wtorek, 6 stycznia 2015

"Zostań, jeśli kochasz" i tyle w temacie.

          Po wielu próbach obejrzenia filmu pt. "Zostań, jeśli kochasz", w końcu udało mi się to zrobić. To był dość spontaniczny ruch, ale jak widać maksymalnie wykorzystany, bo i powstanie krótka recenzja.

          Oczywiście film powstał w oparciu o książkę i wcale nie jestem bardzo do tyłu, bo jest to produkcja z sierpnia roku dwa tysiące czternastego. 

         Zdecydowanie film wymaga koncentracji i myślenia. Przez moment sama nie wiedziałam co się dzieje, bo pokazywane były sceny z różnych okresów życia bohaterki. Okazuje się jednak, że Mia Hall (główna bohaterka) po wypadku, w którym zginęli jej rodzice zostaje zawieszona przez jeden dzień między życiem, a śmiercią i musi podjąć decyzję (Och, jak ja tego nie lubię!), po której stronie stanie ostatecznie. 

         W tej adaptacji zderzyły się dwa światy muzyczne. Panna Hall- miłośniczka muzyki klasycznej staje w parze z młodzieńcem Adamem Wilde, miłośnikiem muzyki rockowej. 

         Gdy po siódmej minucie filmu usłyszałam jeden z moich ulubionych kawałków, wiedziałam, że film muszę obejrzeć do końca. Łącznie z napisami końcowymi. A co!












          Film jest mi bliski dlatego, iż mimo gatunku muzycznego, który lubię pokazuje także problemy młodych ludzi, z którymi mniej więcej sama się zmagałam, czy też nadal zmagam. 

         Historia pokazuje miłość i przyjaźń w różnych odsłonach, problemy niby błahe i oczywiste, jednak trudne do rozwiązania, decyzje, które nigdy nie są proste, porzucane marzenia na rzecz ważniejszych rzeczy, co boli najbardziej. W "Zostań, jeśli kochasz" przedstawiona jest także potęga korzystania z każdej chwili oraz umiejętność przyjmowania tego, co daje nam los.

        Jest to niewątpliwie film o radości przeplatającej się ze smutkiem, przez co łatwo rozmazać sobie tusz na rzęsach. Serdecznie go polecam, a na koniec zacytuję słowa jednej z bohaterek.







"Życie to jeden wielki, śmierdzący bajzel
i na tym polega jego piękno."













Anita.


poniedziałek, 5 stycznia 2015

Pięć rzeczy, których na pewno nie uda Ci się zrealizować w 2015 roku.

          Dla tych, którzy nie zauważyli, albo jeszcze nie wytrzeźwieli po hucznym celebrowaniu imienin Sylwestra, informuję, iż mamy rok dwa tysiące piętnasty.

         Niby nic znaczącego, bo zmienia się cyfra i nic poza tym, jednak wielu ludzi przypisuje temu wydarzeniu postanowienia, do których realizacji będą dążyć przez najbliższe dwanaście miesięcy. 

         Dwa lata temu także stworzyłam listę punktów "do odhaczenia", jednak do tej pory kilka z nich  widnieje na poskładanej w kostkę karteczce i w zasadzie nic poza tym. Na realizację tych ostatnich nie mam odwagi, pieniędzy, albo po prostu nie chce mi się ruszyć tyłka.
         
         W każdym razie wiem, że z takich postanowień niewiele wynika, także pragnę Ci przedstawić, czego nie uda Ci się w tym roku osiągnąć mimo chęci i wielkich starań.




1. NIE SCHUDNIESZ. 
To pewnie. Nie ma się co oszukiwać. I tak wracając z pracy/uczelni/szkoły wstąpisz do najbliższej knajpy fast food, aby zakupić, a następnie zjeść kebaba w ramach obiadu. Przecież nie wytrzymasz czekania o głodzie w korku, a już na pewno nie będzie Ci się chciało przygotowywać zdrowego posiłku po godzinie 18:00, kiedy padasz na twarz. Znając życie nie pogardzisz także browarkiem na dobre trawienie lub wtedy, kiedy kumpel zaproponuje weekendowe piwko, dwa, ewentualnie siedem. 






2. NIE ODSTAWISZ INTERNETU NA RZECZ REALNYCH KONTAKTÓW. 
Wraz z postępem technologii nie ma w ogóle takiej możliwości, że wychodząc z domu zostawiasz laptop, tablet czy telefon schowany pod łóżkiem czy głęboko w szafie. Co zrobisz gdy w towarzystwie każdy wyciągnie swoje urządzenie i będzie wpatrzony w nie jak w obrazek, lajkując kolejne zdjęcie spożywanego przez Was jedzenia? Zaczniesz rozmawiać? Bardzo śmieszne. Chyba sam ze sobą.






3. NIE UPOMNISZ SIĘ O PODWYŻKĘ.
Obiecanki cacanki, ale w tym roku także zabraknie Ci odwagi, by upomnieć się o to, co Ci się należy. Nie zrobisz tego, bo przestraszysz się utraty obecnego stanowiska, albo będzie Ci wstyd przed kolegami, kiedy wyjdziesz z gabinetu szefa z kwaśną miną. Myślę, że najlepiej będzie jeśli poczekasz do przyszłego miesiąca, albo nawet roku. Wtedy na pewno nie wiadomo skąd pojawi się w Tobie duch walki o swoje. Ha ha, dobre mi sobie.









4. NIE RZUCISZ PALENIA.
Udaje się to nielicznym. Nie myśl, że trafisz do ich grona. Jeśli chciałbyś rzucić palenie, zrobiłbyś to już dawno, a nie czekał na Nowy Rok i bezsensowne postanowienia. Pewnie, że łatwiej jest postawić sobie konkretną datę wcielenia w życie nowej zasady, natomiast wiem, że bardziej efektywne będzie stanowcze i systematyczne odchodzenie od nałogu, czego Ty nie jesteś w stanie podjąć, bo jesteś tchórzem. Wciąż preferujesz zasadę "gimbusów": Albo grubo, albo wcale. No to niech będzie gruby i czerwony... rak, którego w sobie hodujesz.









5. NIE SPOTKASZ SIĘ ZE STARYMI ZNAJOMYMI.
To oczywiste. Nie ważne czy spotkanie zaplanujesz na początku roku, czy też tuż przed planowaną datą wydarzenia. Nigdy nie przyjadą wszyscy, część ze znajomych Cię nie lubi, z kolejną częścią nie masz wspólnych tematów do rozmów, a jeszcze kolejna część od klasowego spotkania woli wakacje w Grecji w pięciogwiazdkowym hotelu. Nie masz się po co starać. I tak Cię oleją.
















Mam nadzieję, że powyższe przemyślenia bardziej zmotywowały, niż pozbawiły chęci pracy nad sobą. Trzymam kciuki za Twoją przemianę, bez względu na to, czego ona dotyczy. Nad sobą również postaram się pracować.








Anita.

środa, 31 grudnia 2014

Niby Sylwester, a jednak Blue Valentine.

          Nie jestem fanką filmów, nie podążam za nowościami, a film "Blue Valentine" trafił przed moje oczy przypadkowo. Dobrze się stało.

          Jest to amerykański melodramat z elementami erotyki, który swoją premierę miał w 2010 roku.

          Te niecałe dwie godziny przedstawiają historię rozpadającego się małżeństwa. Sytuacja została przedstawiona bardzo łagodnie, namiętnie i z klasą.

          Bardzo podobały mi się wstawki z lat młodości głównych bohaterów, kiedy to zostało pokazane zakochiwanie się, szalone przygody czy ślub dwojga młodych ludzi w momencie, kiedy to blond bohaterka jest w ciąży z partnerem z poprzedniego związku.

          Nie byłabym sobą, gdybym nie wyłapała w filmie dobrej muzyki. W tej się bezwarunkowo zakochałam....











          Film jest bardzo lekki, przyjemnie się go ogląda. Polecam na nudny, pochmurny dzień bądź oczywiście wieczór, kiedy to można zwinąć się w naleśnika i wytężyć swoje ślepia w stronę ekranu komputera. 












Nadejście Nowego Roku nie jest dla mnie kończącym się kolejnym etapem, więc nie specjalnie widzę sens celebrowania go. Ale jak już mamy sobie składać życzenia, to życzyłabym sobie większej ilości pomysłów na tego bloga. Aaaaa, zapomniałabym o Tobie. Tobie też wszystkiego dobrego i wpadaj tu częściej!







Anita.

środa, 24 grudnia 2014

Przygoda, Prawda, Prostota. "Zwierzenia kontestatora".

     Jakiś czas temu ogromnie zafascynowała mnie książka pt. "Zwierzenia kontestatora". O jaka byłam szczęśliwa, kiedy niedługo potem wygrałam ją w jednym z internetowych konkursów. Niecierpliwie oczekiwałam listonosza. Nie na darmo czekałam...

     "Zwierzenia" przemówiły do mnie już samą okładką. ("Nie oceniaj książki po okładce." Tak, tak, wiem.)  Książka jest prosta, wydana bardzo nowocześnie (uwielbiam nowe wydania), a z oczu Marka Piekarczyka widniejącego na okładce z daleka przemawia prawda.

     Prawda zostaje przedstawiona także wewnątrz tej wspaniałej lektury. Z każdą kolejną stroną zostaje Nam- czytelnikom uchylony rąbek tajemnicy życia jednego z najważniejszych polskich artystów ostatnich trzydziestu pięciu lat.








     Nie lubię historii, ale ta, przedstawiona między wierszami w owej książce  dobitnie trafiła do mojej głowy. Leszek Gnoiński, który przeprowadził rozmowę z Markiem Piekarczykiem (Ogromny szacunek, świetna robota!) pytał rockmana o Jego idoli, o wyprowadzkę z rodzinnego domu, o problemy z Milicją Obywatelską, o wszystkie przygody, które spotkały muzyka w Jego dotychczasowych latach życia, o wzloty i upadki, pierwsze miłości, dzieci.


     Postać Marka Piekarczyka była mi znana, lecz dopiero w jednym z muzycznych programów miałam okazję przyjrzeć Mu się bardziej. Wyróżniał się na tle pozostałych trenerów i bardzo się cieszyłam, gdy wybierano właśnie Jego. Może trochę ze względu na rodzaj wykonywanej przez Niego muzyki. Jest mi po prostu bliska i chciałabym widzieć więcej ludzi wykonujących taką muzykę.










     Wokalista TSA jest męski, uczciwy i bardzo szczery w każdym słowie, jakie prezentuje w swojej Autobiografii. Przedstawia niesamowite przygody, których prawdziwie mogę Mu pozazdrościć. Dziś mało kto miałby odwagę walczyć o marzenia. Sama nie odważyłabym się na siedemdziesiąt procent decyzji, jakie podjął "Piekar". Honor brał górę w każdym Jego działaniu. Zarówno tym bardziej, jak i mniej przemyślanym.

      Autsajder jest naturalny i życzliwy, przez co można się z Nim mentalnie zaprzyjaźnić już po kilku stronach "Zwierzeń". Każda intrygująca informacja poparta jest zdjęciami. Znajdujemy zarówno te czarno białe, jak i w kolorze. Na końcu książki odnajdujemy niepublikowane teksty piosenek i wiersze. Nie muszę dodawać, że co dziesiątą stronę zaciągałam się zapachem książki. Takie zboczenie czytelnika.




     Bez względu na wszystko Marka Piekarczyka będę ceniła za dobroć, mądrość, której nauczyło Go życie i którą przekazuje światu, wrażliwość z jaką odbiera wszystko dookoła oraz długie włosy, za którymi szaleję. Natomiast "Zwierzenia kontestatora" polecam wszystkim. Każdy wyciągnie z tej obszernej lektury coś bliskiego swemu sercu.














Anita.

niedziela, 21 grudnia 2014

Deyacoda, czyli ciut mocniej niż lubię.

      Dwa dni temu stałam się posiadaczką EPki Deyacody. Szczerze pisząc, była mi to kapela nieznana. Ale to nie znaczy, że miałam odłożyć płytę na półkę i od czasu do czasu ścierać z niej kurz.

     Odpaliłam płytę i przesłuchałam ją kilka razy. Na początku, jak to bywa z dobrymi produkcjami, muzyka nie przypadła mi do gustu. Na szczęście z każdym kolejnym odpaleniem płyty, słuchało mi się jej coraz lepiej.

     Zapoznałam się także z historią oraz składem zespołu. Nie ukrywam, iż Deyacodę tworzą bardzo przystojni mężczyźni. Choć grają od 2006 roku, jestem pewna, iż rzeszę fanek zdobyli w pięć minut.

     Deyacoda EP liczy cztery kawałki o mocnym brzmieniu. Ciut za mocnym jak na moje ucho, ale dźwięki całkiem gładko trafiały tam gdzie trzeba. Najbardziej spodobał mi się kawałek "Falling Down".













     Jeśli chodzi o oprawę płyty, jest taka jaką lubię. Zachęca prostotą, a nie świecidełkami i innymi pierdołami. Jest też nieco mroczna, co bardzo dobrze komponuje się z muzyką, jaką wykonuje przytoczony w tym poście zespół. Metal i hard rock w klasycznym wydaniu.


     Nie ma w tej płycie nic, coby mnie szczególnie urzekło, niemniej jednak uważam, iż warto taką płytę posiadać w swoim zbiorze, szczególnie, gdy jest się fanem zespołu, wybijającego się z tłumu kapel o mocnym brzmieniu.





















Anita.







   

"Last Christmas I gave you my heart..."

    czyli rzeczy, bez których nie istniałyby święta.




     Bo bo tak szczerze, każdy z Nas zwraca uwagę na charakterystyczne rzeczy, które nadają grudniowi klimatu i po prostu tworzą Święta. Ja również posiadam listę takich czynników.

     Wbrew pozorom, nie są to wykwintne, przypisane tylko Świętom potrawy, które przygotowuje moja mama. W Święta żywię się tylko rybą (gotowaną) i słodyczami. Co roku gwałtownie spada mi waga. Nie mam powodów do radości.

     Nie są to także ciepłe chwile spędzane w gronie najbliższych. Zazwyczaj coś idzie nie tak i już po chwili ktoś strzela fochami.

     Nie są to też prezenty. Zwykle jestem niezadowolona i kończy się to smutkiem po mojej i  Świętego Mikołaja stronie.

     Nie jest to także koniec adwentu, z którego cieszą się wierzące osoby lubiące dobrą zabawę. Wtedy mogą "legalnie", "bez grzechu" udać się na dyskotekę. W adwencie huczne zabawy i obżarstwo nie są wskazane. Szczególnie, gdy ktoś tak sobie postanowi.












     Na moje święta składa się przede wszystkim Kevin.Tak, mam prawie dwadzieścia lat, a wciąż oglądam Kevina ukazując emocje jak wtedy, gdy moim oczom ukazał się po raz pierwszy. Trochę mi smutno, że co roku emitują go coraz szybciej, ale dzięki temu moje Święta zaczynają się wcześniej.

     Mandarynki. O takkk! Z tego co mi opowiadają, dawniej świąteczny rarytas. Niech i tak zostanie. Latem nie sięgam po ten owoc, bo szczerze mandarynka do lata mi nie pasuje. Ale w grudniu to co innego. Kiedy po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuje się ten zapach, aż chce się zaśpiewać: "Last Christmasss...!"

     A jak już jesteśmy przy znanym wszystkim utworze zespołu Wham, to warto wspomnieć o wszystkich świątecznych songach, które osobiście kocham. Zdarza mi się włączyć taką piosenkę latem, ale nie oszukujmy się, to nie to samo co przed Świętami prosto z głośników radia. W tym roku Radio ZET Gold serwuje świąteczne utwory, pastorałki i obcojęzyczne kolędy praktycznie non stop. Jestem tak bardzo uradowana!

     Święta kojarzą mi się z tłumem ludzi, który od samego rana w Wigilijny Dzień przedziera się przez mój dom. Tak, moja mama na urodziny dwudziestego czwartego grudnia i od rana przychodzą do Niej goście. Niby wesoło, ale jednak wszystko na wariackich papierach i w biegu nakrywanie do kolacji.

     Ostatnią rzeczą, bez której nie wyobrażam sobie Świąt Bożego Narodzenia, to śpiewanie w kościele kolęd przy akompaniamencie organisty, jednocześnie mojego sąsiada. Nikt nie gra i nie śpiewa tak jak On. Jest prosto, klimatycznie i smacznie. Tak jak lubię.













     Myślę, że każdy z Nas ma pewien (nie chcę pisać, że utarty, ale chyba jednak) schemat Świąt i choćby chciał, to nie usunie go z głowy.

     Minusem jest to, że od kilku lat brakuje śniegu. Ale jako, że jestem osobą ciepłolubną, aż tak strasznie nie ubolewam, i wystarczy mi tych pięć rzeczy, które przytoczyłam wyżej, aby odhaczyć Święta 2014.







     Życzę Wszystkim dużo radości i energii. Aby te Święta były dobre pod każdym względem.



















Anita.


niedziela, 30 listopada 2014

Bezsenność.

     Choć to przypadłość, na którą cierpi się nie z własnej woli, ja właśnie dziś postanowiłam, że będę miała problem ze snem.

     I nie chodzi tu wcale o okazję, jaką są Andrzejki. Po prostu mam kiepski nastrój i chcę w nim trochę potrwać.

     Zrobiłam sobie nocny spacer w mroźniej atmosferze. Wypatrywałam wilków z Watahy, ale niestety w koło mogłam zaobserwować jedynie kołyszące się, nagie gałęzie drzew.



     Teraz śpiewam pod nosem odpoczywając w swoich czterech kątach.
   
     Polubiłam tą bezsenność.













     P.S. Proszę, wylej mi na łeb kubeł zimnej wody. Nie, to żadne Ice Bucket Challenge. Zwyczajnie potrzebuję oprzytomnieć.















Anita.

sobota, 29 listopada 2014

Wataha- hit czy kit?

     Absolutny hit!

     Jestem  świeżo po "machnięciu" całego sezonu. I choć początkowo komentarze znajomych nie zachęciły mnie nawet do poczytania o fabule serialu, skusiłam się zerknąć na pierwszy odcinek. Skończyłam na szóstym i jestem gotowa obejrzeć to wszystko jeszcze raz.

     Przede wszystkim jestem zadowolona z tego, iż grają tam polscy aktorzy. Uwielbiam taką obsadę, mimo, iż nie wystąpił tam nikt z moich ulubionych osób grających. Wiem jednak, że od teraz grupa ulubieńców wzrośnie o kilka nazwisk.

     Cudowne jest to, że serial trzyma cały czas w napięciu. Nie da się spokojnie leżeć i oglądać tej produkcji jak zwykłego serialiku z komercyjnej stacji telewizyjnej. Człowiek wpatruje się w monitor w poszukiwaniu coraz to nowych elementów układanki i chce całą akcję przeżywać razem z bohaterami.





     Bardzo polubiłam postać Rebrowa i nawet zaczęłam mu współczuć. To niesamowite, jak kilkadziesiąt minut x6 może zawładnąć Twoimi emocjami.

     Nie na darmo do obejrzenia Watahy wybrałam godziny nocne. Nikt nie przeszkadza, można się w pełni skupić i zrozumieć, a przynajmniej starać się zrozumieć fabułę. To nie jest zwykły serial....

     ...to niezwykły serial, który po części staje się czymś fantastycznym, a jednocześnie momentami strasznym jak horror. Oczywiście raziły po oczach wilki i niedźwiedzie, które były podobne do tych, jakie rysuję sobie w Paint'cie, ale jestem w stanie przymknąć oko na taki szczególik.

     Jestem zachwycona faktem, iż serial był kręcony w Bieszczadach. Kocham góry, a Bieszczady to jedno z miejsc, jakie chciałabym kiedyś odwiedzić.

    Jestem gotowa przyznać tej produkcji najwyższą ocenę i stwierdzić, że produkcja ta jest dobra, bo jest polska.




     Niecierpliwie czekam na kolejne sezony!













Anita.

sobota, 15 listopada 2014

Hej słonko.

     O ile dobrze pamiętam, wtorek.

     Mając mnóstwo czasu do odjazdu "limuzyny pekaesowskiej" podążam żółwim tempem w stronę tętniącej życiem części Opola. Oczywiście w uszach słuchawki, pod nosem podśpiewywanie. Każdy napotkany kamyczek kopnę trzy razy, zatrzymam się przy pierwszej lepszej fontannie, to znów idąc obrócę się uśmiechając do nieba, mimo, iż jestem chora i ostatnie dni nie należały do przyjemnych.

     Lubię taki nastrój. Ciemno, klimatycznie, nastrojowo. Spokojnie.

     Mijam jeden przystanek, to znów drugi. Jeszcze mam kilkadziesiąt metrów prostej. Cieszę się, bo lubię chodzić.

     Z daleka widzę, że przy przejściu, które przyjdzie mi za chwilę przekroczyć pali się czerwone światło. Zwalniam zatem jeszcze bardziej. Nawet wydaje mi się, że ludzie wokół mnie pędzą z prędkością światła.

     Nagle zatrzymuje mnie jakiś Pan.


P.- Pan
J.- Ja


P.-"Hej słonko! Przepraszam. Nie będę ściemniał, brakuje mi 80 gr do browara."

     Co za szczery człowiek- pomyślałam.

     Co w takim momencie robi statystyczny Polak? Udaje, że nie słyszy i gna do przodu, albo zaczyna ściemniać. Jako, iż pójście sobie do przodu wyglądałoby jak ucieczka, wybrałam nieświadomie opcję drugą.

J.- "Niestety nie mogę Panu pomóc. Sama idę właśnie na autobus i mam wyliczone  na bilet. Poza tym jestem chora (tu akurat powiedziałam prawdę, ledwo mówiłam) i mam na co wydać posiadane pieniądze."

     Wtedy ku mojemu zdziwieniu mężczyzna powiedział:

P.-" Rozumiem. Życzę Pani wszystkiego dobrego. I dużo zdrowia! Do widzenia!


     Odwzajemniłam miłe i mam nadzieję szczere słowo, po czym z opadniętą szczęką obrałam pierwotny kierunek.










     O napotkanym Panu myślałam jeszcze przez kilka dobrych dni. Nie wyglądał na alkoholika. Nie było czuć od niego procentowymi trunkami ani innymi przykrymi zapachami. Miał kulę, ale radził sobie z chodzeniem. Był schludnie ubrany, na głowie miał czapkę z daszkiem. Jedynie siwa broda dała znać o jego doświadczeniu. Naprawdę dziwne...





     Kilka tygodni później idąc tym samym tempem, tą samą drogą, w podobnym nastroju, mijając te same przystanki dostrzegam na ławeczce jednego z nich właśnie tego Pana. Zdradziła Go kula i czapka. Choć było ciemno, widziałam bardzo dokładnie. Zrobiło mi się smutno. Spał na siedząco pochylając głowę w stronę "ściany" przystanku. Miałam wyrzuty sumienia, że tamtego dnia nie podarowałam mu tej "złotówki". Może On jest bezdomny i niekoniecznie chciał wtedy na alkohol? Może chciał coś zjeść? ...










Mimo smutku jaki mi wtedy towarzyszył, po dziś dzień mijając miejsce naszego pierwszego spotkania mówię sobie:  "Hej słonko". To takie miłe.












Anita.


Cieszę się ich szczęściem.

     Sobotnie popołudnie. Zabijając wolny czas powstały wskutek oczekiwania na brata pobierającego akuratnie korepetycje z matematyki, siedzę w czarnej strzale zaparkowanej w centrum pewnego miasta.

     Będąc przyzwyczajoną do prowadzenia tego jakże koczowniczego trybu życia, zawsze mam przy sobie materiały, którymi mogę uraczyć swoją mózgownicę. Tym razem był to zeszyt do gramatyki ze świeżymi notatkami, które wypadałoby przyswoić na pierwszy dzień nowego tygodnia.
   
     Chcąc mieć wolny wieczór postanowiłam, że wezmę się za to natychmiast, by nie zmarnować żadnej minuty siedząc w samochodzie.
   
     Słońce prażyło konkretnie z każdej strony, okna były maksymalnie uchylone, a czarne pokrowce na siedzeniach bardzo mocno nagrzane. Jak przystało na mnie, zaczęłam w duchu marudzić, że za gorąco, ale po chwili wysoka temperatura nie była już żadnym problemem.

     -A, Ał, B, Bi, C, Ć, Ći, - raz po raz powtarzam alfabet, który postawiłam pierwszy na tapetę.
Nieee, spokojnie! Alfabet znam, tu chodzi o alfabet fonetyczny, który musiałam się "naumieć", by reszta gramatycznej wiedzy wchodziła pod skórę mej głowy jak z płatka.

     Powtarzając na głos kolejne litery alfabetu rozglądam się w koło w poszukiwaniu ciekawych zjawisk. Oooo! Jakiś pan siedząc na balkonie spala papierosa i bacznie mi się przygląda. Czyżby było mnie słychać te dziesięć metrów dalej? No trudno, najwyżej pouczy się pan alfabetu razem ze mną.
   
     Po raz tysięczny wypowiadam na głos pierwszą część alfabetu zapisaną na jednej ze stron zeszytu i zerkam sobie w lusterka. Raz w prawe, raz w lewe, raz we wsteczne. Tak, tam też czasem zerkam, nawet na postoju i wcale nie po to, żeby nałożyć równomiernie szminkę na usta.

     Zauważam po chwili mężczyznę w białej koszulce typu t-shirt, który krąży od chodnika do chodnika, rozglądając się dookoła. Na początku myślałam, że to mieszkaniec tego miasta spaceruje w tak piękną pogodę i podziwia uroki zabytkowych budynków zlokalizowanych w centrum.

      Po chwili jednak dało się we znaki, że owy mężczyzna czegoś/ kogoś szuka. Gdybym chociaż wiedziała kogo/ czego to mogłabym mu pomóc. Szczególnie, że siedziałam w samochodzie już prawie od godziny i sama zdążyłam prześwietlić wzrokiem okolicę.

     Nie chcąc się narzucać skupiłam się na notatkach, póki mojej uwagi nie oderwał samochód parkujący na przeciwko. Za kierownicą siedziała kobieta, która szybko opuściła pojazd i pognała w stronę mojej lewej. Wtedy też facet błądzący od jakiegoś czasu po rynku zaczął kroczyć w jej stronę wykrzykując: "Kaśkaa!"

     Patrzę na niego, patrzę na nią. On przyspiesza, ona jeszcze bardziej w ogóle nie reagując na wykrzyczane przez mężczyznę imię. Myślę sobie, kolo faktycznie musiał ją z kimś pomylić. Zanurzam więc głowę w gramatyce.

     - A, Ał, B, Bi, C, Ć, Ći... - znów powtarzam to samo.
Gdy podnoszę głowę, mym oczom ukazuje się "para" wyraźnie kłócąca się przed samochodem, zaparkowanym na przeciwko. Jako, iż dzieliły nas niecałe 3 metry, ich wrzaski były dostatecznie dobrze słyszane.

      Po pierwszych słowach, które młodzi wymienili między sobą, stwierdziłam, że byłby z tego dobry scenariusz do filmu, ale post na bloga też można by napisać. I tak oto odłożyłam gramatykę w ciemny kąt, a do ręki wzięłam notes i długopis. W miarę możliwości notowałam to, co usłyszałam.

K.- kobieta
M.- mężczyzna


K.- Nieee! Ja jada do domu!
M.- Aniołku, proszę! Wcale Cię nie zdradziłem!
K.- ...
M.- Urwa mać! Kaśka!


     Robi się coraz ciekawiej. Nasłuchuję więc dalej.


M.- Nie masz prawa mnie tak osądzać!
K.- Nigdzie nie jada! Chcesz jedz som!



      Ruch na rynku coraz większy, przez co niektóre fragmenty rozmów nie były przeze mnie słyszane. Mimo to notowałam co się dało.


K.- Nie, powiedziałam nie! Co Ty myślisz, że jak zrobisz maślane oczy, to to na mnie działa?!
M.- Kotek, proszę...
K.- Proszę bardzo! Pojadę z Wami na mecz i Twoi koledzy znów będą się śmiali?
M.- Nie, nie pojedziemy na mecz. Proszę, chodź do domu!
K.- Znowu mi powiedzą, że ćpałeś...


     Kobieta wyraźnie przechodzi ze stanu wściekłości w głęboki smutek. Siada za kierownicę, lecz mężczyzna zabiera jej kluczyki. Rozmowa wciąż się toczy:


M.- Żebym był głupi czy coś, ale nie rób ze mnie debila. Żebym poszedł na kure*stwo czy coś, ale nic nie zrobiłem! Kaśka, no chodź do domu!
K.- Nigdzie nie idę!

   
     I tak para raz rzuca w siebie obelgami, raz w ciszy zamienia się miejscami i udaje zamyślonych. Nagle nadchodzą posiłki.

      Tuż obok Nivy niepozornie parkują samochód dwaj młodzi mężczyźni. Po tym, iż od razu zaczęli dorzucać swoje pięć groszy do rozmowy między parą, można wnioskować, iż to Ci mężczyźni, o których pretensje miała niejaka Katarzyna we wcześniejszej części kłótni.

      Sytuacja wygląda dość śmiesznie, choć sama sprawa jest poważna. W końcu chodzi tu o związek.

      Z czasem zrobiło mi się głupio. No i przede wszystkim gorąco. Chciałam uchylić drzwi, ale cała akcja toczyła się tuż przed maską mojego samochodu. Stwierdziłam: "Wytrzymam!".

      Dusząc się w jakże wiosennej aurze tej jesieni, powracam do gramatyki. I tak oto w końcu po upływie kilkudziesięciu minut akcja dobiega końca. W pierwszej kolejności odjeżdża kobieta, następnie jej facet wraz z kolegami.

      Na rynku robi się cicho, spokojnie. Słońce szykuje się do zajścia, a ja do odjazdu.

      Wciąż mnie zastanawia, czy sprawa tej pary się wyjaśniła... W pewnym sensie czuję się z nimi powiązana. I wcale nie chodzi o to, iż kobieta przyjechała Volkswagenem Polo, a akurat do tej marki mam specjalne podejście. Chodzi głównie o to, że byłam świadkiem kłótni i w czasie tej godziny poznałam połowę ich życia.











     EDIT.:
     Para wygląda na szczęśliwą. Tydzień później w tym samym miejscu, o tej samej godzinie młodzi gruchali sobie w najlepsze. Cieszę się ich szczęściem.




















Anita.
   

piątek, 24 października 2014

Nyż demograficzny.

          Gdyby ktoś mi powiedział w trakcie wakacji, iż mamy niż demograficzny, wyśmiałabym go bardzo mocno. Przecież mimo, iż młode małżeństwa nie decydują się na dzieci, to nastolatki nadrabiają ilością wpadek, głównie właśnie wakacyjnych.

           To jakże niepozorne zjawisko o charakterystycznej dla dziedziny geografii nazwie niesie za sobą dużo złego. Przekonałam się o tym na własnej skórze "studiując" przez minione trzy tygodnie.

          To, że o marzenia warto walczyć wiem. Ale jeśli stoją one nad przepaścią, nie wiadomo jaki krok poczynić, by wyszło na dobre dla nas, by ich nie zepsuć, nie zepchnąć w ten dół.

         Taka właśnie przepaść pojawiła się w moim życiu. W moim studenckim życiu. Nie było łatwo z wyborem kierunku, ale kiedy już podjęłam decyzję i spotkałam się z różnymi opiniami na temat tego co zrobiłam, wydawało mi się, że będzie z górki.

          Niestety mimo, iż po dniu adaptacyjnym wróciłam uśmiechnięta od ucha do ucha, każda kolejna wizyta na uczelni kończyła się coraz to gorszym nastrojem i brakiem chęci do studiowania.

          Ludzie przychodzili, odchodzi. Wydawałoby się to być naturalnym zjawiskiem. Wszak przecież tak wyglądają początki. Nie zawsze rzeczywistość odzwierciedla to, co w ulotce reklamowej. Ale nie jest to naturalne, gdy taka rotacja ma miejsce w grupie ok. siedmioosobowej.

         Tak, tyle by nas było na całym roku. Po co otwierali kierunek, skoro wiedzieli, że taka bida?

         Nie wiem, nie rozumiem TEJ uczelni. Na początku zapewnienia opiekunki roku mnie uspokoiły, natomiast ostatnio nie wiem cóż mam poczynać, by nie być rok do tyłu w drodze do marzeń. Marzeń, których i tak nikt nie rozumie, ale to moje marzenia. Jak na egoistkę przystało, będę się ich mocno trzymała.

          Jestem zrażona w stosunku do uczelni, na której jeszcze studiuję. Piszę "jeszcze", bo myśli w głowie tysiące, a wcielenie tego wszystkiego w życie nie jest takie proste. Być może tu zostanę.

          I tak oto z pięciu specjalizacji zostaną otworzone dwie, z czego jedna z wielką łaską ze strony władz uczelni. Oczywiście żadną z propozycji nie jestem zainteresowana. Bowiem szłam TAM na studia, by robić to co lubię, a nie to, co mi narzucą.

          Ulotka była zachęcająca. Pomoc z każdej strony, w każdej sprawie. Możliwość wyboru dalszej drogi edukacji... Jaki kurczę wybór, skoro nawet odezwać się nie pozwolą?

          Już ostatnio bardzo się cieszyłam. Skład roku został zwiększony o jedną sztukę płci pięknej. W końcu! Z facetami jest spoko, ale to właśnie ich zazwyczaj nie ma i nie ma się też komu odezwać, gdy jednak wypada coś powiedzieć na polecenie wykładowcy.








         A teraz?
         Pogoda przecież wszystkiemu sprzyja, wcale chora nie jestem, przecież nikt nie odszedł ZNÓW z naszego roku, przecież wcale nie muszę widywać ludzi, których na oczy widzieć nie chcę, bo na ich widok robi mi się niedobrze, wcale nie mam kiepskiego nastroju, wcale nie muszę spędzać 3x 3-4h w tygodniu w autobusie słuchając gwary śląskiej, wcale nie narzekam, wcale nie jest mi trudno wygramolić się rano z łóżka w dni wolne.

          Przecież chce mi się żyć!













          P.S. Nie wiem ile jest prawdy w tym, że sny, które się pamięta, zostają spełnione, w każdym razie mój autobus normalnie funkcjonował. Tak! Shrek poruszał się po drodze i nic mu nie dolegało. Zatem cierpliwie czekam, bo niedługo koniec przeszczepu.





















Anita.

środa, 1 października 2014

Muszę się wypisać...

           Tak po prostu, zwyczajnie. Coś mnie boli, ust nie ma do kogo otworzyć, więc się wypiszę.


           Wczesna pobudka, jeszcze lekki półmrok, a ja nakładam czarny tusz na rzęsy, starając się zrobić to tak, aby nie ubrudzić sobie całego nosa. Dobra... gotowe. Ścieram nadmiar pozostały przy kącikach oka, biorę torbę, grzanki; jedną zaciskam zębami, drugą chwytam dłonią i pędzę do czarnej strzały. Tym razem zasiadam na miejscu pasażera, gdyż za chwilę wysiadam, a chciałabym jeszcze skonsumować owe grzanki. Chrup, chrup i pierwszy głód zaspokojony. Wysiadam przy przystanku, siadam na ławce i czekam. Czekam na pojazd, który teoretycznie zabierze mnie do moich marzeń, jak się okazuje ulotnych i nie zawsze realnych.

           Nadjeżdża autobus. Zagadywana przez dziewczynę siedzącą obok leniwie podnoszę tyłek z ławki i idę w stronę pojazdu, za przejażdżką którym tak bardzo "tęskniłam". Od marca nie korzystałam z usług PKS, z jednym małym "warszawskim" wyjątkiem.

           Kupuję bilet, siadam w połowie pojazdu i zakładam skullcandy. (Nie wiedziałabym, że tak nazywają się moje słuchawki, gdyby nie mój dobry kolega. Pozdrawiam.)Teraz jestem w swoim świecie. Przede mną co najmniej 1 godzina i 15 minut słuchania muzyki. W sumie mogłam jechać samochodem, ale uparcie trzymałam się wersji, że czas odważnie wsiąść do autobusu i sprawdzić jego umiejętności. Jak się okazało czas podany w rozkładzie był blefem totalnym, a na miejsce dotarłam sporo później niż chciałam. Ale wracając do samej podróży...

           30 przystanków na trasie to trochę sporo, co ruszymy, autobus się rozpędza, to znów hamujemy, bo przed nami kolejny przystanek. Ludzie wsiadają, robi się tłoczniej, ale nadal jest przyjemnie, chłodno. W końcu mamy wczesną porę dnia. Ku mojemu zdziwieniu, nikt nie zajął koło mnie miejsca. Nie było to jednak problemem.

           Problem pojawił się wtedy, gdy w jakieś "śląskiej" wiosce wsiadła pewna dziewczyna z chłopakiem i usiedli za mną. Byli to zapewne dobrzy znajomi. Nie żebym podsłuchiwała, ale mimo muzyki wydobywającej się z moich słuchawek, słyszałam wszystko o czym rozmawiali. Zresztą pewnie nie tylko ja, bowiem porozumiewali się bardzo głośno i bez owijania w bawełnę, większość pasażerów musiała ich słyszeć. Było to mniej więcej tak:

D- dziewczyna
C- chłopak



D: Sał kukej ino, ta xyz dałlej nie wyplewiła żech se przy chodnijku.
C: Ty, jał żech słyszoł, że ona to w rajchu je i geldy zarobia na ten ancug dla chłopa.



           Po krótkiej wymianie słów między "parą" zwiększyłam głośność na telefonie i Sia zagłuszała gwarę, za którą niespecjalnie przepadam. Niestety kolejny utwór był ciszej nagrany, więc chcąc nie chcąc musiałam się przysłuchiwać konwersacji współtowarzyszy podróży. Przemieszczaliśmy się jak ślimak, ale zawsze to kilka km dalej, więc tematy do śląskich pogaduszek wciąż się pojawiały:


C: Papa wczoraj pomóg mi znolyźć toł zicherka, co żech zgubił na pastwie.
D: Oo, to dobrzyj, bo Achim chciał jamrać na Ciebiej do muter.


           Zaczyna się we mnie wszystko gotować. W dodatku dziewczyna siedząca za mną marudzi, że niewygodne te autobusy wbijając mi w plecy swoje kolana przez jakże cienkie oparcie siedzenia. Próbuję napierać na to siedzenie, aby poczuła, że jej kolana bardziej spoczywają na moich plecach niż na twardym oparciu, ale "dziołcha" jest nieugięta. W końcu odpuszczam, co daje mi w pewien sposób masaż do końca naszej podróży. Powiem szczerze, iż byłam na przyjemniejszym masażu.



            Swoją drogą zastanawiam się jak długo gwara będzie się ciągnęła za pochodzeniem śląskim?/ niemieckim? Wydaje mi się, iż wraz z nadejściem nowych pokoleń wyposażonych odgórnie w smartfon'y, fullcap'y, airmax'y gwara przestanie być modna i młodzi ludzie zaczną się jej wstydzić. Osobiście wstydziłabym się tego, ale szanuję ludzi, którzy wiernie przy niej trwają używając jej w pracy, urzędach itd.




           Kończąc swoją podróż wychodzę z autobusu przepuszczana przez jakiegoś chłopaka. Ze zdziwienia zapomniałam mu podziękować, ale myślę, że Pan Bóg mnie wyręczy, jeśli Go o to poproszę. Ściągam skullcandy i zaczynam słuchać budzącego się Opola. Takkk, cudownie. Nikogo nie znam, nikt się głupio nie patrzy, dla nikogo nie wyglądam dziwnie. Może to jednak był autobus zmierzający do moich marzeń?
















Anita.

wtorek, 30 września 2014

Prudnickie Rolki w towarzystwie RoleOpole, czyli sobota na wesoło.

           Sobotnie popołudnie. Teoretycznie ostatnie wakacyjne, praktycznie się okaże. Wsiadam do czarnej strzały i gnam na ciekawą, prężnie rozwijającą się akcję do jednego z pobliskich miast.


            Zostawiwszy samochód pod przyjaciółką większości Polaków- Biedrą, udaję się w kierunku Łaźni Miejskiej. To właśnie na parkingu przed tym budynkiem startuje III przejazdówka miłośników rolek. Oczywiście wybierałam się na tą akcję od pierwszej przejazdówki, ale nie od dziś wiadomo, że to co zaplanuję, nigdy się nie udaje. Ważne, że teraz dotarłam i nawet miałam rolki!

           Na odgrodzonym placu zebrała się spora grupa zarówno biorących udział w wydarzeniu, jak i samych obserwatorów. Co ciekawe, przedział wiekowy był naprawdę szeroki: były dzieciaczki w wózkach, młodzież, a nawet osoby starsze, które zapewne postanowiły urozmaicić sobie słoneczne popołudnie lub po prostu trafiły tu przypadkowo.

           Każdy kto posiadał rolki rozgrzewał się na niewielkim obszarze jeżdżąc najlepiej jak tylko potrafi. No prawie każdy, bo ja wybrałam siedzenie na krawężniku i podziwiane innych, w szczególności grupę RoleOpole, która pojawiła się chwilę później.
Ach, czego to oni nie potrafią. Wiedziałam o Nich, o Ich umiejętnościach, ale nie miałam okazji zobaczyć tego na żywo. Szczena opadała mi z każdą sekundą, bowiem kiedyś sama zaczęłam się uczyć slalomu itp., ale mój zapał skończył się wraz z końcem któryś tam wakacji.

            Minuty leciały, aż wreszcie Mirek powitał wszystkich bardzo gorąco i RoleOpole zaczęły swój pokaz. Najlepszych momentów nie uwieczniłam, ale później postanowiłam, że użyję mojego najcudowniejszego telefonu na świecie, który jest ze mną już czwarty rok, nie jest dotykowy, co więcej nie zamieniłabym go na żaden inny, aby wykonać kilka amatorskich ujęć.

     Kliknij!

     Tu także kliknij!


            Prudnickie Rolki także pokazały na co Je stać i wszyscy razem (pragnę wspomnąć, iż to spotkanie miało na celu integrację ludzi poruszających się na rolkach, rowerach, wózkach, deskorolkach i innych) ruszyliśmy ulicami miasta rozruszać mięśnie. Pogoda sprzyjała, było naprawdę gorąco, szczególnie po przejechaniu kilku km.

           Na początku oczywiście wszyscy poruszaliśmy się zwartą grupą, a co najważniejsze po chodnikach. Niestety każdy zmotoryzowany człowiek chce poczuć wolność, wiatr we włosach i swobodę, więc porządek został zatracony i każdy gnał na złamanie karku przed siebie, nie ważne, czy chodnikiem, drogą, trawnikiem... liczyła się dobra zabawa. Tak dobra, że jako grupa dostaliśmy dwa upomnienia od mundurowych, właśnie za poruszanie się po drodze asfaltowej. Ach ta władza...


           Podążając do "mety" opadałam już z sił. Kondycji to ja nie mam, za to cała reszta owszem. Na szczęście nikt nie musiał mnie transportować na parking, obciachu sobie nie narobiłam, a bawiłam się przednio. Wszystkim ludziom poruszającym się na rolkach dobrze patrzy z oczu. Polubiłam Ich!

         Po całym jakże przyjemnym spotkaniu udałam się na rynek, gdyż tam można było naładować się rockową energią. Miejscowe kapele dawały czadu, choć widownia była skromna. Wszystko smacznie i z przyjaznym nastawieniem.

          Pokręciłam się jeszcze chwilę po kostce brukowej i stwierdziłam, że to koniec na dziś. Stopy mi napuchły, czułam, że szykuje się jakieś otarcie (na tych rolach jeździłam pierwszy raz i pewnie ostatni), więc udałam się do samochodu. I tak oto powędrowałam do domu, gdzie opróżniłam cały wodopój, a pragnienie wciąż nie ustępowało. Wzięłam prysznic, zrobiłam wyjściowy make up i udałam się ponownie do tego samego miasta, już w innym celu. Niestety druga część planowanego dnia nie była sympatyczna, więc poprzestanę na tej, która zostawiła na mej twarzy uśmiech.


      Pozdrawiam Rolki Prudnik i RoleOpole.

Jesteście niesamowici, miło Was było zobaczyć i mam nadzieję, że to nie ostatnie takie spotkanie.













Anita.






wtorek, 16 września 2014

XII Prudnicki Maraton Pieszy.

           Co prawda sprawozdanie z tego wydarzenia napisałam wczoraj, ale jako, iż jest ono dość oficjalne, postanowiłam sklecić tutaj skromniejszy, luźno pisany post.


           13 września upłynął pod znakiem wędrówki. Pod znakiem długiej, trudnej, wesołej, męczącej wędrówki, którą to pokonałam w ramach XII Prudnickiego Maratonu Pieszego. I choć był to mój drugi maraton na dystansie 22 km, zmęczona byłam tak samo jak za pierwszym razem. Leniuchowanie na wakacjach dało się we znaki mimo, iż myślałam, że przez wakacje poprawię kondycję, a w sumie ją zdobędę, bo jak się okazało, nie posiadam jej wcale. 


           Ale do rzeczy...

           Maraton zaplanowałam już na początku lata, dołączyłam do wydarzenia na jakże znanym i lubianym przez większość ludzi portalu społecznościowym jakim jest facebook i wyczekiwałam tej fantastycznej soboty, jak dla mnie jeszcze wakacyjnej.

           Tydzień przed maratonem okazał się deszczowy. Odbiło się to na frekwencji, gdyż dopiero w sobotę rano zaczęło wychodzić słońce i ziemia stawała się bardziej sucha. W piątkowy wieczór mnie samą naszły wątpliwości, czy jest sens iść cały dzień w deszczu... położyłam się spać nie nastawiając budzika. Stwierdziłam, że jeśli się obudzę oznacza to, iż mam iść. Jeśli zaś zaśpię oznacza to, że pójście na te wydarzenie w taką pogodę nie było mi pisane.

          W sobotę o godzinie 8:30 dostałam sms'a, który spowodował, iż otworzyłam oczy. Telefon obudził mnie na szczęście, bo o godzinie 9:00 mieliśmy wystartować spod altany w Parku Miejskim. Pakowałam plecak jednocześnie zakładając spodnie na tyłek. Stawiłam się punktualnie w miejscu zbiórki, po czym i tak ruszyliśmy z piętnastominutowym opóźnieniem.

           Jako, iż ostatnio dopadł mnie stres, a w mej głowie głębią się same kiepskie myśli, posiłki ograniczyłam do minimum. Nie jestem w stanie za dużo przełknąć. Przed maratonem zjadłam suchą grzankę, więc pierwsze kilometry nie wyglądały ciekawie. Źle się czułam; bolała mnie głowa, nie miałam siły, w dodatku wspinaliśmy się coraz wyżej, więc zmieniało się ciśnienie. Fatalny stan. Gdy w końcu doszliśmy do SSM w Wieszczynie, poczułam ulgę.

           To jeden z punktów kontrolnych, gdzie nasza karta musiała zostać podbita, a my mieliśmy ok. 30 minut odpoczynku. Skorzystałam z tego i początkowo udałam się na wieżę widokową, która znajdowała się tuż za schroniskiem. Piękne widoki, piękna wysokość. Tak, mam lęk wysokości, ale przecież najlepsze w tym wszystkim są te uginające się nogi i ścisk zapierający dech w piersiach. Przecież o to chodzi, żeby przezwyciężać swoje słabości, prawda?

          Będąc już w schronisku złapałam za telefon. Pół dnia bez internetu to długo jak dla mnie. No to szybkie połączenie wi-fi i wzięłam się za pierwszy tego dnia posiłek. Kąsałam bułę raz po raz wpatrując się w ekran telewizora wiszącego na ścianie. Koleś, który trzymał w dłoni zmieniarkę skakał z polskiej telewizji i kabaretu na telewizję Trwam i Mszę Świętą. Wokół same "hibzdery", więc i tak nie było do kogo szczęki otworzyć. A co, msza też mi się przyda, szczególnie teraz, kiedy opadam z sił. Może Bóg ześle mi trochę mocy, albo przynajmniej wiary we własne siły.









           Nie będę opisywała szczegółów. Odcinki trasy naprawdę sporo się od siebie różniły. Obejmowały one zarówno drogę asfaltową, polną, łąki, ścierniska, wąskie ścieżki leśne oraz leśne drogi, gdzie błoto sięgało kostek. Wspomniałam już o "hibzderach". No to teraz sobie wyobraź jak ich pięknie wypolerowane buty nike czy air max zanurzają się w błotku, brudnym, mokrym i głębokim, jak na naturę przystało. Widok bezcenny. I kto by pomyślał, że będą z tego powodu marudzić, gdy ktoś inny w tym czasie za takie rarytasy jakimi jest kąpiel błotna płaci spore pieniądze. Nigdy nie zrozumiem nowego pokolenia. 

          Idąc łagodniejszym fragmentem naszej 22 kilometrowej trasy mieliśmy okazję przejść po drewnianych mostkach czy przy małych, niedawno zasadzonych drzewkach, którym to przypisano imiona na cześć zasłużonych ludzi mających z tego typu wyprawami wiele wspólnego. Moim zdaniem to świetny gest.

           Nie obyło się bez czekania na drugą część grupy, która na 2 km przed metą została w tyle gubiąc się w dobrze oznakowanym miejscu. No cóż, takie rzeczy się zdarzają. Ważne, że z daleka unosił się dym z ogniska rozpalonego na polanie, gdzie kończyła się nasza przygoda. Poczułam się jak w "Zagubionych". Kierowałam się w stronę dymu, a końcowy odcinek wraz z towarzyszami podróży przeszłam na skróty, coby koła nie robić, a jak najszybciej usiąść i siedzieć, siedzieć i siedzieć...
     
             Losowanie nagród odbyło się dość sprawnie. W zeszłym roku wróciłam z maratonu z kijkami do Nordic Walkingu oraz zestawem przydatnych gadżetów. W tym roku wróciłam z czymś większym i lepszym. Wróciłam z wielką satysfakcją dotyczącą tego, że moja skromna (Ależ oczywiście!) osoba mogła przyczynić się do wygranej dla mojego ex liceum. 400 PLN drogą nie chodzi, za to my przeszliśmy wieloma drogami i te 400 złociszy zdobyliśmy, tym samym pierwsze miejsce należy do nas. 

          Pomijam fakt, że z miejsca mety miałam jeszcze 4 km do PKP, ale w dobrym towarzystwie można było iść nawet dalej.

          Po powrocie do domu ujrzałam gar tuszonki, za którą od razu się wzięłam, Nie, nie chodzi tu o konserwę wojskową. Trzeba tego spróbować, by wiedzieć co to takiego. Kubki smakowe zostały zaspokojone, kąpiel odhaczona. Przyszedł czas na plastry rozgrzewające i maści przeciwbólowe. Bo jak przez cały maraton nic mi nie było, gdy tylko usiadłam rozbolało mnie wszystko. Nie umiałam chodzić po schodach, czułam wszystkie mięśnie. Były spięte, jakby ciągle zaciśnięte. Na łóżku nie umiałam się nawet obrócić, ale ciągle sobie powtarzałam, że tak miało być. Gdyby nie moje wakacyjne lenistwo, nic by mi nie było. Nie minęło dużo czasu, a zasnęłam. Poranek rozpoczęłam z lekkim bólem kończyn i kręgosłupa, ale miałam co robić, więc rozruszałam odpowiednio ciało. 

            Nie chcę sobie obiecywać, że poprawię kondycję, ale za rok mam ogromną ochotę spróbować swoich sił na dystansie kilometrów pięćdziesięciu. Ot tak, poprzeczkę trzeba podnosić. 






Życzyłabym Tobie i sobie więcej tak aktywnie spędzonych sobót. 













Anita

czwartek, 11 września 2014

Czy w sieci można być s@motnym?

          Wypowiedź zacznę od udzielenia niezbyt konkretnej odpowiedzi na pytanie postawione wyżej. Uważam, że większość ludzi w życiu realnym czuje się bardziej samotna niż internetowi maniacy, do których zresztą sama należę.




          Tyle.

          Co do samej lektury "S@motność w Sieci" (bo to o niej dziś mowa), jest cudowna. Przedstawia sytuację niesamowicie zbliżoną do tej, którą można spotkać we własnym, realnym życiu. Chwata ze serce niczym wygłodniały psiak za kawał szynki i targa naszymi emocjami, gdy my jesteśmy w trakcie przerzucania wzroku do kolejnego wersu.

          Może to dziwne, ale książka jest miła w dotyku. To żaden fetysz. O tak po prostu dodatkowy punkt w obserwacji. Przecież pałętając się po domu lepiej jest trzymać w dłoni książkę, niżeli telefon. A takiej książki nie chce się wypuszczać z dłoni nawet na sekundę.

          Bardzo się cieszę, że stałam się posiadaczką "S@motności..." (Dziękuję!). Dzięki temu dostrzegłam kolejne życiowe wartości i zmieniłam spojrzenie na pewne kwestie.

          Janusz Leon Wiśniewski spisał się na medal, a nawet dwa, skoro po największy bestseller ostatnich lat sięgnęłam już trzeci raz. 








           Przyszła pora, kiedy to natknęłam się w sieci (Ach ta sieć! :) ) na film o tym samym tytule co książka. Nie wahałam się ani chwili, tylko zaczęłam oglądać. I choć po dziesięciu minutach miałam mieszane uczucia myślałam, że to dlatego, iż akcja się dopiero rozkręca. Niestety film w moich oczach okazał się niewypałem.

            Zdaję sobie sprawę, iż nie da się idealnie odwzorować książki i przedstawić jej na ekranie, ale tyle pomiętych wątków i zmienionych elementów nie jestem w stanie nikomu przebaczyć.
Człowiek czytając lekturę wyobraża sobie każdą postać, sytuację. Maluje w głowie obraz, który jest tak piękny, że towarzyszy czytelnikowi do końca książki. Później gdy człowiek włącza film jest zawiedziony, bo inaczej wyobrażał sobie postacie. Jego życie traci sens, a on sam zaczyna się zastanawiać, dlaczego aktorzy grający w filmie nie wyglądają jak Ci, których sam sobie wykreował.

            W tym momencie bardzo się cieszę, że po książkę sięgnęłam szybciej. Po filmie nigdy bym jej nie otworzyła. Ekranizacja tego bestselleru okazała się nudna, mimo, iż grali w niech ciekawi aktorzy.



           Cóż mogę jeszcze dodać...

          Jak widać na załączonym obrazku, czytanie książek jest o wiele lepsze niż sięganie po film. Kształtuje naszą wyobraźnię, ćwiczy zrozumienie teksu, a przede wszystkim składnia mózgowie do myślenia. Zatem nie podkładajmy sobie gotowców w formie ekranizacji, tylko sięgnijmy po to, po co sięga mniej ludzi. Przecież lepiej należeć do lepszej mniejszości, niż do gorszej większości.





Anita.






Pamiętaj!   
"Ten kto nie czyta przeżyje tylko swoje życie, czytający przeżyje więcej."