czwartek, 2 kwietnia 2015

"Nasz Ojciec Święty Jan Paweł II powrócił do domu Ojca"

          Dziś mija dziesiąty rok od wypowiedzenia przez ówczesnego arcybiskupa Leonardo Sandriego powyższych słów. Ciągle wydaje mi się, że to było tak niedawno. A to już połowa mojego życia.








          Papież Polak zawsze będzie kojarzył mi się z kremówkami, miłością do świata i podróży, troską o dzieci i młodzież, ogromnym sercem i "Barką", którą uwielbiam. Nie omieszkam wspomnieć o studiach polonistycznych, wszak sama właśnie takie wybrałam.










           Ta zwykła, a jednocześnie tak Niezwykła Osoba wniosła w życie ludzi mnóstwo pozytywnej energii i dobra. Myślę, że warto o tym pamiętać bez względu na wyznanie religijne. Przecież póki o kimś pamiętamy, ten ktoś ciągle jest wśród Nas. Ojciec Święty zdecydowanie zasłużył na pamięć!





21:37



    



Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się- na próbę.

J.P. II














Anita.



sobota, 21 marca 2015

Nareszcie wróciła.

            Trudno było mi się z Nią rozstać. Nie lubię rozstań. Płakałam, turlałam się po ziemi nie mogąc przestać o Niej myśleć. Jest mi potrzebna od zawsze. Odliczałam minuty, godziny, dnie, miesiące. Później Jej nieobecność stała się czymś oczywistym, jednak nadal było jakoś pusto i chłodno w mym sercu. Teraz, gdy wreszcie nadszedł odpowiedni czas, wróciła! Tak, wróciła! Moja najdroższa!

            Wiosna! Wiosna, ach to Ty!





           To niesamowite. Jeszcze przed chwilą odwiedzałam cmentarze i zapalałam znicze, dziś myślę o tym, że wróciło do mnie ciepełko i wcale nie było tak źle tej zimy. Jako zmarzluch całkiem dobrze sobie radziłam.











            Przyszła wiosna. W koło dojrzałam same Jej oznaki. Bardzo wcześnie obudziły mnie pierwsze promyki słońca dobijające się do drzwi tarasowych. Mimo, iż spałam bardzo krótko, wcale nie miałam ochoty kontynuować tulenia poduszki. Jeśli szkoda dnia na sen, to znaczy, że przyszła wiosna.




            Dzieci sąsiadów biegały, krzyczały, robiły zamieszanie. Obudziły się po zimie niczym misie polarne. Ludzie wyszli z domów i zaczęli podziwiać świat. Pojawiło się w koło tyle uśmiechu, koloru i prostoty. Nawet tak lżej sprzątało się samochód i wymieniało kapcie na letnie. Wiosna! Wiosna!











            Mój ulubiony zapach, czyli zapach ogniska unosił się w pobliżu mojego domu. Nieszczęsne ptaszyska uwiły sobie gniazdko tam gdzie zwykle, a ja? A ja uczyłam się na tarasie w nieco letnim odzieniu i nawet jeździłam rowerem.




            I niech mi ktoś powie, że nie ma wiosny, to czekać go będzie korekta uzębienia.

P.S. W razie czego mogę dać namiary na swojego dentystę.












Anita.




piątek, 20 marca 2015

Dzień dobry, kocham Cię.

          W zasadzie dzień się kończy, a nie zaczyna, ale co tam. Dzień dobry.
 


          Rytuałem stało się zamieszczanie krótkiego komentarza do każdego filmu, który obejrzę. Oczywiście nie jestem z filmami na bieżąco, więc nie są to pełnowymiarowe recenzje stricte z portali rozrywkowych czy profesjonalnych stron miłośników kina.



           Korzystając z luźniejszego dnia, pierwszego od bardzo dawna, postanowiłam "odpalić" film, którego już sam tytuł wzbudza we mnie dużą radość. Wszystko za sprawą poniższego utworu, którego tytuł jest identyczny jak tytuł obejrzanego przez mnie filmu.













            Utwór zespołu "Strachy na Lachy" jest bardzo smaczny i poprawia humor. Znam go od dawna i często po niego "sięgam". Wersja filmowa piosenki w wykonaniu Libera 
i Barbary Kurdej- Szatan , znanej mi m.in. z programu rozrywkowego X Factor, czy też w późniejszym okresie z reklam sieci komórkowej Play, także przypadła mi do gustu. Niemniej jednak jestem wierna oryginałowi.




         Sam film pt. "Dzień dobry, kocham Cię" jest przezabawną komedią, która wzbudza pozytywne emocje i na długą chwilę zostawia na twarzy uśmiech. Moim skromnym zdaniem najzabawniejszą postacią jest Lucek, którego gra Paweł Domagała. Jego zachowanie i charakterystyczne teksty dają się zapamiętać na długo. Jego gra aktorska jest urocza.













         Oczywiście pojawiła się także Olga Bołądź, która znajduje się w moim notowaniu TOP 10 aktorów. Ma śliczny uśmiech, który zawsze przyciąga uwagę. Zabawny okazał się być Maciek Musiał, którego znałam z całkiem innych ról. Tu gra dorosłego mężczyznę i troszkę mi to nie pasowało. Ale na Maćka zawsze miło popatrzeć.



         Tematyka filmu przyjemna i lekka. Zakochanie, poszukiwanie się, napotykanie przeszkód w dążeniu do celu, jednocześnie wytrwałość i zawziętość. Oczywiście wszystko kończy się happy endem, który można przewidzieć. To dobra pozycja filmowa na każdą porę.



















Anita.








czwartek, 19 marca 2015

"Joanna"

          Postanowiłam ulżyć swojemu sumieniu i liście "MUST SEE". Tak oto przed moje oczy trafiła "Joanna". Film zacny i przyjemny. Przejdźmy zatem do konkretów.







          Gra aktorska na wysokim poziomie. Znane mi postaci telewizyjne ukazały się w innym świetle. W dobrym świetle. Urszula Grabowska grająca główną postać zdobyła w moich oczach maksymalną ilość punktów.

          Tematyka filmu jak najbardziej mi odpowiada. Nie przepadam za historią, aczkolwiek takie filmy bardzo lubię. Nawet długość "Joanny" okazała się być dla mnie przyjazna.










           Mając słabość do dzieci nie mogłam "przejść" obojętnie obok słodkiej Róży. Były momenty, kiedy miałam ochotę ją przytulić. Nie mogę pojąć jak dzieci były okropnie traktowane w czasie wojny. Z drugiej strony od najmłodszych lat uczyły się życia.




          Mimo, iż film zbiera różne opinie, oceniam go pozytywnie i gorąco zachęcam do obejrzenia.











Anita.

wtorek, 17 marca 2015

Pułapki na Ciebie czyhające.

          

           Zapewne nie raz znalazłeś się w pułapce. Dawniej szykowałeś je swoim kolegom, teraz to życie szykuje je Tobie. I wcale nie muszą to być pułapki na myszy czy te szklane. Za chwilę Ci to udowodnię. Pułapki czyhają na nas na każdym kroku.












1. ZWIĄZEK

          Totalna pułapka, ogranicznik. Nie masz już własnego zdania. Zdanie Twoje i Twojej połówki to jedność. Nie jest to pułapka na całe życie, ale jest to bagno. Rzadko kto się z niego wydostaje. 





2. ROBOTY SPOŁECZNE

           Nic tak nie uszlachetnia człowieka jak bezinteresowna pomoc bliźnim. Źle, gdy przełoży się ona na Twoje życie i stanie się jego większą częścią. Jak wychowasz, tak będziesz miał. Gorzej, jeśli to ktoś wychowa sobie Ciebie.















3. PRACA U PRYWACIARZA

           Mówi się, że od czegoś trzeba zacząć. Kiepsko, jeśli trafi Ci się teoretyczna praca kelnerki, praktyczna praca na dziesięciu stanowiskach. Nie dość, że Tobą pomiatają, to jeszcze pierzesz prywatne brudy, w przenośni i dosłownie. Przecież szef też musi mieć wyprane skarpetki.






4. KIEROWCA NA ZAWOŁANIE

           Zgodziłeś się kierować raz, drugi, trzeci? Spodziewaj się, że będą Cię ściągać z łóżka bez względu na porę dnia lub nocy. Nie usłyszysz także pytania: "Możesz?", "Jesteś trzeźwy?", "Pojedziesz?". Najlepiej nie przyznawaj się, że zrobiłeś prawo jazdy. 






          Na co dzień spotykamy się z wieloma odmianami bagna. Moje największe przedstawiłam powyżej, a za Ciebie nie będę się tłumaczyła. Każdy trafia butem w grząski grunt na własne życzenie.









Anita.


czwartek, 12 marca 2015

Pięć rad, dzięki którym miejsce obok Ciebie w autobusie zostanie wolne.

           "Niech żyje wolność, wolność i swoboda" wykonywał zespół Boys. To właśnie tej drugiej cząstki najczęściej brakuje w autobusowym tłoku. Na wagę złota okazuje się wtedy być wolne miejsce obok Ciebie, dzięki któremu nie będziesz musiał gnieść się jak sardynki w puszcze. 


           Jako, iż na co dzień poruszam się właśnie tego typu pojazdem, pragnę przedstawić pięć sprawdzonych metod, dzięki którym będziesz mógł sobie pozwolić na większy relaks i troszkę więcej swobody, a sąsiednie miejsce nie zostanie przez nikogo zajęte.






1. Rozłóż bagaże tuż obok siebie

Nic tak nie zdenerwuje ludzi jak miejsce siedzące przeładowane torbami, zakupami, a nawet zimowym płaszczem, z którego będą wystawały najpotrzebniejsze w tym okresie rzeczy typu: czapka, szalik, rękawiczki, trzy pary skarpet i skakanka. Pytasz po co skakanka? A no, żeby się rozgrzać jak drugą godzinę stoi się przy stanowisku i czeka na autobus, rzekomo ten do swoich marzeń.











2. Udawaj, że śpisz

Ludzie niechętnie siadają obok osoby, która kima. Z doświadczenia wiem, że śpiące osoby zachowują się bardzo dziwnie. Począwszy na majaczeniu, opuszczaniu głowy na twe ramię czy opieraniu swojej nogi o Twoją, aż po chrapanie. Na koniec jeszcze Ci się oberwie, że nie obudziłeś swojego śpiącego towarzysza przy tym przestanku, przy którym chciał opuścić "pendolino". Czasem warto poudawać! 










3. Włóż do uszu słuchawki i wpatruj się w okno

Oczywiście udawaj, że nie słyszysz pytania: "Wolne?". Wtedy kolejny pasażer ładujący się do autobusu z piętnastoma bagażami będzie zmuszony udać się w stronę osoby, która jest bardziej skora do pomocy i udzielenia odpowiedzi niż Ty. Działa!









4. Śpiewaj pod nosem

Nie musisz mieć słuchawek z własną muzyką. Zazwyczaj kierowcy dbają o to, aby oprócz przeróżnych odgłosów nadających najświeższe ploteczki, rozbrzmiewała także muzyka. Raz na tydzień zdarzy się nawet taka idealnie pasująca do mojego gustu. Nigdy nie waham się nucić pod nosem czegoś, za czym szaleję. Nie zauważyłam, aby ktoś był z tego zadowolony.








5. Powiedz, że trzymasz miejsce koledze

Babuszka czy dziadziuś szybko łykają tego typu historyjki, gdyż pewnie sami mają wnuki w takim bądź podobnym wieku i wiedzą, że bez przyjaciela smutno jest nawet w autobusie. Dlatego siada się parami tak, by się nie zanudzić jadąc godzinę czy dwie w jedną stronę. Z grzeczności wskaż pytającemu inne wolne miejsce. Zainteresuje się nim i zapomni o tym jak go spławiłeś.









           Skoro podzieliłam się z Tobą swoimi sprawdzonymi metodami na zachowanie pustego miejsca obok siebie, trzymam kciuki aby udało Ci się któryś wdrożyć w życie. Czasem trzeba robić dziwne rzeczy, żeby zwiększyć komfort podróżowania. A co! 











Anita.











piątek, 6 marca 2015

"Dom Twój jest tam, gdzie wi-fi łączy się automatycznie."

            W zasadzie za dom powinno uznawać się bliskich, ciepło płynące z domowego ogniska oraz atmosferę, która nas do domu przyciąga. Jednak wraz z rozwojem technologii oraz pędem za lepszym życiem, zapominamy o tym co ważne. Zmieniamy priorytety i inaczej traktujemy ludzi i przedmioty, a w zasadzie traktujemy ludzi JAK przedmioty. Ale dziś troszkę nie o tym.

          Niestety muszę się zgodzić z tytułem tego posta. Obserwując ostatnio swoje życie, które ucieka przez palce niczym piasek, dostrzegłam, że faktycznie dużą rolę w codziennej bieganinie odgrywa wi-fi. W miejscach, które są mi bliskie, tym samym w których przebywam bardzo często, wi-fi łączy się automatycznie, a sieć została już na początku dodana do domowych.

           Gdy po całym dniu wracam do domu, ulgę odczuwam, gdy w okolicy stu metrów od miejsca zamieszkania ikona wi-fi zapala się na zielono i pojawia się komunikat o pozytywnym połączeniu. Podobnie jest wtedy, gdy znajdę się w pobliżu innych, dobrze znanych mi pomieszczeń.








          Można by się zastanawiać, czy to kwestia uzależnienia od internetu, czy też po prostu tęsknoty za siecią. (Prawda, że przyjemniej brzmi?) Gdy nie mam przez większą część dnia dostępu do internetu, zwyczajnie jestem ciekawa co czeka na mnie na najczęściej przeglądanych portalach, stronach, forach. Dlatego ta ikonka o kolorze nadziei jest tak zbawienna. Wtedy wiem, że oprócz tego, iż sprawdzę w końcu to, co mnie interesuje, zjem też coś dobrego, wyłożę nogi na ławę i poleżę do góry brzuchem, bo obowiązki na daną dobę właśnie się skończyły i jestem już w domu.




WI-FI = DOM          



        "Dom Twój jest tam, gdzie wi-fi łączy się automatycznie". Nie mogłabym się z tym zgodzić, gdyby faktycznie tak nie było. Ale skoro wszystko wydaje się być takie znajome, powiedzenie zostaje dodane do mojego słownika i zajmuje pozycję tuż obok "katolickich uszu".











Anita.

sobota, 28 lutego 2015

Ile może być odcieni szarości?

          Ponoć pięćdziesiąt.


          Tak, ja również dałam się ponieść chwili i znalazłam się w kinie na filmie pt. "50 Twarzy Greya". Ale, ale. Ja miałam powód! Po dwukrotnym przeczytaniu całej trylogii, która jest bestsellerem, nie mogłam przejść obojętnie obok adaptacji filmowej.


          Nie będzie zaskoczeniem, jeśli powiem, a właściwie napiszę, że film w żaden sposób nie oddał choć fragmentu książki. Taka już rola filmów. Mocno przekształcają to, co stworzył pisarz i niszczą nasze wyobrażenie dotyczące całej powieści.


         Myślę, że przygodę z Greyem warto zacząć od książki. Jest pikantna, przepełniona miłością i wulgaryzmem. Nacechowana emocjonalnie, skłaniająca do refleksji. Główna bohaterka, Anastazja Steel stanowi typ kobiety, która całkowicie podporządkowuje się swojemu mężczyźnie. Zresztą tak ją właśnie przedstawiłam w swojej prezentacji maturalnej i uważam, że wybór tej książki w tamtym czasie był znakomitą, choć trudną do podjęcia decyzją.










          Cała historia napisana jest jednym tchem, przez co czytelnik nie ma ochoty odkładać książki na potem. Obecnie nie potrafię rozdzielić historii Greya na trzy osobne części, więc trudno mi napisać co było w pierwszej, co w drugiej itd. Traktuję to jako jedność. Jako niesamowitą jedność. Mało jest na ryku książek tego typu.


           Gdy sięgałam po "50 Twarzy Greya" słyszałam różne opinie na temat tej książki. Głównie pozytywne, ale zdarzały się też te złe, tworzone przez hejterów, którzy oczywiście wersji papierowej nie czytali. Nie uważam, że jest to tylko pozycja dla kobiet, bowiem znam osobiście człowieka płci męskiej, który także "połknął" szarości w krótkim czasie, w dodatku mniej więcej na przestrzeni tych samych dni.


         Nie wiem dlaczego tak jest, ale książka bardzo mocno dowartościowuje. Przynajmniej ja tak miałam. Z każdym kolejnym rozdziałem czułam się bardziej kobieca i szukałam atutów tam, gdzie kiedyś w życiu bym ich nie widziała. Magia. Dodam także, że mocno utożsamiłam się z postacią Anastazji, co sprawia, że jeszcze bardziej lubię tą lekturę.










         Nie mogę napisać, iż druga i trzecia część były nudne, bo nudy w nich nie było, ale wraz z momentami coraz większego ustatkowania się w życiu Ann i Christiana, książka zamieniała się w pozycję przygodową. W dodatku można było przewidzieć już niektóre fakty. Niemniej jednak jest to fantastyczna historia, z którą warto się zapoznać, niekoniecznie poprzez dwugodzinną ekranizację.


          Przechodząc do ekranizacji.... potraktowałam ją jako osobną historię, żeby nie psuć sobie swoich wyobrażeń o postaciach i wszystkim, co działo się dookoła nich. Przez cały czas trwania filmu śmiałam się jak na komedii, dlatego też stwierdzam, że była to dobra maskarada, choć wcale nie włożyli "50 Twarzy Greya" do tej szufladki. A szkoda, bo jako ten gatunek byłaby strzałem w dziesiątkę.






         




          Od momentu, kiedy ukazał się trailer filmu i miałam okazję ujrzeć, kto gra główne postaci, nie byłam zachwycona. Totalnie nie pasują mi te osoby do tego, co maluje się w mojej głowie po przeczytaniu książki. Oczywiście film był streszczeniem streszczenia streszczenia lektury, dlatego też osoby, które nie zajrzały do empiku, biblioteki czy sieci w celu znalezienia Greya w pdf, nie będą znały wielu, moim zdaniem ważnych szczegółów.


           Wielkim plusem całego zamieszania wokół długo wyczekiwanej ekranizacji dzieła jest świetna muzyka, którą to jakiś dobry człowiek zgromadził w jednej pozycji i którą to "wałkuję" w kółko. Muzyka jest mroczna, tajemnicza, skrywa wiele miłosnych przesłanek. Bardziej pasuje mi do książki niż filmu, ale fakt jej powstania jest czymś pięknym.










          Nie żałuję, że udałam się do kina. Było już po całym Greyowym szale, długo po walentynkach i sala była prawie pusta. O dziwo było tam kilka osób po (strzelam) sześćdziesiątym roku życia. Ale przecież wszystko dla ludzi, prawda?


         Pracę drukowaną będę polecała do końca życia i długo po. Film także, ale proponuję potraktować go jako coś zupełnie innego, nowego, stworzonego bez połączenia z czymkolwiek.














Anita.

Sonda #1 Jak często wstajesz w nocy do toalety?

          No i są wyniki pierwszej sondy.
         




         Jak się okazuje, sześćdziesiąt procent z Was śpi w pampersie. Leniuszki Wy!






Anita.

poniedziałek, 23 lutego 2015

"Teoria wszystkiego"

          Nadszedł czas, kiedy to zostałam przytwierdzona do łóżka i z nudów oraz braku siły, oprócz lekarstw "połykam" także filmy. Na tapetę poszła "Teoria wszystkiego", na którą natknęłam się przy okazji szukania informacji o "Idzie".

          Nie wiem dlaczego tak jest, ale filmy które poznaję przypadkiem, okazują się strzałem w dziesiątkę. "Teoria wszystkiego" to niesamowita dwugodzinna historia, którą warto poznać.

         Główną postacią jest Stephen Hawking, u boku którego żyje piękna Jane. Stephen jest geniuszem, który zawsze trafia w samo sedno i jest perfekcjonistą. Dopiero, gdy przychodzi zmierzyć mu się z chorobą jaką jest stwardnienie zanikowe boczne, ukazują się jego słabości.










        Jego żona i dzieci są przy nim prawie do końca walki z ciągle postępującą chorobą. Z czasem ich losy zostają podzielone, jednakże obie strony są szczęśliwe, bo mogą się spełniać. Geniusz naukowy tworzy kolejne teorie i przedstawia je światu, Jane wychowuje dzieci i ponownie się zakochuje.

        W filmie nie brakuje przeogromnej miłości i oddania oraz szacunku do drugiej osoby. Połowa globu na miejscu obu bohaterów już dawno by się poddała. Oni walczyli do końca i to jest piękne.

         Ta pozycja filmowa zaskakuje, wzrusza i przede wszystkim uczy. Polecam.












Anita.

sobota, 21 lutego 2015

Czas na post...

          ... i wcale nie chodzi tu o powstrzymywanie się od czegoś, choć wypadałoby z okazji obecnego okresu.


          Czas na krótki post filmowy.
          Długo zastanawiałam się, czy warto pisać coś o filmie pt. "Ida". Niby od momentu premiery (rok 2013) do dziś zbiera on nagrody i nominacje, jednak dla mnie szału nie zrobił.









         To po prostu dobry film. Przyjemnie się go ogląda, jednak nie wzbudza on wielkich, niecodziennych emocji jak np. Stay czy Miasto 44, o którym to już pisałam.


         Fabuła jest po prostu ciekawa. Plus dla Agaty Kuleszy za świetne odegranie roli Wandy Gruz. Właściwa osoba na właściwym miejscu.


         Czy polecam? Jasne. Myślę, że warto znać filmy o których trąbi cały świat.









Anita.

środa, 11 lutego 2015

Walę tynki, czyli kolejny remont.

          Tak, walę tynki. Co roku. A że znów zbliża się ten ohydny dzień, jakim jest czternasty luty, czas na kolejny remont.

          Dlaczego nie lubię Walentynek? Nie jestem romantyczna, nie jarają mnie kwiatki, ozdóbki, a już w szczególności serduszka, na widok których rzygam tęczą. Nie lubię okazywania uczyć na pokaz oraz sztucznych tłumów w kawiarniach, kinach, restauracjach czy na ulicach.






           W tym roku mam to szczęście, że czternasty luty przypada na czas mojego pobytu w domu, co sprawia, że jestem bezpieczna. Bezpieczna o tej całej ulicznej komercji. Najważniejsze to zachować spokój i z dumą przesiedzieć ten dzień w czterech ścianach. Przesiedzieć przed kompem z kubkiem dobrej herbaty.




          Jak spędzić nielubiane przez siebie Walentynki? 

1. Wyśpij się. Nic nie da Ci tak dobrego nastroju jak porządne osiem godzin snu. Najlepiej do samego południa, żeby pół dnia mieć już z grzywki.

2. Włącz YouTube. Nie od dziś wiadomo, że jeden obejrzany filmik przeradza się w kilkugodzinną podróż po otchłani tegoż serwisu internetowego.

3. Połóż się wcześniej spać. Skoro i tak nie zrobiłeś nic pożytecznego, nic tu po Tobie. Lepiej, by nadeszło jutro. 





          Mój sposób na Walentynki jest prosty, sprawdzony i skuteczny, bo corocznie praktykowany. Dla tych, którzy preferują coś bardziej wyjątkowego (w końcu to ponoć wyjątkowy dzień), polecam obejrzeć filmik Lisiego Piekła, gdzie Paulina prezentuje kilka nietuzinkowych sposobów na spędzenie tych dwudziestu czterech godzin. 








          W internecie krąży mnóstwo opinii na temat Walentynek. Jedni je kochają, inni nienawidzą. Zwykle nienawidzą z konkretnych powodów. I tak oto przedstawiam filmik Marzenki,który osobiście uwielbiam i prawie pod wszystkim co mówi, podpisuję się rękoma, nogami i czym tam jeszcze można się podpisać. 







          Mam nadzieję, że Ci, którzy szczęśliwie odliczali dni do Walentynek, nie będą mi w żaden sposób zachodzić drogi, bowiem nie ręczę za swoje czyny. Jak to Marzenka wspomniała, to tylko jeden gó*niany dzień. Szkoda byłoby, gdyby komuś coś się stało z racji takiej, a nie innej daty w kalendarzu. 








Anita.





P.S. Na dole zamieszczona jest sonda. Możesz oddać anonimowy głos. 

sobota, 7 lutego 2015

Z reguły preferuję wieś, ale to miasto urzekło mnie bardzo mocno.

           Odhaczając kolejne filmy z mojej listy MUST SEE, natrafiłam na pozycję "Miasto 44". Nie zastanawiając się długo odpaliłam film. Rzadko mogę to powiedzieć, ale... dobrze zrobiłam!







           Nie lubię historii. Nawet bardzo jej nie lubię, ale tutaj nie skupiałam się na przedstawianych faktach, a raczej na wszystkim poza nimi. Głównie zwracałam uwagę na bohaterów, którymi są młodzi ludzie, mniej więcej w moim wieku. Podziwiałam ich zachowanie i odwagę.

           Niesamowite jest to, że młodzież, która walczy o swoje marzenia i honor dobrze znając rzeczywistość i możliwości, jednocześnie wykorzystuje każdą wolną chwilę, by cieszyć się życiem i okazać uśmiech drugiej osobie.







           "Miasto 44" pokazuje co to prawdziwa miłość, przyjaźń, braterstwo, oddanie za ojczyznę, zaufanie. Pomaga także dogłębnie zrozumieć słowo patriotyzm.

           Przez cały film czuje się napięcie, a niektóre sceny są rodem z horroru. Lejąca się krew i otwarte rany powodują wzdrygnięcie się.

           Emocje jakie towarzyszyły mi przy oglądaniu tej pozycji, były niemalże identyczne jak wtedy, gdy czytałam "Chłopców z Placu Broni". Swoją drogą, to najlepsza książka jaką kiedykolwiek przeczytałam.

          Wydaje mi się, że tego typu produkcje filmowe powinien obejrzeć każdy Polak. Każdorazowo będzie to drobne uzupełnienie wiedzy dotyczącej samego Powstania Warszawskiego, jak i historii naszego kraju.














Anita.








piątek, 6 lutego 2015

Recepta na szybką poprawę humoru.

           Nie oszukujmy się. Zimowa aura nie sprzyja nastojom. Jeśli zdarzy się ktoś, kto chodzi z uśmiechem od ucha do ucha na swojej twarzy, to znaczy, że wygrał w totolotka, ukatrupił teściową lub jego partner zgodził się na wieczorne wyjście do baru z kumplami.

           Jeśli jednak żadna z powyższych rzeczy Cię nie dotyczy, znaczy, że prędzej czy później będziesz potrzebował poprawić sobie humor, bo ten, który jeszcze przez chwilę się Ciebie trzyma, zostanie zepsuty.

           Pragnę przedstawić Ci moją receptę na poprawę humoru. Jest prosta i wredna tak jak ja. Radzę podchodzić do niej z dystansem. Tak jak do mnie.





1. Dokop komuś!

Nic nie daje tyle radochy, jak dowalenie komuś dwóch, siedmiu ewentualnie całej wiązanki niemiłych słów. Choć podstawianie "haka" skuteczne było w podstawówce, w tym przypadku też czasami pomaga. Co prawda w przypływie złego nastroju będziesz musiał się silić na uśmiech, ale z doświadczenia wiem, że ten szyderczy pojawia się sam. Bez niego wiązanka słów traci moc, nie możesz o nim zapomnieć.







2. Nażryj się wszystkiego co masz pod ręką!

Zacznij od tabliczki czekolady. Nic tak nie poprawia nastroju jak czekolada. Dorzuć do tego garść cukierków, najlepiej czekoladowych! Nie zaszkodzi odgrzać obiad i skonsumować go ze smakiem, popijając syropem czekoladowym do naleśników. Czekoladowe muffiny na zagryzkę to niezły pomysł. Fenyloetyloamina zawarta w czekoladzie ma działanie antydepresyjne, powoduje poprawę nastroju i daje uczucie szczęścia. Coś jak zakochanie się. Ale po co sobie komplikować życie miłością?
Jeśli nie możesz już jeść, chociaż popatrz na te zdjęcia.








3. Obejrzyj Stand-up Abelarda Gizy!

Żadne kabarety, żadna pozytywna muzyka. Stan-up Abelarda, tylko i aż. Zawsze pomaga. Nawet w najgorszej chwili, kiedy wciskasz w siebie batonika i myślisz o kolejnym psikusie do wykonania swojemu bratu, uszy (bez znaczenia czy katolickie, czy też nie) skupiają się na najlepszych słowach i wyłapują to, co rozśmieszy Cię do bólu brzucha.









4. Pobaw się w Perfekcyjną Panią Domu!

Nieważne, że masz ubrania poukładane w kosteczkę i kolorystycznie. Sprzątanie odpręża. Wyjmij wszystko na podłogę i zacznij od początku. Prałeś dwa dni temu firanki? Stary, pewnie już pająk zacerował wszystkie dziurki swoją pajęczą siecią. Do prania z nimi! Zawsze jest czas na zmianę trzeci raz w tym tygodniu pościeli i starcie kurzy, których to ścierać nie lubi połowa z nas. A może by tak drogie panie zrobić porządek w torebce? Porządek, nawet ten przesadny= lepsze samopoczucie.








5. Jak najszybciej połóż się spać!

Nic tak nie pomaga jak nadejście nowego dnia, który teoretycznie ma być lepszy. Ileż można sobie powtarzać, że jutro będzie lepiej, że już niedługo? Połóż się spać, choćby o godzinie 19:00, a jutro nadejdzie samo! Nie ma to jak nowy dzień pełen nierozwiązanych spraw z dnia poprzedniego oraz tych nowych, równie złych co tamte.











           Jak wiadomo, co nas nie zabije, to... pogorszy nam samopoczucie. Także w razie potrzeby powtarzać powyższe do skutku, coś jak treningi Ewy Chodakowskiej. U mnie wystarczy tylko jedna seria. Jedna jedyna i znów jestem gotowa szerzyć zło w świecie!










Anita.




P.S. Poniżej pojawiła się anonimowa sonda. Zachęcam do oddania głosu. 

wtorek, 3 lutego 2015

Sentymentalnie.

          Miało być patriotycznie, lecz nie obejrzałam do końca pewnego filmu. Miało być muzycznie, ale książka wciąż niedoczytana. Więc będzie sentymentalnie. Sentymentalnie o wszystkim.

           Każdy z nas posiada dar przywiązywania się do czegoś. Już od najmłodszych lat nie potrafimy rozstać się ze swoim smoczkiem, następnie pierwszym pluszakiem, którego przez kolejne lata posiadamy w zasięgu swego wzroku. "Tak na wszelki wypadek."

           Niestety gorzej jest wtedy, gdy człowiek przywiązuje się do ludzi. A że się przywiązuje, to oczywiste. Sam przecież nieraz doświadczyłeś bólu z powodu przywiązania się nie do tej osoby, do której przypisał Cię los. I wcale nie mam na myśli drugiej połówki, bo przywiązać możemy się do nauczyciela, lekarza czy choćby sprzedawcy w sklepie, który to zawsze najlepiej Cię obsługiwał.

         Osobiście bardzo mocno przywiązuję się do wielu rzeczy, czasem przesadnie. Ale to pomaga zachować w pamięci pewne wspomnienia, które choć są silne, z czasem mogą z naszej głowy wyparować.

          Przywiązana jestem także do miejscowości, w których znajdowały się gimnazjum i liceum, do których uczęszczałam. Gdy będąc daleko od tych miejsc słyszy się o nich lub je widzi w telewizji, na pocztówkach czy w internecie, od razu wracają wspomnienia niosące za sobą dużo ciepła i wiele emocji.

          I tak oto dziś natrafiłam na Szczęście. Zazwyczaj powoduje ono uśmiech i radość. To szczęście także je wywołało. Trafiłam na"Szczęście", które wykonuje ZBUKU. Produkcja ta jest klipem promującym album "Życie Szalonym Życie".

         Już samą radość sprawiało mi słuchanie ZBUKA, który jest "tutejszy" i jestem z Niego dumna. Dziś jestem dumna podwójnie, bo w klipie ujrzałam bliskie mi miasto. Miasto, z którego ZBUKU pochodzi, a do którego ja często jeżdżę, bo jest to jedno z najbliższych miast.










          Z racji, iż ukazał się tam Prudnik, nie mogę nic złego powiedzieć o całym klipie. Raz, że nie wypada, a dwa, nie znam się na tym. Ważne, że ZBUKU pamięta o najważniejszych wartościach, miejscach i ludziach. Poza tym prawi w tym kawałku mądre słowa i warto z tego wyciągnąć coś dla siebie.

          Jeśli o przywiązaniu mowa, to wspomnę o długopisach. Niby zwyczajnych, bo rozdawanych dosłownie wszędzie, dodawanych do wszystkiego i dostępnych w każdym miejscu, jednak wyjątkowych, bo przywiezionych z daleka. Będąc na najpiękniejszym festiwalu życia zdobyłam trzy długopisy. Cieszyłam się nimi, pilnowałam ich jak oka w głowie. Przyszedł jednak czas, gdy długopisy się wypisały. Nie mam w zwyczaju trzymania nieprzydatnych już urządzeń, przedmiotów itp., więc postanowiłam je wyrzucić.

          Wyrzuciłam. Ale... najpierw zrobiłam im zdjęcie! Tak, to był jeden ze sposobów na utrwalenie wspomnień, które zapisały się w mojej pamięci. Może to śmieszne, ale jak już pisałam, jestem bardzo sentymentalną osobą. Nawet jeśli chodzi o te rzeczy, które już dawno powinnam z głowy wyrzucić.

          Wydaje mi się, że sentymentalizm nie jest niczym złym, jeśli oczywiście zachowane zostają granice zdrowego rozsądku i nie wygląda to tak jak w kawałku "Love forever" Słonia i Miksera.







          Wszystko z umiarem.
          Wszystko.









Anita.