sobota, 25 kwietnia 2015

Pięć czynności, które wykonują ludzie stojąc w korku.

          Mimo, że pogoda coraz ładniejsza, mało kto przesiada się na rower. Poza tym człowiek szybko przyzwyczaja się do dobrego i efekt tego taki, że na drogach wciąż ogromne korki.

 
          Będąc od października wiernym pasażerem autobusu, mam okazję przyglądać się samochodom i ich prowadzącym, podczas oczekiwania na światło w kolorze nadziei. Nie zbierałam danych statystycznych, jednak pewne czynności powtarzają się tak często, że aż grzech o nich nie napisać.




1. Facebook

To mnie akurat nie dziwi. Obecne czasy aż się proszą, by nie wypuszczać smartfona z ręki. Szybki przegląd ostatnich aktywności swoich znajomych, like pod zdjęciem kumpla z sobotniej popijawy i można jechać dalej.







piątek, 24 kwietnia 2015

Cholerna szczęściara.

            Żyjemy w dziwnych czasach, kiedy to ludzie uganiają się Markiem, a w zasadzie jego żoną- Marką. Marką butów, marką ubrań, marką sprzętu, marką wszystkiego.
Marka- cholerna szczęściara. Pewnie bez ochrony nie opuszcza domu.







Taki suchar.






            Zachwycam się wieloma rzeczami. Dobrą muzyką, ciekawymi ludźmi, pięknymi widokami. Zdarzy mi się też cieszyć z jakiegoś ubrania, obuwia czy sprzętu. Naturalnie! Ale czy dyndający kawałek materiału z logiem artysty danego dzieła, który bardzo często drapie i "gryzie", powinien odgrywać w naszym życiu tak dużą rolę?


           Nie sądzę. Wedle zasady, że nie ocenia się książki po okładce, nie powinniśmy oceniać ubrania po metce, tym samym ludzi po marce, którą "noszą", lub ze sprzętu której korzystają.


            Ale po co ten cały wyścig szczurów? Nie wiem. Żeby to jeszcze dawało ludziom trochę radości, było przyjemne, czy cokolwiek. A to nie robi nic, prócz zabierania nam cennego czasu, przez co nie zwracamy uwagi na piękne, małe rzeczy. To właśnie z nich powinniśmy się cieszyć. Prawda Pani Sylwio?


          Oczywiście w środowisku tyle opinii, co ludzi i marek. I nic na to nie poradzisz, bo zegar tyka, a technologia wciąż się rozwija. Niemniej jednak przydałoby się czasem niektórym wylać kubeł zimnej wody na łeb.


           Poza tym Marek na pewno by się cieszył, gdyby świat zostawił jego żonę w spokoju. :)













Anita.




         

środa, 8 kwietnia 2015

"Ważny jest wydech i wdech..."

           Tak śpiewały Elektryczne Gitary w utworze "Huśtawka". Ale ja dziś nie o huśtawce, a o bieganiu! Pewnie zastanawiasz się co ma wspólnego bieganie ze mną- istotą, której główną wadą jest lenistwo. Otóż nawet ja miewam chwile olśnienia, kiedy to przywdziewam sportowe obuwie i biegnę zbadać stan asfaltu po upływie kolejnego kwartału.

       
           Biegnę.

Czy biorę ze sobą aparat?  Kiedyś brałam ortodontyczny, ale był on do mnie uwiązany, a właściwie przyklejony na dłuższy czas.

Czy ubieram najlepszy dres i buty, których mogą mi inni pozazdrościć?
Nie. Najczęściej wychodzę w starym, zmechaconym dresie, w którym akuratnie przechadzałam się po domu oraz buty, które ponoć przeznaczone są do biegania.

Czy informuję cały świat, że w końcu ruszyłam swoje dobrze zbudowane cztery litery i zrobiłam coś dobrego dla siebie?
Nie.




Nie! Nie! Nie!

            Dostaję awersji na widok kolejnych sportowych aplikacji, które służą temu, by przechwalać się w internecie, co to człowiek dziś zrobił, ile to się namęczył, ile km pokonał.
Uważam, że człowiek winien pracować nad sobą dla siebie, a nie dla sławy.

     
           Oczywiście są osoby, które w ten sposób zarabiają na siebie, jest to ich praca i to rozumiem. Ale człowiek, który pół życia spędził na kanapie niczym dobrze Ci znany Ferdek Kiepski, nagle rusza na podbój świata, przebiega dwadzieścia km po czym ląduje w szpitalu, bo jego organizm nie wytrzymał takiego wysiłku, jest dla mnie przykładem zerowym.


           Swoją drogą... Facebook jest miejscem, gdzie znajdziemy wszystko. Głównie wszystko co złe. To taki konfesjonał dla niewierzących. Jeśli ktoś nie chce, bądź nie ma odwagi udać się do kościoła, spowiada się na facebooku z każdego swojego ruchu, z każdego czynu, każdego słowa.




          Ale wracając do biegania...








Nie. Nie jestem na wczasach jak obecnie połowa vlogerów, blogerów. Nie, nie ma u mnie takiej pogody jak na powyższym zdjęciu. Mimo wszystko grubo się ubrałam i pokonałam kolejne kilka tysięcy metrów. Czuję się świetnie. Oprócz szafy i pokoju, warto też czasem przewietrzyć umysł. Zawsze dla siebie! Zawsze!











Anita.


piątek, 3 kwietnia 2015

Ktoś Nas zrobił w jajo.

          Pisałam o Świętach Bożego Narodzenia, więc nie omieszkam wspomnieć o Świętach Wielkiej Nocy. W sumie patrząc na aurę pogodową oraz lampki choinkowe wciąż wiszące w moim pokoju, mam wrażenie, że te zimowe święta jeszcze się nie skończyły.


          Chyba pora wspomnieć, co składało się na moją dotychczasową Wielkanoc. Celowo użyłam słowa "składało", gdyż coraz mniej wagi przywiązuję do pewnych rzeczy i magia świąt znika.











           Tradycją już jest, iż w przedświąteczną środę pali się żur. Nazwa oraz porządek całego wydarzenia zmieniały się z pokolenia na pokolenie. Dziś to jedynie symboliczne ognisko, któremu towarzyszy muzyka. Smutne, ale prawdziwe. W tym roku nie wzięłam udziału w "Judaszu".


            Gdy byłam młodsza uroczystości kościelne miały ogromny wymiar. Teraz święci się pokarmy tam, gdzie ksiądz zrobi to szybciej. Czas, czas, czas. Wszędzie ten czas.


       Życzenia krążą już od kilku dni. Życzymy sobie spokoju, wypoczynku, dobrego nastroju. Co z tego jeśli każdy jest nadal zabiegany i  na złamanie karku gna w miasto, by jeszcze przed świętami, załatwić to i owo w urzędach, zrobić zakupy na wypadek wybuchu wojny. Tfuu, tfuuu.












           Czy czuć Święta w powietrzu? Jeśli zajrzy się do kuchni, to zdecydowanie czuć. Jedzenia znów jak dla wojska. Po całym domu rozwieszone jajeczka, zajączki, baranki. Firanki "niosą" woń ulubionego płynu do płukania mamy. Ale tak poza tym nic nie wskazuje na to, że nadchodzi czas celebrowania Zmartwychwstania Pańskiego.


            Jest szaro, smutno i zimno. Ktoś Nas po prostu zrobił w jajo. W jajo Wielkanocne. Chyba, że to taki żart Prima Aprilis'owy.










            Bez względu na wszystko życzę Ci, by te Święta były spokojne i przepełnione pozytywną energią. Niech radość niesie się w tym zimnym powietrzu, a nadzieja na lepsze jutro niech zasypuje Cię niczym śnieg z gradem. Wszystkiego dobrego!












Anita.


       
     
   



czwartek, 2 kwietnia 2015

"Nasz Ojciec Święty Jan Paweł II powrócił do domu Ojca"

          Dziś mija dziesiąty rok od wypowiedzenia przez ówczesnego arcybiskupa Leonardo Sandriego powyższych słów. Ciągle wydaje mi się, że to było tak niedawno. A to już połowa mojego życia.








          Papież Polak zawsze będzie kojarzył mi się z kremówkami, miłością do świata i podróży, troską o dzieci i młodzież, ogromnym sercem i "Barką", którą uwielbiam. Nie omieszkam wspomnieć o studiach polonistycznych, wszak sama właśnie takie wybrałam.










           Ta zwykła, a jednocześnie tak Niezwykła Osoba wniosła w życie ludzi mnóstwo pozytywnej energii i dobra. Myślę, że warto o tym pamiętać bez względu na wyznanie religijne. Przecież póki o kimś pamiętamy, ten ktoś ciągle jest wśród Nas. Ojciec Święty zdecydowanie zasłużył na pamięć!





21:37



    



Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się- na próbę.

J.P. II














Anita.



sobota, 21 marca 2015

Nareszcie wróciła.

            Trudno było mi się z Nią rozstać. Nie lubię rozstań. Płakałam, turlałam się po ziemi nie mogąc przestać o Niej myśleć. Jest mi potrzebna od zawsze. Odliczałam minuty, godziny, dnie, miesiące. Później Jej nieobecność stała się czymś oczywistym, jednak nadal było jakoś pusto i chłodno w mym sercu. Teraz, gdy wreszcie nadszedł odpowiedni czas, wróciła! Tak, wróciła! Moja najdroższa!

            Wiosna! Wiosna, ach to Ty!





           To niesamowite. Jeszcze przed chwilą odwiedzałam cmentarze i zapalałam znicze, dziś myślę o tym, że wróciło do mnie ciepełko i wcale nie było tak źle tej zimy. Jako zmarzluch całkiem dobrze sobie radziłam.











            Przyszła wiosna. W koło dojrzałam same Jej oznaki. Bardzo wcześnie obudziły mnie pierwsze promyki słońca dobijające się do drzwi tarasowych. Mimo, iż spałam bardzo krótko, wcale nie miałam ochoty kontynuować tulenia poduszki. Jeśli szkoda dnia na sen, to znaczy, że przyszła wiosna.




            Dzieci sąsiadów biegały, krzyczały, robiły zamieszanie. Obudziły się po zimie niczym misie polarne. Ludzie wyszli z domów i zaczęli podziwiać świat. Pojawiło się w koło tyle uśmiechu, koloru i prostoty. Nawet tak lżej sprzątało się samochód i wymieniało kapcie na letnie. Wiosna! Wiosna!











            Mój ulubiony zapach, czyli zapach ogniska unosił się w pobliżu mojego domu. Nieszczęsne ptaszyska uwiły sobie gniazdko tam gdzie zwykle, a ja? A ja uczyłam się na tarasie w nieco letnim odzieniu i nawet jeździłam rowerem.




            I niech mi ktoś powie, że nie ma wiosny, to czekać go będzie korekta uzębienia.

P.S. W razie czego mogę dać namiary na swojego dentystę.












Anita.




piątek, 20 marca 2015

Dzień dobry, kocham Cię.

          W zasadzie dzień się kończy, a nie zaczyna, ale co tam. Dzień dobry.
 


          Rytuałem stało się zamieszczanie krótkiego komentarza do każdego filmu, który obejrzę. Oczywiście nie jestem z filmami na bieżąco, więc nie są to pełnowymiarowe recenzje stricte z portali rozrywkowych czy profesjonalnych stron miłośników kina.



           Korzystając z luźniejszego dnia, pierwszego od bardzo dawna, postanowiłam "odpalić" film, którego już sam tytuł wzbudza we mnie dużą radość. Wszystko za sprawą poniższego utworu, którego tytuł jest identyczny jak tytuł obejrzanego przez mnie filmu.













            Utwór zespołu "Strachy na Lachy" jest bardzo smaczny i poprawia humor. Znam go od dawna i często po niego "sięgam". Wersja filmowa piosenki w wykonaniu Libera 
i Barbary Kurdej- Szatan , znanej mi m.in. z programu rozrywkowego X Factor, czy też w późniejszym okresie z reklam sieci komórkowej Play, także przypadła mi do gustu. Niemniej jednak jestem wierna oryginałowi.




         Sam film pt. "Dzień dobry, kocham Cię" jest przezabawną komedią, która wzbudza pozytywne emocje i na długą chwilę zostawia na twarzy uśmiech. Moim skromnym zdaniem najzabawniejszą postacią jest Lucek, którego gra Paweł Domagała. Jego zachowanie i charakterystyczne teksty dają się zapamiętać na długo. Jego gra aktorska jest urocza.













         Oczywiście pojawiła się także Olga Bołądź, która znajduje się w moim notowaniu TOP 10 aktorów. Ma śliczny uśmiech, który zawsze przyciąga uwagę. Zabawny okazał się być Maciek Musiał, którego znałam z całkiem innych ról. Tu gra dorosłego mężczyznę i troszkę mi to nie pasowało. Ale na Maćka zawsze miło popatrzeć.



         Tematyka filmu przyjemna i lekka. Zakochanie, poszukiwanie się, napotykanie przeszkód w dążeniu do celu, jednocześnie wytrwałość i zawziętość. Oczywiście wszystko kończy się happy endem, który można przewidzieć. To dobra pozycja filmowa na każdą porę.



















Anita.








czwartek, 19 marca 2015

"Joanna"

          Postanowiłam ulżyć swojemu sumieniu i liście "MUST SEE". Tak oto przed moje oczy trafiła "Joanna". Film zacny i przyjemny. Przejdźmy zatem do konkretów.







          Gra aktorska na wysokim poziomie. Znane mi postaci telewizyjne ukazały się w innym świetle. W dobrym świetle. Urszula Grabowska grająca główną postać zdobyła w moich oczach maksymalną ilość punktów.

          Tematyka filmu jak najbardziej mi odpowiada. Nie przepadam za historią, aczkolwiek takie filmy bardzo lubię. Nawet długość "Joanny" okazała się być dla mnie przyjazna.










           Mając słabość do dzieci nie mogłam "przejść" obojętnie obok słodkiej Róży. Były momenty, kiedy miałam ochotę ją przytulić. Nie mogę pojąć jak dzieci były okropnie traktowane w czasie wojny. Z drugiej strony od najmłodszych lat uczyły się życia.




          Mimo, iż film zbiera różne opinie, oceniam go pozytywnie i gorąco zachęcam do obejrzenia.











Anita.

wtorek, 17 marca 2015

Pułapki na Ciebie czyhające.

          

           Zapewne nie raz znalazłeś się w pułapce. Dawniej szykowałeś je swoim kolegom, teraz to życie szykuje je Tobie. I wcale nie muszą to być pułapki na myszy czy te szklane. Za chwilę Ci to udowodnię. Pułapki czyhają na nas na każdym kroku.












1. ZWIĄZEK

          Totalna pułapka, ogranicznik. Nie masz już własnego zdania. Zdanie Twoje i Twojej połówki to jedność. Nie jest to pułapka na całe życie, ale jest to bagno. Rzadko kto się z niego wydostaje. 





2. ROBOTY SPOŁECZNE

           Nic tak nie uszlachetnia człowieka jak bezinteresowna pomoc bliźnim. Źle, gdy przełoży się ona na Twoje życie i stanie się jego większą częścią. Jak wychowasz, tak będziesz miał. Gorzej, jeśli to ktoś wychowa sobie Ciebie.















3. PRACA U PRYWACIARZA

           Mówi się, że od czegoś trzeba zacząć. Kiepsko, jeśli trafi Ci się teoretyczna praca kelnerki, praktyczna praca na dziesięciu stanowiskach. Nie dość, że Tobą pomiatają, to jeszcze pierzesz prywatne brudy, w przenośni i dosłownie. Przecież szef też musi mieć wyprane skarpetki.






4. KIEROWCA NA ZAWOŁANIE

           Zgodziłeś się kierować raz, drugi, trzeci? Spodziewaj się, że będą Cię ściągać z łóżka bez względu na porę dnia lub nocy. Nie usłyszysz także pytania: "Możesz?", "Jesteś trzeźwy?", "Pojedziesz?". Najlepiej nie przyznawaj się, że zrobiłeś prawo jazdy. 






          Na co dzień spotykamy się z wieloma odmianami bagna. Moje największe przedstawiłam powyżej, a za Ciebie nie będę się tłumaczyła. Każdy trafia butem w grząski grunt na własne życzenie.









Anita.


czwartek, 12 marca 2015

Pięć rad, dzięki którym miejsce obok Ciebie w autobusie zostanie wolne.

           "Niech żyje wolność, wolność i swoboda" wykonywał zespół Boys. To właśnie tej drugiej cząstki najczęściej brakuje w autobusowym tłoku. Na wagę złota okazuje się wtedy być wolne miejsce obok Ciebie, dzięki któremu nie będziesz musiał gnieść się jak sardynki w puszcze. 


           Jako, iż na co dzień poruszam się właśnie tego typu pojazdem, pragnę przedstawić pięć sprawdzonych metod, dzięki którym będziesz mógł sobie pozwolić na większy relaks i troszkę więcej swobody, a sąsiednie miejsce nie zostanie przez nikogo zajęte.






1. Rozłóż bagaże tuż obok siebie

Nic tak nie zdenerwuje ludzi jak miejsce siedzące przeładowane torbami, zakupami, a nawet zimowym płaszczem, z którego będą wystawały najpotrzebniejsze w tym okresie rzeczy typu: czapka, szalik, rękawiczki, trzy pary skarpet i skakanka. Pytasz po co skakanka? A no, żeby się rozgrzać jak drugą godzinę stoi się przy stanowisku i czeka na autobus, rzekomo ten do swoich marzeń.











2. Udawaj, że śpisz

Ludzie niechętnie siadają obok osoby, która kima. Z doświadczenia wiem, że śpiące osoby zachowują się bardzo dziwnie. Począwszy na majaczeniu, opuszczaniu głowy na twe ramię czy opieraniu swojej nogi o Twoją, aż po chrapanie. Na koniec jeszcze Ci się oberwie, że nie obudziłeś swojego śpiącego towarzysza przy tym przestanku, przy którym chciał opuścić "pendolino". Czasem warto poudawać! 










3. Włóż do uszu słuchawki i wpatruj się w okno

Oczywiście udawaj, że nie słyszysz pytania: "Wolne?". Wtedy kolejny pasażer ładujący się do autobusu z piętnastoma bagażami będzie zmuszony udać się w stronę osoby, która jest bardziej skora do pomocy i udzielenia odpowiedzi niż Ty. Działa!









4. Śpiewaj pod nosem

Nie musisz mieć słuchawek z własną muzyką. Zazwyczaj kierowcy dbają o to, aby oprócz przeróżnych odgłosów nadających najświeższe ploteczki, rozbrzmiewała także muzyka. Raz na tydzień zdarzy się nawet taka idealnie pasująca do mojego gustu. Nigdy nie waham się nucić pod nosem czegoś, za czym szaleję. Nie zauważyłam, aby ktoś był z tego zadowolony.








5. Powiedz, że trzymasz miejsce koledze

Babuszka czy dziadziuś szybko łykają tego typu historyjki, gdyż pewnie sami mają wnuki w takim bądź podobnym wieku i wiedzą, że bez przyjaciela smutno jest nawet w autobusie. Dlatego siada się parami tak, by się nie zanudzić jadąc godzinę czy dwie w jedną stronę. Z grzeczności wskaż pytającemu inne wolne miejsce. Zainteresuje się nim i zapomni o tym jak go spławiłeś.









           Skoro podzieliłam się z Tobą swoimi sprawdzonymi metodami na zachowanie pustego miejsca obok siebie, trzymam kciuki aby udało Ci się któryś wdrożyć w życie. Czasem trzeba robić dziwne rzeczy, żeby zwiększyć komfort podróżowania. A co! 











Anita.











piątek, 6 marca 2015

"Dom Twój jest tam, gdzie wi-fi łączy się automatycznie."

            W zasadzie za dom powinno uznawać się bliskich, ciepło płynące z domowego ogniska oraz atmosferę, która nas do domu przyciąga. Jednak wraz z rozwojem technologii oraz pędem za lepszym życiem, zapominamy o tym co ważne. Zmieniamy priorytety i inaczej traktujemy ludzi i przedmioty, a w zasadzie traktujemy ludzi JAK przedmioty. Ale dziś troszkę nie o tym.

          Niestety muszę się zgodzić z tytułem tego posta. Obserwując ostatnio swoje życie, które ucieka przez palce niczym piasek, dostrzegłam, że faktycznie dużą rolę w codziennej bieganinie odgrywa wi-fi. W miejscach, które są mi bliskie, tym samym w których przebywam bardzo często, wi-fi łączy się automatycznie, a sieć została już na początku dodana do domowych.

           Gdy po całym dniu wracam do domu, ulgę odczuwam, gdy w okolicy stu metrów od miejsca zamieszkania ikona wi-fi zapala się na zielono i pojawia się komunikat o pozytywnym połączeniu. Podobnie jest wtedy, gdy znajdę się w pobliżu innych, dobrze znanych mi pomieszczeń.








          Można by się zastanawiać, czy to kwestia uzależnienia od internetu, czy też po prostu tęsknoty za siecią. (Prawda, że przyjemniej brzmi?) Gdy nie mam przez większą część dnia dostępu do internetu, zwyczajnie jestem ciekawa co czeka na mnie na najczęściej przeglądanych portalach, stronach, forach. Dlatego ta ikonka o kolorze nadziei jest tak zbawienna. Wtedy wiem, że oprócz tego, iż sprawdzę w końcu to, co mnie interesuje, zjem też coś dobrego, wyłożę nogi na ławę i poleżę do góry brzuchem, bo obowiązki na daną dobę właśnie się skończyły i jestem już w domu.




WI-FI = DOM          



        "Dom Twój jest tam, gdzie wi-fi łączy się automatycznie". Nie mogłabym się z tym zgodzić, gdyby faktycznie tak nie było. Ale skoro wszystko wydaje się być takie znajome, powiedzenie zostaje dodane do mojego słownika i zajmuje pozycję tuż obok "katolickich uszu".











Anita.

sobota, 28 lutego 2015

Ile może być odcieni szarości?

          Ponoć pięćdziesiąt.


          Tak, ja również dałam się ponieść chwili i znalazłam się w kinie na filmie pt. "50 Twarzy Greya". Ale, ale. Ja miałam powód! Po dwukrotnym przeczytaniu całej trylogii, która jest bestsellerem, nie mogłam przejść obojętnie obok adaptacji filmowej.


          Nie będzie zaskoczeniem, jeśli powiem, a właściwie napiszę, że film w żaden sposób nie oddał choć fragmentu książki. Taka już rola filmów. Mocno przekształcają to, co stworzył pisarz i niszczą nasze wyobrażenie dotyczące całej powieści.


         Myślę, że przygodę z Greyem warto zacząć od książki. Jest pikantna, przepełniona miłością i wulgaryzmem. Nacechowana emocjonalnie, skłaniająca do refleksji. Główna bohaterka, Anastazja Steel stanowi typ kobiety, która całkowicie podporządkowuje się swojemu mężczyźnie. Zresztą tak ją właśnie przedstawiłam w swojej prezentacji maturalnej i uważam, że wybór tej książki w tamtym czasie był znakomitą, choć trudną do podjęcia decyzją.










          Cała historia napisana jest jednym tchem, przez co czytelnik nie ma ochoty odkładać książki na potem. Obecnie nie potrafię rozdzielić historii Greya na trzy osobne części, więc trudno mi napisać co było w pierwszej, co w drugiej itd. Traktuję to jako jedność. Jako niesamowitą jedność. Mało jest na ryku książek tego typu.


           Gdy sięgałam po "50 Twarzy Greya" słyszałam różne opinie na temat tej książki. Głównie pozytywne, ale zdarzały się też te złe, tworzone przez hejterów, którzy oczywiście wersji papierowej nie czytali. Nie uważam, że jest to tylko pozycja dla kobiet, bowiem znam osobiście człowieka płci męskiej, który także "połknął" szarości w krótkim czasie, w dodatku mniej więcej na przestrzeni tych samych dni.


         Nie wiem dlaczego tak jest, ale książka bardzo mocno dowartościowuje. Przynajmniej ja tak miałam. Z każdym kolejnym rozdziałem czułam się bardziej kobieca i szukałam atutów tam, gdzie kiedyś w życiu bym ich nie widziała. Magia. Dodam także, że mocno utożsamiłam się z postacią Anastazji, co sprawia, że jeszcze bardziej lubię tą lekturę.










         Nie mogę napisać, iż druga i trzecia część były nudne, bo nudy w nich nie było, ale wraz z momentami coraz większego ustatkowania się w życiu Ann i Christiana, książka zamieniała się w pozycję przygodową. W dodatku można było przewidzieć już niektóre fakty. Niemniej jednak jest to fantastyczna historia, z którą warto się zapoznać, niekoniecznie poprzez dwugodzinną ekranizację.


          Przechodząc do ekranizacji.... potraktowałam ją jako osobną historię, żeby nie psuć sobie swoich wyobrażeń o postaciach i wszystkim, co działo się dookoła nich. Przez cały czas trwania filmu śmiałam się jak na komedii, dlatego też stwierdzam, że była to dobra maskarada, choć wcale nie włożyli "50 Twarzy Greya" do tej szufladki. A szkoda, bo jako ten gatunek byłaby strzałem w dziesiątkę.






         




          Od momentu, kiedy ukazał się trailer filmu i miałam okazję ujrzeć, kto gra główne postaci, nie byłam zachwycona. Totalnie nie pasują mi te osoby do tego, co maluje się w mojej głowie po przeczytaniu książki. Oczywiście film był streszczeniem streszczenia streszczenia lektury, dlatego też osoby, które nie zajrzały do empiku, biblioteki czy sieci w celu znalezienia Greya w pdf, nie będą znały wielu, moim zdaniem ważnych szczegółów.


           Wielkim plusem całego zamieszania wokół długo wyczekiwanej ekranizacji dzieła jest świetna muzyka, którą to jakiś dobry człowiek zgromadził w jednej pozycji i którą to "wałkuję" w kółko. Muzyka jest mroczna, tajemnicza, skrywa wiele miłosnych przesłanek. Bardziej pasuje mi do książki niż filmu, ale fakt jej powstania jest czymś pięknym.










          Nie żałuję, że udałam się do kina. Było już po całym Greyowym szale, długo po walentynkach i sala była prawie pusta. O dziwo było tam kilka osób po (strzelam) sześćdziesiątym roku życia. Ale przecież wszystko dla ludzi, prawda?


         Pracę drukowaną będę polecała do końca życia i długo po. Film także, ale proponuję potraktować go jako coś zupełnie innego, nowego, stworzonego bez połączenia z czymkolwiek.














Anita.

Sonda #1 Jak często wstajesz w nocy do toalety?

          No i są wyniki pierwszej sondy.
         




         Jak się okazuje, sześćdziesiąt procent z Was śpi w pampersie. Leniuszki Wy!






Anita.

poniedziałek, 23 lutego 2015

"Teoria wszystkiego"

          Nadszedł czas, kiedy to zostałam przytwierdzona do łóżka i z nudów oraz braku siły, oprócz lekarstw "połykam" także filmy. Na tapetę poszła "Teoria wszystkiego", na którą natknęłam się przy okazji szukania informacji o "Idzie".

          Nie wiem dlaczego tak jest, ale filmy które poznaję przypadkiem, okazują się strzałem w dziesiątkę. "Teoria wszystkiego" to niesamowita dwugodzinna historia, którą warto poznać.

         Główną postacią jest Stephen Hawking, u boku którego żyje piękna Jane. Stephen jest geniuszem, który zawsze trafia w samo sedno i jest perfekcjonistą. Dopiero, gdy przychodzi zmierzyć mu się z chorobą jaką jest stwardnienie zanikowe boczne, ukazują się jego słabości.










        Jego żona i dzieci są przy nim prawie do końca walki z ciągle postępującą chorobą. Z czasem ich losy zostają podzielone, jednakże obie strony są szczęśliwe, bo mogą się spełniać. Geniusz naukowy tworzy kolejne teorie i przedstawia je światu, Jane wychowuje dzieci i ponownie się zakochuje.

        W filmie nie brakuje przeogromnej miłości i oddania oraz szacunku do drugiej osoby. Połowa globu na miejscu obu bohaterów już dawno by się poddała. Oni walczyli do końca i to jest piękne.

         Ta pozycja filmowa zaskakuje, wzrusza i przede wszystkim uczy. Polecam.












Anita.

sobota, 21 lutego 2015

Czas na post...

          ... i wcale nie chodzi tu o powstrzymywanie się od czegoś, choć wypadałoby z okazji obecnego okresu.


          Czas na krótki post filmowy.
          Długo zastanawiałam się, czy warto pisać coś o filmie pt. "Ida". Niby od momentu premiery (rok 2013) do dziś zbiera on nagrody i nominacje, jednak dla mnie szału nie zrobił.









         To po prostu dobry film. Przyjemnie się go ogląda, jednak nie wzbudza on wielkich, niecodziennych emocji jak np. Stay czy Miasto 44, o którym to już pisałam.


         Fabuła jest po prostu ciekawa. Plus dla Agaty Kuleszy za świetne odegranie roli Wandy Gruz. Właściwa osoba na właściwym miejscu.


         Czy polecam? Jasne. Myślę, że warto znać filmy o których trąbi cały świat.









Anita.