu to dość nieciekawa pozycja, przede wszystkim niewygodna.
Tłum gapiów wciąż komentuje zdarzenie, a ja próbuję wejść do domu. Dobra, udało się, jestem. I znów komentarze, jak ja mogłam tam wpaść, przecież pod folią jest krata. Stabilna i wytrzymała jak już wspomniałam.
Po czym odzywa się młodszy brat i mówi:
- "No przecież wyciągnąłem kratę spod spodu i zostawiłem samą folię, bo jak kopałem, to zahaczałem o nią głową.
Myślę sobie: "Cudownie, jak dobrze, że kogoś uprzedziłeś. Przecież wcale nie doszłoby do tragedii."
Panie Boże, dziękuję za wszystkie umiejętności jakimi mnie obdarzyłeś. Teraz proszę o umiejętność chodzenia po plandece nad przepaścią. Jak widać, przydatny to fach.
Anita.
Na początku sobie radziłam. W końcu jakiś tam wf miałam niedawno... znaczy się w marcu. Myślę sobie: "Wysportowana jestem, gibka chyba też, więc co mi szkodzi troszkę sobie poskakać." I tak też pokonywałam wyżej wymieniony dół przez dłuższy czas, aż do momentu, kiedy w naszym domu pojawili się goście, dla których skok przez "szparkę" był nie lada wyzwaniem. Wtedy do akcji wkroczył tata zakładając stabilną kratę, przypominającą most zwodzony. Goście sobie pojechali, a krata przyjęła się na stałe. To znaczy na czas okropnych wykopków, których mam już powyżej czubków kokard.
Przyszedł deszcz. Nic dziwnego, w końcu mamy lato i po upałach zawsze nadchodzi niespodzianka w postaci zmiany pogody. Żeby praca na marne nie poszła, dół wykopany wzdłuż dwóch ścian mego domu należało zakryć plandeką. Ciężką, porządnie wykonaną i co najważniejsze dla tych, którzy ten dół własnoręcznie kopali- nieprzemakalną.
Poniedziałek. Ci, którzy mają kopać w ziemi, kopią w niej dalej. Ja wybrałam się z matulą do miasta. Jak każdy wyjazd do miasta, ten także skończył się zakupami. Spożywczymi oczywiście. Na inne bym się nie pisała. A że jeść lubię...
Wynoszę z samochodu dwie z pięciu wielkich toreb, gdyż więcej w me dłonie nie wpakuję. Zmierzam ku domostwu podśpiewując utwór, który jeszcze sekundkę temu słyszałam w samochodzie. Wchodzę na folię i przedzieram się przez jej kolejne metry. Trochę się podwinęła i był to pewnego rodzaju tor przeszkód. Zostały dwa metry do wejścia. Czuję się niebiańsko i nie mogę się doczekać, aż zostawię te strasznie ciężkie torby, założę suche ubranie (to przemokło na deszczu) i wyciągnę nogi na fotelu.
Nagle coś się stało. Gdy się zorientowałam o co chodzi, okazało się, że wpadłam na wykopanego dołu. Zawisłam jednym łokciem i podbiciami sandałków przyjmując przy tym kształt kołyski. Zakupy oczywiście ze mną.
Nagle z mojej lewej słyszę:
-"Co Ty zakochana jesteś czy co?"
Podbiega tata i zabiera torby z zakupami. "Super, a ja?"- pomyślałam.
Widocznie z dziury miałam się wydostać sama. Problem był tylko taki, że nie wiedziałam jak. Wygięcie ciała niczym litera U brzuchem do dołu to dość nieciekawa pozycja, przede wszystkim niewygodna.
Tłum gapiów wciąż komentuje zdarzenie, a ja próbuję wejść do domu. Dobra, udało się, jestem. I znów komentarze, jak ja mogłam tam wpaść, przecież pod folią jest krata. Stabilna i wytrzymała jak już wspomniałam.
Po czym odzywa się młodszy brat i mówi:
- "No przecież wyciągnąłem kratę spod spodu i zostawiłem samą folię, bo jak kopałem, to zahaczałem o nią głową.
Myślę sobie: "Cudownie, jak dobrze, że kogoś uprzedziłeś. Przecież wcale nie doszłoby do tragedii."
Panie Boże, dziękuję za wszystkie umiejętności jakimi mnie obdarzyłeś. Teraz proszę o umiejętność chodzenia po plandece nad przepaścią. Jak widać, przydatny to fach.
Anita.
środa, 6 sierpnia 2014
Woodstock 2014 - Czy to się dzieje naprawdę?
Swoją
historię zacznę od cofnięcia się w czasie. Chcę, żeby wszystko było oczywiste i
lepiej zobrazowane.
Odkąd usłyszałam pierwszy raz o wydarzeniu
jakim jest Woodstock, zastanawiałam się kiedy osiągnę odpowiedni wiek, żeby się
tam udać. Nie wiedziałam dokładnie czego się spodziewać, nie zagłębiałam się w
tajniki imprezy, po prostu chciałam być tam gdzie znajomy jeździ co roku na caluśki tydzień i wraca
uszczęśliwiony bardziej niż dziecko lizakiem. O jaka byłam dumna, kiedy to
któregoś roku przysłał nam pocztówkę z Woodstockowego Miasteczka.
Do tej pory koniec lipca kojarzył mi się z
półmetkiem wakacji, tudzież ze Zlotem Miłośników Motocykli w Prudnickim
lesie. Zawsze udawałam się tam wraz z
tatą. Ta impreza ma swój klimat, a my właśnie taki klimat lubimy. Gdy miałam lat
siedemnaście również pojechaliśmy w to miejsce, zabierając ze sobą dwie osoby, w
tym Mateusza- tego od corocznych wyjazdów
do Kostrzyna nad Odrą. Podczas trwania zlotu silniki maszyn ryczały aż miło, a
my rozmawialiśmy.
W końcu tematem stał się kolejny wyjazd naszego znajomego na Woodstock, który miał się odbyć za kilka dni. Wtedy to zostałam prawdziwie zachęcona do wyjazdu, dowiedziałam się więcej na temat funkcjonowania najważniejszych rzeczy. Dostałam nawet propozycję dołączenia do Jego ekipy, lecz wtedy jeszcze spontaniczne wyjazdy wydawały mi się zbyt szalone. Odpuściłam sobie, choć rodzice nie mieli nic przeciwko. W końcu znali Mateusza, wiedzieli, że będę pod dobrą opieką. Od tego czasu zaczęłam śledzić przebieg całego zamieszania organizowanego przez Jurka Owsiaka. Kwestowanie z puszką nie było mi obce, więc i Woodstock obcy być mi nie powinien.
W końcu tematem stał się kolejny wyjazd naszego znajomego na Woodstock, który miał się odbyć za kilka dni. Wtedy to zostałam prawdziwie zachęcona do wyjazdu, dowiedziałam się więcej na temat funkcjonowania najważniejszych rzeczy. Dostałam nawet propozycję dołączenia do Jego ekipy, lecz wtedy jeszcze spontaniczne wyjazdy wydawały mi się zbyt szalone. Odpuściłam sobie, choć rodzice nie mieli nic przeciwko. W końcu znali Mateusza, wiedzieli, że będę pod dobrą opieką. Od tego czasu zaczęłam śledzić przebieg całego zamieszania organizowanego przez Jurka Owsiaka. Kwestowanie z puszką nie było mi obce, więc i Woodstock obcy być mi nie powinien.
Przyszedł
rok 2013, tym samym prawo jazdy zdane za pierwszy razem i osiągnięty próg lat
osiemnastu. Wisienką na torcie wydawałby się być już tylko wyjazd do Kostrzyna.
Zaczęłam się „jarać” wakacjami jak nastolatki Justinem Bieberem. Raz po raz
wmawiałam sobie, że trzeba zrobić coś przełomowego. Trzeba sobie coś udowodnić.
Nie znajomym, nie rodzinie, nie wrogom. Sobie. Coraz bardziej nakręcałam się na
wyjazd, choć nie miałam pojęcia z kim tam pojadę. Teraz wiem, że nie trzeba mieć ekipy, by się tam udać. Ale
wtedy jeszcze było to jedną wielką niewiadomą.
Mój wspaniały kolega Zbyszek, którego z
tego miejsca pozdrawiam, chciał mnie wciągnąć do swojej paczki. Miał dla mnie
miejsce. Byłby najlepszym ochroniarzem jakiego znam. Pilnowałby mnie jak własne
dziecko, którego nie ma i nie wiem czy mieć będzie, bo dzieci nie lubi. Ale
mniejsza o to. Miałam okazję. Wielką okazję. Chęć bycia na Woodstocku była
wprost proporcjonalna do strachu przed nieznanym. Wystarczył jeden komentarz,
że strony pewnego człowieka, którego również pozdrawiam, abym całkowicie
zrezygnowała z wyjazdu. O taka właśnie boidupa jestem. No i nigdzie nie pojechałam…
Dnia pierwszego sierpnia dostałam mmsa ze
zdjęciem sceny i zapełniającego się pola. O jak bardzo mnie to bolało, że sobie
odpuściłam. Postanowiłam jednak, że nie zostawię tak tego i zrobię coś, żeby
zadośćuczynić moim złym decyzjom. Postanowiłam w ramach rekompensaty udać się z
tatą do Ragtime'u. Sklep ten odwiedziłam już wcześniej, ale tylko by nacieszyć
oczy. Tym razem nacieszyłam oczy, uszy, dłonie. Tylko portfel jakoś tak
posmutniał.
Opuściłam sklep z głową podniesioną bardzo wysoko i oczywiście z moją wymarzoną gitarą akustyczną, którą niósł mój tata, bo pudło było większe ode mnie. Mijając ludzi patrzyłam im się głęboko w oczy dając do zrozumienia: „Tak, to moja gitara! Zazdrościsz? Teraz ja będę się uczyła gry!”. Trochę to egoistyczne, ale taka właśnie jestem… Tata, ja i gitara w samochodzie, więc można wracać do domu. Ale zaraz zaraz. Nadal nie czuję się wystarczająco dobrze. To za mało, by powiedzieć, iż mój nieudany wyjazd został zrekompensowany.
We wrześniu ma się odbyć koncert Dżemu w opolskim amfiteatrze. Muszę tam być! Wiedziałam, że bilety wyprzedają się jak ciepłe bułeczki, więc czym prędzej pognaliśmy w stronę kas. Mamy to! Dwa bilety na najcudowniejszy koncert kupione. Dwa, bo oczywiście tata jedzie ze mną. To przecież nasz klimat. Idealny sektor, drugi rząd, dogodne miejsca. Wracając do domu czułam się spełniona, choć wciąż miałam do siebie żal, że nie jestem teraz w Kostrzynie.
Opuściłam sklep z głową podniesioną bardzo wysoko i oczywiście z moją wymarzoną gitarą akustyczną, którą niósł mój tata, bo pudło było większe ode mnie. Mijając ludzi patrzyłam im się głęboko w oczy dając do zrozumienia: „Tak, to moja gitara! Zazdrościsz? Teraz ja będę się uczyła gry!”. Trochę to egoistyczne, ale taka właśnie jestem… Tata, ja i gitara w samochodzie, więc można wracać do domu. Ale zaraz zaraz. Nadal nie czuję się wystarczająco dobrze. To za mało, by powiedzieć, iż mój nieudany wyjazd został zrekompensowany.
We wrześniu ma się odbyć koncert Dżemu w opolskim amfiteatrze. Muszę tam być! Wiedziałam, że bilety wyprzedają się jak ciepłe bułeczki, więc czym prędzej pognaliśmy w stronę kas. Mamy to! Dwa bilety na najcudowniejszy koncert kupione. Dwa, bo oczywiście tata jedzie ze mną. To przecież nasz klimat. Idealny sektor, drugi rząd, dogodne miejsca. Wracając do domu czułam się spełniona, choć wciąż miałam do siebie żal, że nie jestem teraz w Kostrzynie.
Tydzień później odbyło się zaplanowane
dużo wcześniej spotkanie, na którym to musiałam stanąć twarzą w twarz z
osobnikiem, który do ostatniego momentu trzymał dla mnie miejsce
w samochodzie. Nie ukrywam, że się bałam, jak
zwykle wszystkiego. Ale po wysłuchaniu kazania, ukazaniu skruchy wszystko
wróciło do normy. Zbyszek chyba mnie jeszcze lubi.
I tak oto po tej całej szopce roku
dwutysięcznego trzynastego postanowiłam, że za rok choćby się waliło, paliło i
nie wiadomo co działo, jadę do Kostrzyna. Trudno w moich okolicach
o towarzystwo do takich wypraw. Tata z chęcią by
pojechał, ale praca się sama nie wykona, jak to
w przypadku wyjazdów z innej beczki, czyt. VAG
NYSA.
Miałam cały rok, by znaleźć sobie kompanów. Miałam cały rok, by dowiedzieć się o wszystkim co mnie tam czeka. Miałam cały rok, by się ponownie nakręcić. I tak oto nakręciłam się bardzo mocno. Najdłuższe wakacje mojego życia zbliżały się wielkimi krokami. Matura poszła jak po maśle, studia zostały ogarnięte. I znów wspomnę o wisience na torcie. W tym wypadku znów byłby nią wyjazd na Woodstock. Wraz z koleżanką Darią knułyśmy pewien plan i modliłyśmy się, żeby wypalił. Było trudno. Raz widziałyśmy światełko, raz tylko ciemny tunel i nic więcej. Niemniej jednak przyszła druga połowa lipca…
Miałam cały rok, by znaleźć sobie kompanów. Miałam cały rok, by dowiedzieć się o wszystkim co mnie tam czeka. Miałam cały rok, by się ponownie nakręcić. I tak oto nakręciłam się bardzo mocno. Najdłuższe wakacje mojego życia zbliżały się wielkimi krokami. Matura poszła jak po maśle, studia zostały ogarnięte. I znów wspomnę o wisience na torcie. W tym wypadku znów byłby nią wyjazd na Woodstock. Wraz z koleżanką Darią knułyśmy pewien plan i modliłyśmy się, żeby wypalił. Było trudno. Raz widziałyśmy światełko, raz tylko ciemny tunel i nic więcej. Niemniej jednak przyszła druga połowa lipca…
Letni
wieczór. Siedzimy na podwórku, ptaszki
ćwierkają, komary gryzą, zajadamy lody i sprawdzamy rozkład specjalnych pociągów
Woodstockowych. Nic specjalnego. Zanotowałyśmy interesujące nas połączenia,
przygotowałyśmy wstępnie listę rzeczy do zabrania. Na niecały tydzień przed
planowanych wyjazdem Daria zakupiła bilety. Bilety na podróż naszych marzeń.
Żadna tam pierwsza klasa, żadne drinki i darmowe połączenie wifi. Ale nie o tym
przecież marzyłyśmy. Od tego momentu byłyśmy niemalże pewne, iż staniemy dwiema
stopami na trenie, gdzie obywa się
największy muzyczny festiwal w naszym kraju.
Przyszedł weekend. Załatwiłam plecak,
przetestowałyśmy namiot, przygotowałam kartki
z napisem „Free hugs”, ogarnęłyśmy oficjalną listę
niezbędnych rzeczy. Wzięłyśmy naprawdę tylko to co najważniejsze. Jak biwak, to
biwak. Zrobiłyśmy też podstawowe zakupy i we wtorek późnym wieczorem każda z
nas zaczęła się pakować. Potem spotkałyśmy się na chwilę by przybić sobie pionę i każda udała się w kimę.
Artur Gadowski z zespołem IRA zaczynają
brzęczeć w moich uszach. O rany, to budzik. Wybiła godzina 6:00 dnia
trzydziestego lipca dwutysięcznego czternastego roku. Podniosłam się połamana z łóżka. Nie ukrywam, że nie umiałam spać. Nigdy
nie śpię przed ważnym wydarzeniem. Po prostu nie umiem.
Tak było i teraz, ale nie ma co narzekać. Jak pisał Mickiewicz „ Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem;…”. Trzydzieści minut później stałam już w drzwiach z okropnie ciężkim plecakiem, z którym ledwo utrzymywałam równowagę. Czekałam na mamę, gdyż to ona miała nas podwieźć na stację do Dytmarowa, skąd o godzinie 7:00 miał odjechać szynobus w kierunku Kędzierzyna Koźla.
Gdy już przekroczyłam próg szynowego pojazdu, stwierdziłam: „Niech się dzieje wola nieba!”. Rzadko się zdarza, żeby spotkać miłego kasjera. Chyba miałyśmy szczęście, jak zresztą z całym tym wyjazdem. Pan, który podszedł do nas, by skasować bileciki od razu wiedział gdzie jedziemy, krótka gadka szmatka i każdy miał wesolutką minę na twarzy mimo tak wczesnej pory dla kogoś, kto ma wakacje.
Tak było i teraz, ale nie ma co narzekać. Jak pisał Mickiewicz „ Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem;…”. Trzydzieści minut później stałam już w drzwiach z okropnie ciężkim plecakiem, z którym ledwo utrzymywałam równowagę. Czekałam na mamę, gdyż to ona miała nas podwieźć na stację do Dytmarowa, skąd o godzinie 7:00 miał odjechać szynobus w kierunku Kędzierzyna Koźla.
Gdy już przekroczyłam próg szynowego pojazdu, stwierdziłam: „Niech się dzieje wola nieba!”. Rzadko się zdarza, żeby spotkać miłego kasjera. Chyba miałyśmy szczęście, jak zresztą z całym tym wyjazdem. Pan, który podszedł do nas, by skasować bileciki od razu wiedział gdzie jedziemy, krótka gadka szmatka i każdy miał wesolutką minę na twarzy mimo tak wczesnej pory dla kogoś, kto ma wakacje.
Pięćdziesiąt minut później znalazłyśmy się
w K-K. Na dworcu głośno i brudno, remonty, remonty i jeszcze raz remonty. W
każdym razie do woodstockowego pociągu miałyśmy ponad godzinę, więc
postanowiłyśmy przeczekać przed dworcem na jakimś betonowym podwyższeniu. Po
ok. trzydziestu minutach Daria dojrzała przecudownie ubraną parkę ludzi,
zmierzającą w stronę miasta. Gdy popatrzyliśmy w ich stronę, serdecznie nam
pomachali. Wiedziałyśmy, że też jadą na Wooda. Ich plecaki przypominały mój,
przeładowany i zasłaniający głowę. Nie minęło dużo czasu, a dołączyli do nas i
tak oto przeczekaliśmy na nasz wspólny pociąg- RYŚKA.
Dobrą opcją było wybranie stacji
Kędzierzyn Koźle zamiast Opole jako miejsce odjazdu. Przedział, do którego
weszła nasza czwórka (tak, Dzika i Biały towarzyszyli nam do samego Kostrzyna)
był pusty. Rozsiedliśmy się wygodnie i przemierzaliśmy kolejne kilometry w
dobrych nastrojach. Jak się okazało
Dzika i Biały mieszkają niedaleko i w zasadzie nie umieliśmy się nagadać. Są to
tak pozytywnie zakręceni ludzie, że ich poznanie wniosło w moje życie bardzo
dużo dobrych emocji. Do teraz bębenek,
który taszczył ze sobą Kuba, rozbrzmiewa w mojej głowie. Miło było zakosztować
gry na czymś nowym.
Kolejne stacje, które mijaliśmy to Opole,
Wrocław, Głogów, Zielona Góra i Rzepin. Dosiadali się coraz to nowi ludzie,
każdy uśmiechnięty od samego wejścia. Było czuć pozytywne emocje w powietrzu. Pogoda była cudowna, słońce grzało, a
my wychylaliśmy swoje główki przez okna, dostając po twarzy wszystkim, co z
początkowych wagonów wyrzucali towarzysze naszej podróży.
Nawiązując jeszcze do samego pociągu, który po pierwsze cenię za nazwę- RYSIEK <3, cenię go także za ludzi, których było mi dane spotkać. Ale o nich wspomnę później. Jeśli chodzi o toalety w pociągu, kolejki do nich były, ale na ładne oczy można było się do nich dostać już po 5 minutach czekania. Co do ich czystości, to nie różniły się niczym od tych ze zwykłego pociągu kursującego na co dzień na trasie Opole Główne- Warszawa Centralna. Także oskarżenia wielu ludzi w tej kwestii są bezpodstawne.
Nawiązując jeszcze do samego pociągu, który po pierwsze cenię za nazwę- RYSIEK <3, cenię go także za ludzi, których było mi dane spotkać. Ale o nich wspomnę później. Jeśli chodzi o toalety w pociągu, kolejki do nich były, ale na ładne oczy można było się do nich dostać już po 5 minutach czekania. Co do ich czystości, to nie różniły się niczym od tych ze zwykłego pociągu kursującego na co dzień na trasie Opole Główne- Warszawa Centralna. Także oskarżenia wielu ludzi w tej kwestii są bezpodstawne.
Ludzie w pociągu zarażali pozytywną
energią, w naszym przedziale znaleźli się też Czesi. Każdy oprócz tego, że
wymieniał się ciepłym słowem, to i posiłkiem oraz napojem. Nie było mowy
o głodówce, nie było mowy o nudzie, nie było mowy
o tęsknocie za domem i rodziną. W pociągu poznaliśmy nową „rodzinę”. Podróż
odbyliśmy bez ścisku, każdy miał swoje miejsce i tego się trzymał, choć spacery
po wagonach odbywały się dość często.
Pozdrawiam gorąco Dziką i Białego. To oni
towarzyszyli nam od dworca, do dworca. Jesteście kochani. Pozdrawiam także
Juchę, która miała świeżo wytatuowaną różę, Tomka kucharza, który zaprosił nas
na rybkę do Wrocka, kolegę, który na co dzień kursuje z gwizdkiem w wagonach
sypialnianych, Jego dziewczynę, kolegę z ciemną karnacją i wygolonymi bokami,
który to jest po studiach dziennikarskich i kontynuuje naukę na kierunku (jeśli
dobrze mówię) socjologia.
Uściski ślę także do wagonu, w którym nie
było miejsc siedzących i imprezka odbywała się na podłodze. To tam śpiewaliśmy
najlepsze polskie hity. To stamtąd wziął się Gabryś, Jego kolega w okularach
moro, których za żadne skarby świata nie chciał ściągnąć oraz blondynek w
okularach, który prześmiesznie poruszał brzuchem. Panowie, pozdrówki dla Was!
W Rzepinie, ostatniej stacji, dosiedli się
do naszego przedziału czterej starsi, bardzo przemili Panowie. Nie ukrywam, że
sił miałam coraz mniej, ale starałam się dotrzymać towarzystwa w rozmowie. Jeden z nich wyciągną swojskie
wineczko, czy co to tam było oraz śliczną szklankę. Powiedział, że to z
kompletu. Co roku zabiera jedną i że zostały mu już tylko dwie. Jak się wytłuką
wszystkie, to przestanie jeździć na Woodstock. Mam nadzieję, że te dwie
ostatnie szklanki są niezniszczalne i do końca życia będzie Pan jeździł na najpiękniejszy
Przystanek świata! Zasługuje Pan na to.
Podróż trwała osiem godzin i trzydzieści
minut. Spóźnienie to właśnie ta połowa godziny. Spowodowane było to tym, iż
ktoś w trakcie jazdy zaciągną hamulec bezpieczeństwa i póki pociąg mógł ruszyć
dalej, minęła spora chwila. Kolejna sytuacja, która wpłynęła na obsunięcie się
w czasie to fakt, iż pewna para jadąca na Woodstock zrobiła sobie psikusa.
Facet dla żartów wyrzucił bądź też wystawił za okno buta swej dziewczyny, a ta w ramach rewanżu, uderzyła go w twarz czymś szklanym. Zatrzymaliśmy się przy pierwszej lepszej stacji i oczekiwaliśmy na karetkę pogotowia. Mężczyzna pojechał do szpitala, a jego dziewczyna prawdopodobnie pojechała dalej.
I tak oto dotarliśmy na miejsce. Niby powinniśmy się cieszyć, bo tego oczekiwaliśmy po całym dniu jazdy, ale było smutno, bo trzeba było się pożegnać z większością poznanych tu osób. Wymieniliśmy się oczywiście telefonami, adresami, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia, ale to nie było to samo co obecność tych ludzi przy sobie.
Facet dla żartów wyrzucił bądź też wystawił za okno buta swej dziewczyny, a ta w ramach rewanżu, uderzyła go w twarz czymś szklanym. Zatrzymaliśmy się przy pierwszej lepszej stacji i oczekiwaliśmy na karetkę pogotowia. Mężczyzna pojechał do szpitala, a jego dziewczyna prawdopodobnie pojechała dalej.
I tak oto dotarliśmy na miejsce. Niby powinniśmy się cieszyć, bo tego oczekiwaliśmy po całym dniu jazdy, ale było smutno, bo trzeba było się pożegnać z większością poznanych tu osób. Wymieniliśmy się oczywiście telefonami, adresami, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia, ale to nie było to samo co obecność tych ludzi przy sobie.
Po wyjściu z pociągu od razu rzucała się w
oczy ekipa Pokojowego Patrolu, która spisała się na medal. Złoty, największy i
najdroższy. Na każdym kroku można było liczyć na ich wsparcie. To się ceni! W pierwszej kolejności udałyśmy się do naszej
koleżanki Biedry. Były tam tłumy ludzi, zmierzających tak jak my na Przystanek.
Ten jeden jedyny, wymarzony. Gdy w końcu się pozbierałyśmy z całym naszym
bagażem, udałyśmy się za tłumem. Droga wydawała się nie mieć końca, opadałam z
sił, chciałam się położyć w namiocie i dojść do siebie. Wzrokiem podążałam za
coraz to nowym widokiem ukazującym się na horyzoncie. Poszukiwałam ronda. Ronda
Woodstock, od którego to została do pokonania ostatnia prosta. W końcu dotarłyśmy na miejsce…
Pierwszą rzeczą jaką zrobiłyśmy,
rzuciłyśmy nasz bagaż na trawę, a same położyłyśmy się obok. Zrobiłam fotkę
dużej sceny i wysłałam wiadomość do Zbyszka. Daria natomiast próbowała
skontaktować się z Aśką, koleżanką z K-K, która także pierwszy raz wybrała się
na Wooda, tyle, że ona wybrała pociąg nocny, z wtorku na środę. Pogoda zaczęła się psuć, niebo się
zachmurzyło, co najmniej tak, jakby nie było zadowolone z naszego przyjazdu
tutaj. Koło Aśki ekipy nie było miejsca.
Deszcz padał i padał, robiło się ciemno, więc trzeba było szybko podjąć decyzję w sprawie naszego rozlokowania się. Ostatecznie rozbiłyśmy się w idealnym ( jak teraz sądzę) miejscu. Do wszystkiego miałyśmy stosunkowo taką samą odległość, za punkt spotkań mogłyśmy spokojnie podawać Bungee, a koncerty z dużej sceny mogłyśmy oglądać na telebimie siedząc przed namiotem. Środa szybko się dla mnie skończyła, gdyż w obawie przed nadciagającą burzą chciałam jak najszybciej zasnąć.
Deszcz padał i padał, robiło się ciemno, więc trzeba było szybko podjąć decyzję w sprawie naszego rozlokowania się. Ostatecznie rozbiłyśmy się w idealnym ( jak teraz sądzę) miejscu. Do wszystkiego miałyśmy stosunkowo taką samą odległość, za punkt spotkań mogłyśmy spokojnie podawać Bungee, a koncerty z dużej sceny mogłyśmy oglądać na telebimie siedząc przed namiotem. Środa szybko się dla mnie skończyła, gdyż w obawie przed nadciagającą burzą chciałam jak najszybciej zasnąć.
W czwartkowy poranek obudziła mnie muzyka
dobiegająca z dużej sceny. Zaczynały się próby do popołudniowych występów. W
sumie muzyka na żywo to bardzo dobry budzik. Nie tam jakieś dzwonki mp3
ustawione na sygnał alarmu, ale konkretne uderzenie tuż po godzinie 7:00. Prysznic
wybrałyśmy ten zimny, bo tu była mniejsza kolejka. W zasadzie to i tak
wcisnęłyśmy się bez zbędnego czekania, jak wszędzie zresztą. Z góry przepraszam
tych, którym wmawiałam, że stoję w kolejce tak samo długo jak oni.
Orzeźwienie przyszło natychmiastowo. Zupka chińska na śniadanie i lecimy badać teren. Wtedy jeszcze wszystko wydawało się być takie obce. Czas płynął bardzo szybko. Nim się obejrzałam dochodziła godzina 15:00, czyli oficjalne rozpoczęcie Przystanku Woodstock. Nie mogło mnie zabraknąć pod sceną. Tym bardziej, że pięć minut później miał wystąpić zespół T.Love. ze specjalnymi gośćmi. Było pięknie. Raz po raz wykrzykiwałam słowa znanych mi utworów. Ludzie bawili się w najlepsze. A to dopiero początek!
Orzeźwienie przyszło natychmiastowo. Zupka chińska na śniadanie i lecimy badać teren. Wtedy jeszcze wszystko wydawało się być takie obce. Czas płynął bardzo szybko. Nim się obejrzałam dochodziła godzina 15:00, czyli oficjalne rozpoczęcie Przystanku Woodstock. Nie mogło mnie zabraknąć pod sceną. Tym bardziej, że pięć minut później miał wystąpić zespół T.Love. ze specjalnymi gośćmi. Było pięknie. Raz po raz wykrzykiwałam słowa znanych mi utworów. Ludzie bawili się w najlepsze. A to dopiero początek!
Do godziny 21:00 miałam czas wolny. Według
mojej listy, kolejnym koncertem na który miałam się udać była Budka Suflera. Na
tym koncercie zależało mi najbardziej, dlatego byłam bardzo podekscytowana.
Smutno mi było, gdy zespół nie zagrał utworu pt. „Ratujmy co się da”, ale
wykonanie znanej każdemu „Jolki” powaliło na łopatki wszystkich, myślę, iż łącznie
z innymi sławami zajmującymi miejsca za sceną. Łezka kręciła się w oku. Tłum
ludzi, gwieździste niebo i „Jolka” śpiewana przez setki tysięcy ludzi. Tego nie
da się opowiedzieć, to trzeba doświadczyć.
Z
koncertu „Budki” próbowałam się jak najszybciej dostać do Wioski Kryszny. Tam
już od dłuższego momentu na scenie występował Ras Luta. Znalazłam się na samym
końcu tłumu, ale wystarczyło mi to, że usłyszałam kilka dobrych, znanych mi
kawałków na żywo. Tego dnia postanowiłam udać się jeszcze na dwa koncerty, lecz
ból kręgosłupa pokrzyżował plany i zamiast na Mesajah’a udałam się do namiotu,
by zażyć coś przeciwbólowego i troszkę snu.
Na szczęście Daria obudziła mnie w samą porę. Kamil Bednarek właśnie wchodził na scenę, a ja wygramoliłam się z namiotu i ruszyłam na ostatni tego dnia koncert, na którym mi zależało. Co do Kamila, nie trzeba pisać, że był to energiczny koncert. Każdy koncert Bednarka wygląda w ten sposób. Nie da się siedzieć, nie da się stać. Nawet najbardziej upartym noga sama skacze w rytm dobrego Reggae. O takie już jest młode pokolenie tego kraju. Kamil jak zwykle spisał się genialnie.
Na szczęście Daria obudziła mnie w samą porę. Kamil Bednarek właśnie wchodził na scenę, a ja wygramoliłam się z namiotu i ruszyłam na ostatni tego dnia koncert, na którym mi zależało. Co do Kamila, nie trzeba pisać, że był to energiczny koncert. Każdy koncert Bednarka wygląda w ten sposób. Nie da się siedzieć, nie da się stać. Nawet najbardziej upartym noga sama skacze w rytm dobrego Reggae. O takie już jest młode pokolenie tego kraju. Kamil jak zwykle spisał się genialnie.
Z czwartkowych koncertów dla mnie byłoby
na tyle. Udałam się pod Bungee, skąd miałam zgarnąć Tomka, naszego kolegę z
pociągu. Poszliśmy spać, a w zasadzie mieliśmy taki zamiar. Śmiechy, chichy,
mój kręgosłup nadal bolał, ale szkoda było czasu na „gnicie” w namiocie. Tomek
został sam, a my z Darią ruszyłyśmy do Toi Toi. Tak to już tutaj bywa, że nie
da się pokonać wyznaczonej przez siebie trasy w oszacowany czas. Podróż do
jakże „czystych toalet” zajęła nam grubo ponad dwie godziny. Najpierw zaczepili
nas chłopcy, którzy wykonali ciekawą sztuczkę z zamianą kart, następnie przyczepił się do mnie
Marek z Niemiec, który szukał swojej ekipy z Elbląga. Pozdrawiam Was Panowie. Zaczęło
świtać. To znak, że trzeba szukać swojego namiotu.
Piątek przywitałam leniwie. Dogorywałam w
namiocie prawie do samego południa. Koncert, na który się wybierałam miał być dopiero
o godzinie 15:00, więc nigdzie mi się nie spieszyło. Chciałam nabrać trochę
siły, by w razie ponownego ataku ze strony kręgosłupa, móc się czymś obronić i
jednak wytrwać.
Po prysznicu w samo południe, dużych kolejkach, które nie stanowiły dla nas żadnej przeszkody, ładowaniu telefonów i śniadaniu w postaci zupki chińskiej zaczęłam przygotowywać się do koncertu. Gdy już znalazłam się pod sceną, Tabu rozbudziło wszystkich swoimi pozytywnymi dźwiękami . Tak dobrze rozpoczęte popołudnia mogłabym mieć co dzień. Korzystając z wolnej godziny odwiedziłyśmy Lidl. Nie rozumiem tylko tej ogromnej kolejki, która ciągle stała w miejscu. Może to była jakaś ozdoba? Atrapa?
Po prysznicu w samo południe, dużych kolejkach, które nie stanowiły dla nas żadnej przeszkody, ładowaniu telefonów i śniadaniu w postaci zupki chińskiej zaczęłam przygotowywać się do koncertu. Gdy już znalazłam się pod sceną, Tabu rozbudziło wszystkich swoimi pozytywnymi dźwiękami . Tak dobrze rozpoczęte popołudnia mogłabym mieć co dzień. Korzystając z wolnej godziny odwiedziłyśmy Lidl. Nie rozumiem tylko tej ogromnej kolejki, która ciągle stała w miejscu. Może to była jakaś ozdoba? Atrapa?
Teraz zaczęła się bieganina. Dwa koncerty
na małej scenie, dwa koncerty na dużej kilkoma minutami nakładające się na
siebie. Postawiłam na małą scenę i kapele znane mi z ekranu telewizji oraz
muzycznych programów. Trzynasta w Samo Południe dała czadu. Ogromny plus za
harmonijkę, której dźwięk kocham oraz utwór „Hell yeah”, którym to
rozgrzaliście rozpalone już do czerwoności ludzkie dusze.
Gdy po „Trzynastej” zrobiło się luźniej w tłumie, dopchałam się pod samą scenę. Teraz oczekiwałam kogoś, kogo szanuję za charyzmę i poczucie humoru. Tak, mowa tu o Juanie Carlos Cano. Przystojny, utalentowany, uśmiechnięty… zajęty. A właśnie! Dziękuję Pani, która stała obok, za to, iż pokazała mi żonę Juana. Jest Pani kochana i ma Pani śliczne włosy. Mogę tu jeszcze dodać, iż kopnął mnie zaszczyt uściśnięcia dłoni Juana. To dla mnie bardzo cenne doświadczenie.
Gdy po „Trzynastej” zrobiło się luźniej w tłumie, dopchałam się pod samą scenę. Teraz oczekiwałam kogoś, kogo szanuję za charyzmę i poczucie humoru. Tak, mowa tu o Juanie Carlos Cano. Przystojny, utalentowany, uśmiechnięty… zajęty. A właśnie! Dziękuję Pani, która stała obok, za to, iż pokazała mi żonę Juana. Jest Pani kochana i ma Pani śliczne włosy. Mogę tu jeszcze dodać, iż kopnął mnie zaszczyt uściśnięcia dłoni Juana. To dla mnie bardzo cenne doświadczenie.
Uradowana udałam się do namiotu, sprzed
którego oglądałam końcówkę koncertu Lao Che.
W końcu nadszedł czas na totalnego powera, czyt. Acid Drinkers. Kto jak kto, ale oni
mają w sobie tyle energii o każdej porze dnia i nocy, że mogliby nią zasilać
wszystkie urządzenia elektroniczne na terenie naszego kraju. Titus to dla mnie
złoty człowiek. Lubię jego akcent i śmiech, który wyraża więcej niż tysiąc
słów. „Hit the road Jack” w wykonaniu Drinkersów to najlepszy cover jaki znam,
dlatego też niecierpliwie na niego czekałam. Ucieszył mnie także widok Ani
Brachaczek. Czułam, co się święci. Święcił się „Love Shack”. Mistrzowskie
wykonanie, mistrzowska oprawa. Byłam stuprocentowo zadowolona.
Nie minęło dużo czasu a znalazłam się pod
małą sceną słuchając zespołu Łzy. Mimo, że była to końcówka ich występu,
załapałam się na to co najlepsze- „Agnieszkę”. Szybka wizyta w Lidlu i wróciłam uradowana do namiotu. Usypiałam przy
głośnych, ale miłych dla ucha dźwiękach Ky-Mani Marley.
Dobę wcześniej postanowiłam, że nie
popełnię już tego błędu i w sobotę wstanę najwcześniej jak tylko będę
potrafiła. Tym oto sposobem kilka minutek po godzinie 7:00 znalazłam się pod
prysznicem. Żadnych kolejek, pięć osób na krzyż… to mi się podoba. Kto rano
wstaje, temu Pan Bóg daje. Troszkę się szwędałyśmy, zrobiłyśmy pamiątkowe
zakupy, zdjęcie konkursowe w fotobudce Altercore, pościskałyśmy się w ramach
Free Hugsów, zostawiłyśmy w radio pozdrowienia dla Dzikiej i Białego oraz nakręciłyśmy Woodstock z Gazetą
Lubuską. Pozdrawiam ekipę, która się tym
zajmowała. Jesteście świetni.
Na dziś miałam zaznaczone pięć koncertów,
z czego dwa obejrzałam na telebimie przed namiotem. Była to Marika oraz Jelonek
z Orkiestrą Filharmonii Gorzowskiej. Natomiast koncerty, na których byłam
zarówno duszą jak i ciałem, to przede wszystkim Ukeje, który to otwierał trzeci i ostatni
dzień Przystanku Woodstock. Świetna zabawa, dobre podejście do publiczności,
ten ryk i uśmiech. To co potrzebne dobremu wokaliście.
Dzięki Damian!
O 18:05 na scenie pojawiły się Piersi z
„Bałkanicą”. Niesamowite było to, że śpiewali wszyscy. Zarówno punki, hipisi,
miłośnicy disco polo czy też dzieciaki na rękach swoich rodziców. Magiczne
miejsce, prawda? „Zośka” rozwaliła system, bo totalnie się jej nie
spodziewałam. Nie spodziewałam się też, że spotkam w tłumie koleżankę, z którą
nie widziałam się sześć dobrych lat. Sieja, pozdro! Ale oto chodzi w tym
miejscu. Dzieje się tu tyle niesamowitych rzeczy.
Ostatnim koncertem, zarazem tym który
wywołał u mnie największe wzruszenie, był koncert Comy. Nie pierwszy, na pewno
nie ostatni, ale jedyny taki. Piotr Rogucki ma w sobie duszę artysty, Jego
strój idealnie komponował się w całością elementów przedstawionych wokół.
Liczyłam po cichu na „Los, cebula i krokodyle łzy”, ale nie stanowiło to
priorytetu, jeśli chodzi o odbiór Jego utworów. Historia którą opowiedział,
bardzo mną wstrząsnęła. Nie można tego porównać do komedii romantycznej. Łzy,
które leciały mi z oczu były inne. Niecodzienne. Spowodowane czymś wyjątkowym.
Rogucki opowiedział o tym, że tego dnia rano tuż po spotkaniu w Akademii Sztuk Przepięknych podeszła do niego dziewczyna i powiedziała, że jej przyjaciółka, która w zeszłym roku się utopiła mając niespełna lat siedemnaście, była Jego wielką fanką i byłaby ucieszona, gdyby zadedykował jej piosenkę. Miałam w planie uczestniczyć w tym spotkaniu, lecz lenistwo wygrało. Przykre, bo być może sama poznałabym tę dziewczynę. Ale do rzeczy… „Spadam” wybrzmiało z ogromną siłą z głośników. Moje oczy zalały się łzami. Próbowałam sobie wyobrazić, jak ta dziewczyna teraz na nas patrzy. Czułam, że patrzy, że słucha tych 750 tysięcy ludzi, którzy skupili się na tym, by oddać jej szacunek. Kolejna rzecz, dla której warto być na Woodstocku.
Rogucki opowiedział o tym, że tego dnia rano tuż po spotkaniu w Akademii Sztuk Przepięknych podeszła do niego dziewczyna i powiedziała, że jej przyjaciółka, która w zeszłym roku się utopiła mając niespełna lat siedemnaście, była Jego wielką fanką i byłaby ucieszona, gdyby zadedykował jej piosenkę. Miałam w planie uczestniczyć w tym spotkaniu, lecz lenistwo wygrało. Przykre, bo być może sama poznałabym tę dziewczynę. Ale do rzeczy… „Spadam” wybrzmiało z ogromną siłą z głośników. Moje oczy zalały się łzami. Próbowałam sobie wyobrazić, jak ta dziewczyna teraz na nas patrzy. Czułam, że patrzy, że słucha tych 750 tysięcy ludzi, którzy skupili się na tym, by oddać jej szacunek. Kolejna rzecz, dla której warto być na Woodstocku.
Przez kilka chwil w trakcie koncertu Comy
zerkałam w stronę swej lewicy, gdzie znajdowało się podświetlone koło młyńskie
Allegro. Podobne jest w oficjalnym teledysku do utworu, na który bardzo
liczyłam, o czym pisałam wyżej. Mam nadzieję, że w moich oczach jest jakaś siła
i od tego wpatrywania się w koło ostatnim utworem był „Los, cebula i krokodyle
łzy”. Pod namiot, a w zasadzie na miejsce, w którym jeszcze kilka godzin
wcześniej stał namiot wróciłam wniebowzięta. Tam poznałam kolegę ze śląska, z
którym zamieniłam kilka słów. Do rozmowy dołączyła się dziewczyna, której
zaginął plecak z ubraniami oraz przemiły chłopak. Pozdrowionka.
Opowiem co nieco o miejscu, w którym
rozbiłyśmy namiot. Wydaje mi się, że było to jedno z lepszych miejsc. Nie chcę
powielać informacji, bo o tym , że wszędzie miałyśmy podobną odległość już
pisałam. Chcę się skupić na sąsiadach. W końcu to bardzo ważne, by mieć dobrych
sąsiadów. Nasi tacy byli. Po prawicy był wyżej wymieniony chłopak ze śląska, po
lewicy przecudowna Pani z Panem, którzy dołączyli w piątkowy poranek. Dziękuję
Panu za pomoc przy składaniu namiotu.
Naprzeciwko naszego wejścia mieszkał Damian z kolegami, który stał się i już zostanie na zawsze Bednarkiem. Po skosie zamieszkały dość dziwne dziewczyny, których rozmowy czasem rozwalały system, ale nie wyrządziły nikomu krzywdy, więc jest dobrze. W oddali, ale w widocznym z naszego namiotu miejscu mieszkała grupka chłopaczków, a w tym jeden ze specyficznym irokezem. Ooo, i nawet widziałam, jak jeden z chłopaków golił się w namiocie do lusterka. Takie rzeczy tylko na Woodzie. Pozdrawiam wszystkich moich sąsiadów. Jesteście świetni. A Bednarkowi dziękuję, że pozwolił nam przechować bagaże w swoim namiocie.
Naprzeciwko naszego wejścia mieszkał Damian z kolegami, który stał się i już zostanie na zawsze Bednarkiem. Po skosie zamieszkały dość dziwne dziewczyny, których rozmowy czasem rozwalały system, ale nie wyrządziły nikomu krzywdy, więc jest dobrze. W oddali, ale w widocznym z naszego namiotu miejscu mieszkała grupka chłopaczków, a w tym jeden ze specyficznym irokezem. Ooo, i nawet widziałam, jak jeden z chłopaków golił się w namiocie do lusterka. Takie rzeczy tylko na Woodzie. Pozdrawiam wszystkich moich sąsiadów. Jesteście świetni. A Bednarkowi dziękuję, że pozwolił nam przechować bagaże w swoim namiocie.
I tak oto przeszedł czas, by się zbierać.
Miałyśmy do wyboru dwanaście pociągów. Uparcie postawiłam na ten pierwszy
licząc, że będzie najmniejszy ścisk. Tak więc celowałyśmy w pociąg
o nazwie WARSIK, odjeżdżający o godzinie 1:00.
Droga na PKP zajęłam nam czterdzieści minut. Dużo osób zmierzało w stronę
dworca, więc nie było strachu podczas przechodzenia przez las. Przed dworcem
zalegało mnóstwo osób. Pierwsza kolejka przed odprawą na dworzec ustawiła się
o północy. Ci ludzie jechali w stronę Warszawy
wschodniej.
My bidule, leżące na środku skrzyżowania ustawiłyśmy się za tłumem, gdy tylko przez megafon została wygłoszona informacja o naszym pociągu. I tak oto po wpuszczeniu nas na dworze pędziłyśmy ile sił w nogach, by wsiąść do pociągu. Nie by zająć miejsce, ale by w ogóle wsiąść. Taka tam już zasada panuje. Na miejsca nie liczyłyśmy, więc od razu zajęłyśmy podłogę przy wejściu do przedziału. Ludzie wciąż się gromadzili, aż w końcu padła informacja, że nie ma już miejsca, reszta ludzi jest proszona o czekanie na następny pociąg.
Każdy w miarę możliwości rozlokował swe bagaże. Czas jechać. W pomieszczeniu 1,5m x 3m dwanaście osób plus bagaże wszystkich osobników pokonało ośmiogodzinną trasę. Nogi mieliśmy podkulone pod samą klatkę piersiową. Moje nogi długo w takiej pozycji nie wytrzymują, więc wierciłam się najbardziej ze wszystkich szukając innego, lepszego rozwiązania. Pozycje zmienialiśmy bardzo często. Jedni jechali chwilę na stojąco, inny siedzieli raz na bagażu, raz pod nim. Tłukliśmy się łokciami przepraszając co sekundę. Ale nie przeszkodziło to w dobrej zabawie.
Rysowanie po ciele czy gra w kółko i krzyżyk towarzyszyły nam w przerwach między snem. W pociągu powrotnym poznałam genialnych ludzi. Zacznę od Krystiana, Krzyśka a właściwie Kordiana, który to wywołał u mnie najwięcej radochy. Jeśli w Wieluniu są sami tacy ludzie, to Wieluń jest cudowny!
Pozdrawiam ekipę z Krakowa, która zalegała na środku przejścia. Poczucie humoru to Wasze drugie imię. Koleżanka po mojej prawej siedziała cicho, ale wybaczam Jej, drogę do domu miałam długą, a i Woodstock męczący. Kolega w blond włosach do ramion, który przywiązał swój bagaż tak, że wisiał pionowo również mega zakręcony. Aaaa no i człowiek od książki Kryszny, który najpierw uratował nam życie dostarczając tlenu do wagonu, a potem czytał na dobranoc ciekawe treści. Miałam okazję wziąć tę książkę w dłoń. Akurat otworzyłam na rozdziale „Różnica między człowiekiem a zwierzęciem”. Ciekawe, nie powiem, że nie.
My bidule, leżące na środku skrzyżowania ustawiłyśmy się za tłumem, gdy tylko przez megafon została wygłoszona informacja o naszym pociągu. I tak oto po wpuszczeniu nas na dworze pędziłyśmy ile sił w nogach, by wsiąść do pociągu. Nie by zająć miejsce, ale by w ogóle wsiąść. Taka tam już zasada panuje. Na miejsca nie liczyłyśmy, więc od razu zajęłyśmy podłogę przy wejściu do przedziału. Ludzie wciąż się gromadzili, aż w końcu padła informacja, że nie ma już miejsca, reszta ludzi jest proszona o czekanie na następny pociąg.
Każdy w miarę możliwości rozlokował swe bagaże. Czas jechać. W pomieszczeniu 1,5m x 3m dwanaście osób plus bagaże wszystkich osobników pokonało ośmiogodzinną trasę. Nogi mieliśmy podkulone pod samą klatkę piersiową. Moje nogi długo w takiej pozycji nie wytrzymują, więc wierciłam się najbardziej ze wszystkich szukając innego, lepszego rozwiązania. Pozycje zmienialiśmy bardzo często. Jedni jechali chwilę na stojąco, inny siedzieli raz na bagażu, raz pod nim. Tłukliśmy się łokciami przepraszając co sekundę. Ale nie przeszkodziło to w dobrej zabawie.
Rysowanie po ciele czy gra w kółko i krzyżyk towarzyszyły nam w przerwach między snem. W pociągu powrotnym poznałam genialnych ludzi. Zacznę od Krystiana, Krzyśka a właściwie Kordiana, który to wywołał u mnie najwięcej radochy. Jeśli w Wieluniu są sami tacy ludzie, to Wieluń jest cudowny!
Pozdrawiam ekipę z Krakowa, która zalegała na środku przejścia. Poczucie humoru to Wasze drugie imię. Koleżanka po mojej prawej siedziała cicho, ale wybaczam Jej, drogę do domu miałam długą, a i Woodstock męczący. Kolega w blond włosach do ramion, który przywiązał swój bagaż tak, że wisiał pionowo również mega zakręcony. Aaaa no i człowiek od książki Kryszny, który najpierw uratował nam życie dostarczając tlenu do wagonu, a potem czytał na dobranoc ciekawe treści. Miałam okazję wziąć tę książkę w dłoń. Akurat otworzyłam na rozdziale „Różnica między człowiekiem a zwierzęciem”. Ciekawe, nie powiem, że nie.
Podróż minęła. Znów na twarzach pojawił
się smutek, kiedy to trzeba było
pomachać na do widzenia (oby do widzenia) swoim towarzyszom. Jak
wiadomo, wszystko co piękne, szybko się kończy. To skończyło się bardzo szybko,
bo było bardzo piękne. Wychodząc z pociągu ujrzałyśmy szynobus, który miał za
kilka minut odjeżdżać w kierunku Dytmarowa. Nie zastanawiałyśmy się długo,
tylko zajęłyśmy w nim miejsca i
pięćdziesiąt minut później byłyśmy tam gdzie chciałyśmy. Po drodze śmiałyśmy
się jak naćpane. Naćpane szczęściem, radością, miłością, muzyką, szacunkiem,
życzliwością i tolerancją.
Niedziela była przygnębiająca. Położyłam
się w kuchni na podłodze i zaczęłam rozpakowywać torbę. Nie miałam siły wstać.
Nic mi się nie chciało. Wzięłam prysznic, a później jeszcze dwa, zjadłam, a
później jadłam i jeszcze raz jadłam. Pochłaniałam wszystko co oczy widziały. W
międzyczasie ucinałam sobie drzemki, ale jak na złość co chwilę ktoś zaglądał
do mojej dziupli i stawiał mnie na równe nogi. Łącznie z burzą, która
przywitała mnie w domu piorunami i brakiem internetu.
Nie
pozostaje mi nic innego jak cieszyć się pamiątkowymi zdjęciami, filmami, tym co
zostało mi w głowie. Cierpliwie czekam na XXI przystanek.
Pojawię się tam na pewno. Muszę.
A teraz chcę wypowiedzieć się na tematy przeróżne.Zacznę od ASP. Zajęć jest tam mnóstwo, brakuje tylko czasu żeby to wszystko ogarnąć, ale polecam serdecznie. Jeśli chodzi o higienę, ludzie są tam czyściejsi niż niejedni mający dostęp do gorącej wody dwadzieścia cztery godziny na dobę, których znam. Ludzie się tam myją, uwierzcie mi.
Co do jedzenia, nie kosztowałam niczego z Wioski Kryszny, nawet z gastro. Wiem jedno, nikt tam głodny nie chodzi, bo jeden drugiemu pomaga i się dzieli. Tak, niektórzy jeszcze potrafią się dzielić. W dodatku punkt Banku PKO serwował codziennie darmowe bułki słodkie. Dobra inicjatywa. Wielki plus za mgiełki wodne i polewanie wodą przez strażaków w trakcie koncertów, w takie upały ochłoda wskazana. Co do Kryszny, bardzo podoba mi się atmosfera jaka panowała w ich wiosce. „Procesja”z tańcami, która odbywała się codziennie utkwiła mi bardzo głęboko w głowie. Piękne widowisko.
Wielkie podziękowania z mojej strony dla
wszelkiego rodzaju służb porządkowych. Poświęciliście kilka dni na to, by nas
pilnować. Zarwaliście noce, żebyśmy się mogli bawić. Pokojowy Patrol był na
każde zawołanie o każdej porze dnia i nocy. Od wyjścia z pociągu, do wejścia do
niego ponownie. W zeszłym roku sama myślałam o tym, by pojawić się na
Przystanku Woodstock w roli członka Pokojowego Patrolu. Teraz się waham, bo nie
jestem w stanie dać z siebie tyle co Wy. Jesteście wielcy.
Czas na najważniejszą rzecz i najważniejszą
osobę. Podziękowania dla Pana Jerzego Owsiaka. Od zawsze kibicowałam WOŚPowi, teraz
jestem też całym sercem za Przystankiem Woodstock. Miło było zobaczyć zakonnice
i księży podążających między punkami, hipisów spacerujących z tradycyjnymi
rodzinami z dziećmi czy homoseksualistów. Choć hasło „Każdy inny, wszyscy
równi” zostało stworzone do innej akcji, pasuje tutaj idealnie. Nie ma tutaj
granic, wszystko jest jednością. To wszystko jest zasługą Pana Jurka. Dziękuję Panu!
Czy bycie abstynentem na Woodstocku jest
trudne? Myślałam, że będzie mi trudno. Wiem jak na co dzień jestem postrzegana
i jak ludzie usiłują nakłonić mnie do alkoholu. W Kostrzynie nad Odrą
tego nie było. Powiedziałam: „Nie dziękuję, nie piję”, „Dziękuję, jestem
abstynentką”, dostawałam odpowiedzi tego typu: „Ok, rozumiem”, „Szacun, też bym
tak chciał”, „O rany, nie wierzę, ale szanuję”.
A ja szanuję wszystkich tych, z którymi mogłam zamienić na ten temat
kilka słów.
Kostrzyn nad Odrą to magiczne miejsce.
Nadal zachwycam się klimatem jaki tam panuje. Sądzę, że będę się zachwycała do
kolejnego Przystanku. Do najlepszego przystanku świata, na którym można stanąć
stopami. Nie mogę się doczekać, aż w przyszłości zabiorę tam swoje dzieci.
Kończę, bo
Zaraz będzie ciemnoooo!
Anita.
P.S.
Pozdrawiam Adriana, Damiana i Krzyśka, tych „z drogi” oraz Łukasza ze strefy
Lecha.
P.S.
2. Bardzo proszę aby ludzie, którzy nigdy nie byli na Woodstocku, którzy nigdy
nie liznęli tematu tego miejsca nie wypowiadali się na jego temat. To wszystko
trzeba zobaczyć na własne oczy, by potem móc oceniać. Ja byłam, zobaczyłam i
czuję się zwyciężona.
#lovewoodstock #woodstock2014
czwartek, 24 lipca 2014
Kowalski z siekierą.
Pochmurna środa. Sytuacja dzieje się na trasie pomiędzy miejscowościami A i B. Wraz z matulą podążamy z zawrotną prędkością, odwrotną do prędkości światła za jakąś tam śmieciarką. W radio Enej rozbudza świat, choć na dobrą sprawę jest już południe. Tak... dziś wstałam wcześnie. Zbyt wcześnie jak na wolny dzień.
Ale wracając na trasę... po naszej prawej stronie dostrzegam mężczyznę. Coś kojarzę, że to mieszkaniec naszej wioski, ale w zasadzie nawet nie wiem jak się nazywa i gdzie dokładnie mieszka. Przejeżdżam obok niego obojętnie, po czym z mej prawicy dobiega straszliwy, pełen pretensji głos:
"Dlaczego się nie zatrzymałaś? Wzięłybyśmy go!"
Odpowiadam lekko podniesionym już tonem: "Ale ja go nawet nie znam, dlatego się nie zatrzymałam! W odpowiedzi słyszę: Jak to nie wiesz kto to jest?! Przecież to Kowalski*, ten co ostatnio za swoją matką z siekierą ganiał."
I ja go miałam zabrać?!
*Nazwisko zostało zmienione.
Anita.
Ale wracając na trasę... po naszej prawej stronie dostrzegam mężczyznę. Coś kojarzę, że to mieszkaniec naszej wioski, ale w zasadzie nawet nie wiem jak się nazywa i gdzie dokładnie mieszka. Przejeżdżam obok niego obojętnie, po czym z mej prawicy dobiega straszliwy, pełen pretensji głos:
"Dlaczego się nie zatrzymałaś? Wzięłybyśmy go!"
Odpowiadam lekko podniesionym już tonem: "Ale ja go nawet nie znam, dlatego się nie zatrzymałam! W odpowiedzi słyszę: Jak to nie wiesz kto to jest?! Przecież to Kowalski*, ten co ostatnio za swoją matką z siekierą ganiał."
I ja go miałam zabrać?!
*Nazwisko zostało zmienione.
Anita.
środa, 23 lipca 2014
Czas wolny.
Nadmiar wolnego czasu nie wpływa na mnie zbyt korzystnie. Za dużo myślę. W sumie myślenie jest dobre, ale chodzi mi bardziej o rozmyślanie. Za dużo rozmyślam. Nie mam nawet konkretnych tematów. Zastanawiam się po prostu nad badziewiami. Nad drobnostkami i innymi niepotrzebnymi rzeczami.
Stąd też wniosek, że czas wolny bardziej szkodzi, niż pomaga. Człowiek się rozleniwia, nie wie co ze sobą począć, aż w końcu wpada w depresję. Depresja latem? -zapytacie. Tak, nawet latem można mieć doła, leżeć całymi dniami w łóżku i być cięgle sennym, przygnębionym. Nie polecam.
Kiedy człowiek się w końcu ocknie, potrzebuje dwóch dni, żeby zorientować się gdzie i w której części miesiąca jest.
Myślę, że to już za mną, a dalsza część wakacji będzie bardziej pogodna. W końcu jestem już studentką.
Anita.
Czekam na wyniki konkursów, a tymczasem POSZUKUJĘ WYDAWNICTWA, KTÓRE ZECHCIAŁOBY WYDAĆ MÓJ DOROBEK TWÓRCZOŚCI POETYCKIEJ.
Stąd też wniosek, że czas wolny bardziej szkodzi, niż pomaga. Człowiek się rozleniwia, nie wie co ze sobą począć, aż w końcu wpada w depresję. Depresja latem? -zapytacie. Tak, nawet latem można mieć doła, leżeć całymi dniami w łóżku i być cięgle sennym, przygnębionym. Nie polecam.
Kiedy człowiek się w końcu ocknie, potrzebuje dwóch dni, żeby zorientować się gdzie i w której części miesiąca jest.
Myślę, że to już za mną, a dalsza część wakacji będzie bardziej pogodna. W końcu jestem już studentką.
Anita.
Czekam na wyniki konkursów, a tymczasem POSZUKUJĘ WYDAWNICTWA, KTÓRE ZECHCIAŁOBY WYDAĆ MÓJ DOROBEK TWÓRCZOŚCI POETYCKIEJ.
czwartek, 10 lipca 2014
Zaczynamy?
Zaczynamy? Chyba najwyższa pora. Potrzebowałam 365 dni. Tak, potrzebowałam całego roku, by zrobić ten krok.A że jest ku temu okazja... rozpiera mnie duma.
Witajcie.
Anita.
Witajcie.
Anita.
Subskrybuj:
Posty (Atom)