czwartek, 12 marca 2015

Pięć rad, dzięki którym miejsce obok Ciebie w autobusie zostanie wolne.

           "Niech żyje wolność, wolność i swoboda" wykonywał zespół Boys. To właśnie tej drugiej cząstki najczęściej brakuje w autobusowym tłoku. Na wagę złota okazuje się wtedy być wolne miejsce obok Ciebie, dzięki któremu nie będziesz musiał gnieść się jak sardynki w puszcze. 


           Jako, iż na co dzień poruszam się właśnie tego typu pojazdem, pragnę przedstawić pięć sprawdzonych metod, dzięki którym będziesz mógł sobie pozwolić na większy relaks i troszkę więcej swobody, a sąsiednie miejsce nie zostanie przez nikogo zajęte.






1. Rozłóż bagaże tuż obok siebie

Nic tak nie zdenerwuje ludzi jak miejsce siedzące przeładowane torbami, zakupami, a nawet zimowym płaszczem, z którego będą wystawały najpotrzebniejsze w tym okresie rzeczy typu: czapka, szalik, rękawiczki, trzy pary skarpet i skakanka. Pytasz po co skakanka? A no, żeby się rozgrzać jak drugą godzinę stoi się przy stanowisku i czeka na autobus, rzekomo ten do swoich marzeń.











2. Udawaj, że śpisz

Ludzie niechętnie siadają obok osoby, która kima. Z doświadczenia wiem, że śpiące osoby zachowują się bardzo dziwnie. Począwszy na majaczeniu, opuszczaniu głowy na twe ramię czy opieraniu swojej nogi o Twoją, aż po chrapanie. Na koniec jeszcze Ci się oberwie, że nie obudziłeś swojego śpiącego towarzysza przy tym przestanku, przy którym chciał opuścić "pendolino". Czasem warto poudawać! 










3. Włóż do uszu słuchawki i wpatruj się w okno

Oczywiście udawaj, że nie słyszysz pytania: "Wolne?". Wtedy kolejny pasażer ładujący się do autobusu z piętnastoma bagażami będzie zmuszony udać się w stronę osoby, która jest bardziej skora do pomocy i udzielenia odpowiedzi niż Ty. Działa!









4. Śpiewaj pod nosem

Nie musisz mieć słuchawek z własną muzyką. Zazwyczaj kierowcy dbają o to, aby oprócz przeróżnych odgłosów nadających najświeższe ploteczki, rozbrzmiewała także muzyka. Raz na tydzień zdarzy się nawet taka idealnie pasująca do mojego gustu. Nigdy nie waham się nucić pod nosem czegoś, za czym szaleję. Nie zauważyłam, aby ktoś był z tego zadowolony.








5. Powiedz, że trzymasz miejsce koledze

Babuszka czy dziadziuś szybko łykają tego typu historyjki, gdyż pewnie sami mają wnuki w takim bądź podobnym wieku i wiedzą, że bez przyjaciela smutno jest nawet w autobusie. Dlatego siada się parami tak, by się nie zanudzić jadąc godzinę czy dwie w jedną stronę. Z grzeczności wskaż pytającemu inne wolne miejsce. Zainteresuje się nim i zapomni o tym jak go spławiłeś.









           Skoro podzieliłam się z Tobą swoimi sprawdzonymi metodami na zachowanie pustego miejsca obok siebie, trzymam kciuki aby udało Ci się któryś wdrożyć w życie. Czasem trzeba robić dziwne rzeczy, żeby zwiększyć komfort podróżowania. A co! 











Anita.











piątek, 6 marca 2015

"Dom Twój jest tam, gdzie wi-fi łączy się automatycznie."

            W zasadzie za dom powinno uznawać się bliskich, ciepło płynące z domowego ogniska oraz atmosferę, która nas do domu przyciąga. Jednak wraz z rozwojem technologii oraz pędem za lepszym życiem, zapominamy o tym co ważne. Zmieniamy priorytety i inaczej traktujemy ludzi i przedmioty, a w zasadzie traktujemy ludzi JAK przedmioty. Ale dziś troszkę nie o tym.

          Niestety muszę się zgodzić z tytułem tego posta. Obserwując ostatnio swoje życie, które ucieka przez palce niczym piasek, dostrzegłam, że faktycznie dużą rolę w codziennej bieganinie odgrywa wi-fi. W miejscach, które są mi bliskie, tym samym w których przebywam bardzo często, wi-fi łączy się automatycznie, a sieć została już na początku dodana do domowych.

           Gdy po całym dniu wracam do domu, ulgę odczuwam, gdy w okolicy stu metrów od miejsca zamieszkania ikona wi-fi zapala się na zielono i pojawia się komunikat o pozytywnym połączeniu. Podobnie jest wtedy, gdy znajdę się w pobliżu innych, dobrze znanych mi pomieszczeń.








          Można by się zastanawiać, czy to kwestia uzależnienia od internetu, czy też po prostu tęsknoty za siecią. (Prawda, że przyjemniej brzmi?) Gdy nie mam przez większą część dnia dostępu do internetu, zwyczajnie jestem ciekawa co czeka na mnie na najczęściej przeglądanych portalach, stronach, forach. Dlatego ta ikonka o kolorze nadziei jest tak zbawienna. Wtedy wiem, że oprócz tego, iż sprawdzę w końcu to, co mnie interesuje, zjem też coś dobrego, wyłożę nogi na ławę i poleżę do góry brzuchem, bo obowiązki na daną dobę właśnie się skończyły i jestem już w domu.




WI-FI = DOM          



        "Dom Twój jest tam, gdzie wi-fi łączy się automatycznie". Nie mogłabym się z tym zgodzić, gdyby faktycznie tak nie było. Ale skoro wszystko wydaje się być takie znajome, powiedzenie zostaje dodane do mojego słownika i zajmuje pozycję tuż obok "katolickich uszu".











Anita.

sobota, 28 lutego 2015

Ile może być odcieni szarości?

          Ponoć pięćdziesiąt.


          Tak, ja również dałam się ponieść chwili i znalazłam się w kinie na filmie pt. "50 Twarzy Greya". Ale, ale. Ja miałam powód! Po dwukrotnym przeczytaniu całej trylogii, która jest bestsellerem, nie mogłam przejść obojętnie obok adaptacji filmowej.


          Nie będzie zaskoczeniem, jeśli powiem, a właściwie napiszę, że film w żaden sposób nie oddał choć fragmentu książki. Taka już rola filmów. Mocno przekształcają to, co stworzył pisarz i niszczą nasze wyobrażenie dotyczące całej powieści.


         Myślę, że przygodę z Greyem warto zacząć od książki. Jest pikantna, przepełniona miłością i wulgaryzmem. Nacechowana emocjonalnie, skłaniająca do refleksji. Główna bohaterka, Anastazja Steel stanowi typ kobiety, która całkowicie podporządkowuje się swojemu mężczyźnie. Zresztą tak ją właśnie przedstawiłam w swojej prezentacji maturalnej i uważam, że wybór tej książki w tamtym czasie był znakomitą, choć trudną do podjęcia decyzją.










          Cała historia napisana jest jednym tchem, przez co czytelnik nie ma ochoty odkładać książki na potem. Obecnie nie potrafię rozdzielić historii Greya na trzy osobne części, więc trudno mi napisać co było w pierwszej, co w drugiej itd. Traktuję to jako jedność. Jako niesamowitą jedność. Mało jest na ryku książek tego typu.


           Gdy sięgałam po "50 Twarzy Greya" słyszałam różne opinie na temat tej książki. Głównie pozytywne, ale zdarzały się też te złe, tworzone przez hejterów, którzy oczywiście wersji papierowej nie czytali. Nie uważam, że jest to tylko pozycja dla kobiet, bowiem znam osobiście człowieka płci męskiej, który także "połknął" szarości w krótkim czasie, w dodatku mniej więcej na przestrzeni tych samych dni.


         Nie wiem dlaczego tak jest, ale książka bardzo mocno dowartościowuje. Przynajmniej ja tak miałam. Z każdym kolejnym rozdziałem czułam się bardziej kobieca i szukałam atutów tam, gdzie kiedyś w życiu bym ich nie widziała. Magia. Dodam także, że mocno utożsamiłam się z postacią Anastazji, co sprawia, że jeszcze bardziej lubię tą lekturę.










         Nie mogę napisać, iż druga i trzecia część były nudne, bo nudy w nich nie było, ale wraz z momentami coraz większego ustatkowania się w życiu Ann i Christiana, książka zamieniała się w pozycję przygodową. W dodatku można było przewidzieć już niektóre fakty. Niemniej jednak jest to fantastyczna historia, z którą warto się zapoznać, niekoniecznie poprzez dwugodzinną ekranizację.


          Przechodząc do ekranizacji.... potraktowałam ją jako osobną historię, żeby nie psuć sobie swoich wyobrażeń o postaciach i wszystkim, co działo się dookoła nich. Przez cały czas trwania filmu śmiałam się jak na komedii, dlatego też stwierdzam, że była to dobra maskarada, choć wcale nie włożyli "50 Twarzy Greya" do tej szufladki. A szkoda, bo jako ten gatunek byłaby strzałem w dziesiątkę.






         




          Od momentu, kiedy ukazał się trailer filmu i miałam okazję ujrzeć, kto gra główne postaci, nie byłam zachwycona. Totalnie nie pasują mi te osoby do tego, co maluje się w mojej głowie po przeczytaniu książki. Oczywiście film był streszczeniem streszczenia streszczenia lektury, dlatego też osoby, które nie zajrzały do empiku, biblioteki czy sieci w celu znalezienia Greya w pdf, nie będą znały wielu, moim zdaniem ważnych szczegółów.


           Wielkim plusem całego zamieszania wokół długo wyczekiwanej ekranizacji dzieła jest świetna muzyka, którą to jakiś dobry człowiek zgromadził w jednej pozycji i którą to "wałkuję" w kółko. Muzyka jest mroczna, tajemnicza, skrywa wiele miłosnych przesłanek. Bardziej pasuje mi do książki niż filmu, ale fakt jej powstania jest czymś pięknym.










          Nie żałuję, że udałam się do kina. Było już po całym Greyowym szale, długo po walentynkach i sala była prawie pusta. O dziwo było tam kilka osób po (strzelam) sześćdziesiątym roku życia. Ale przecież wszystko dla ludzi, prawda?


         Pracę drukowaną będę polecała do końca życia i długo po. Film także, ale proponuję potraktować go jako coś zupełnie innego, nowego, stworzonego bez połączenia z czymkolwiek.














Anita.

Sonda #1 Jak często wstajesz w nocy do toalety?

          No i są wyniki pierwszej sondy.
         




         Jak się okazuje, sześćdziesiąt procent z Was śpi w pampersie. Leniuszki Wy!






Anita.

poniedziałek, 23 lutego 2015

"Teoria wszystkiego"

          Nadszedł czas, kiedy to zostałam przytwierdzona do łóżka i z nudów oraz braku siły, oprócz lekarstw "połykam" także filmy. Na tapetę poszła "Teoria wszystkiego", na którą natknęłam się przy okazji szukania informacji o "Idzie".

          Nie wiem dlaczego tak jest, ale filmy które poznaję przypadkiem, okazują się strzałem w dziesiątkę. "Teoria wszystkiego" to niesamowita dwugodzinna historia, którą warto poznać.

         Główną postacią jest Stephen Hawking, u boku którego żyje piękna Jane. Stephen jest geniuszem, który zawsze trafia w samo sedno i jest perfekcjonistą. Dopiero, gdy przychodzi zmierzyć mu się z chorobą jaką jest stwardnienie zanikowe boczne, ukazują się jego słabości.










        Jego żona i dzieci są przy nim prawie do końca walki z ciągle postępującą chorobą. Z czasem ich losy zostają podzielone, jednakże obie strony są szczęśliwe, bo mogą się spełniać. Geniusz naukowy tworzy kolejne teorie i przedstawia je światu, Jane wychowuje dzieci i ponownie się zakochuje.

        W filmie nie brakuje przeogromnej miłości i oddania oraz szacunku do drugiej osoby. Połowa globu na miejscu obu bohaterów już dawno by się poddała. Oni walczyli do końca i to jest piękne.

         Ta pozycja filmowa zaskakuje, wzrusza i przede wszystkim uczy. Polecam.












Anita.

sobota, 21 lutego 2015

Czas na post...

          ... i wcale nie chodzi tu o powstrzymywanie się od czegoś, choć wypadałoby z okazji obecnego okresu.


          Czas na krótki post filmowy.
          Długo zastanawiałam się, czy warto pisać coś o filmie pt. "Ida". Niby od momentu premiery (rok 2013) do dziś zbiera on nagrody i nominacje, jednak dla mnie szału nie zrobił.









         To po prostu dobry film. Przyjemnie się go ogląda, jednak nie wzbudza on wielkich, niecodziennych emocji jak np. Stay czy Miasto 44, o którym to już pisałam.


         Fabuła jest po prostu ciekawa. Plus dla Agaty Kuleszy za świetne odegranie roli Wandy Gruz. Właściwa osoba na właściwym miejscu.


         Czy polecam? Jasne. Myślę, że warto znać filmy o których trąbi cały świat.









Anita.

środa, 11 lutego 2015

Walę tynki, czyli kolejny remont.

          Tak, walę tynki. Co roku. A że znów zbliża się ten ohydny dzień, jakim jest czternasty luty, czas na kolejny remont.

          Dlaczego nie lubię Walentynek? Nie jestem romantyczna, nie jarają mnie kwiatki, ozdóbki, a już w szczególności serduszka, na widok których rzygam tęczą. Nie lubię okazywania uczyć na pokaz oraz sztucznych tłumów w kawiarniach, kinach, restauracjach czy na ulicach.






           W tym roku mam to szczęście, że czternasty luty przypada na czas mojego pobytu w domu, co sprawia, że jestem bezpieczna. Bezpieczna o tej całej ulicznej komercji. Najważniejsze to zachować spokój i z dumą przesiedzieć ten dzień w czterech ścianach. Przesiedzieć przed kompem z kubkiem dobrej herbaty.




          Jak spędzić nielubiane przez siebie Walentynki? 

1. Wyśpij się. Nic nie da Ci tak dobrego nastroju jak porządne osiem godzin snu. Najlepiej do samego południa, żeby pół dnia mieć już z grzywki.

2. Włącz YouTube. Nie od dziś wiadomo, że jeden obejrzany filmik przeradza się w kilkugodzinną podróż po otchłani tegoż serwisu internetowego.

3. Połóż się wcześniej spać. Skoro i tak nie zrobiłeś nic pożytecznego, nic tu po Tobie. Lepiej, by nadeszło jutro. 





          Mój sposób na Walentynki jest prosty, sprawdzony i skuteczny, bo corocznie praktykowany. Dla tych, którzy preferują coś bardziej wyjątkowego (w końcu to ponoć wyjątkowy dzień), polecam obejrzeć filmik Lisiego Piekła, gdzie Paulina prezentuje kilka nietuzinkowych sposobów na spędzenie tych dwudziestu czterech godzin. 








          W internecie krąży mnóstwo opinii na temat Walentynek. Jedni je kochają, inni nienawidzą. Zwykle nienawidzą z konkretnych powodów. I tak oto przedstawiam filmik Marzenki,który osobiście uwielbiam i prawie pod wszystkim co mówi, podpisuję się rękoma, nogami i czym tam jeszcze można się podpisać. 







          Mam nadzieję, że Ci, którzy szczęśliwie odliczali dni do Walentynek, nie będą mi w żaden sposób zachodzić drogi, bowiem nie ręczę za swoje czyny. Jak to Marzenka wspomniała, to tylko jeden gó*niany dzień. Szkoda byłoby, gdyby komuś coś się stało z racji takiej, a nie innej daty w kalendarzu. 








Anita.





P.S. Na dole zamieszczona jest sonda. Możesz oddać anonimowy głos. 

sobota, 7 lutego 2015

Z reguły preferuję wieś, ale to miasto urzekło mnie bardzo mocno.

           Odhaczając kolejne filmy z mojej listy MUST SEE, natrafiłam na pozycję "Miasto 44". Nie zastanawiając się długo odpaliłam film. Rzadko mogę to powiedzieć, ale... dobrze zrobiłam!







           Nie lubię historii. Nawet bardzo jej nie lubię, ale tutaj nie skupiałam się na przedstawianych faktach, a raczej na wszystkim poza nimi. Głównie zwracałam uwagę na bohaterów, którymi są młodzi ludzie, mniej więcej w moim wieku. Podziwiałam ich zachowanie i odwagę.

           Niesamowite jest to, że młodzież, która walczy o swoje marzenia i honor dobrze znając rzeczywistość i możliwości, jednocześnie wykorzystuje każdą wolną chwilę, by cieszyć się życiem i okazać uśmiech drugiej osobie.







           "Miasto 44" pokazuje co to prawdziwa miłość, przyjaźń, braterstwo, oddanie za ojczyznę, zaufanie. Pomaga także dogłębnie zrozumieć słowo patriotyzm.

           Przez cały film czuje się napięcie, a niektóre sceny są rodem z horroru. Lejąca się krew i otwarte rany powodują wzdrygnięcie się.

           Emocje jakie towarzyszyły mi przy oglądaniu tej pozycji, były niemalże identyczne jak wtedy, gdy czytałam "Chłopców z Placu Broni". Swoją drogą, to najlepsza książka jaką kiedykolwiek przeczytałam.

          Wydaje mi się, że tego typu produkcje filmowe powinien obejrzeć każdy Polak. Każdorazowo będzie to drobne uzupełnienie wiedzy dotyczącej samego Powstania Warszawskiego, jak i historii naszego kraju.














Anita.








piątek, 6 lutego 2015

Recepta na szybką poprawę humoru.

           Nie oszukujmy się. Zimowa aura nie sprzyja nastojom. Jeśli zdarzy się ktoś, kto chodzi z uśmiechem od ucha do ucha na swojej twarzy, to znaczy, że wygrał w totolotka, ukatrupił teściową lub jego partner zgodził się na wieczorne wyjście do baru z kumplami.

           Jeśli jednak żadna z powyższych rzeczy Cię nie dotyczy, znaczy, że prędzej czy później będziesz potrzebował poprawić sobie humor, bo ten, który jeszcze przez chwilę się Ciebie trzyma, zostanie zepsuty.

           Pragnę przedstawić Ci moją receptę na poprawę humoru. Jest prosta i wredna tak jak ja. Radzę podchodzić do niej z dystansem. Tak jak do mnie.





1. Dokop komuś!

Nic nie daje tyle radochy, jak dowalenie komuś dwóch, siedmiu ewentualnie całej wiązanki niemiłych słów. Choć podstawianie "haka" skuteczne było w podstawówce, w tym przypadku też czasami pomaga. Co prawda w przypływie złego nastroju będziesz musiał się silić na uśmiech, ale z doświadczenia wiem, że ten szyderczy pojawia się sam. Bez niego wiązanka słów traci moc, nie możesz o nim zapomnieć.







2. Nażryj się wszystkiego co masz pod ręką!

Zacznij od tabliczki czekolady. Nic tak nie poprawia nastroju jak czekolada. Dorzuć do tego garść cukierków, najlepiej czekoladowych! Nie zaszkodzi odgrzać obiad i skonsumować go ze smakiem, popijając syropem czekoladowym do naleśników. Czekoladowe muffiny na zagryzkę to niezły pomysł. Fenyloetyloamina zawarta w czekoladzie ma działanie antydepresyjne, powoduje poprawę nastroju i daje uczucie szczęścia. Coś jak zakochanie się. Ale po co sobie komplikować życie miłością?
Jeśli nie możesz już jeść, chociaż popatrz na te zdjęcia.








3. Obejrzyj Stand-up Abelarda Gizy!

Żadne kabarety, żadna pozytywna muzyka. Stan-up Abelarda, tylko i aż. Zawsze pomaga. Nawet w najgorszej chwili, kiedy wciskasz w siebie batonika i myślisz o kolejnym psikusie do wykonania swojemu bratu, uszy (bez znaczenia czy katolickie, czy też nie) skupiają się na najlepszych słowach i wyłapują to, co rozśmieszy Cię do bólu brzucha.









4. Pobaw się w Perfekcyjną Panią Domu!

Nieważne, że masz ubrania poukładane w kosteczkę i kolorystycznie. Sprzątanie odpręża. Wyjmij wszystko na podłogę i zacznij od początku. Prałeś dwa dni temu firanki? Stary, pewnie już pająk zacerował wszystkie dziurki swoją pajęczą siecią. Do prania z nimi! Zawsze jest czas na zmianę trzeci raz w tym tygodniu pościeli i starcie kurzy, których to ścierać nie lubi połowa z nas. A może by tak drogie panie zrobić porządek w torebce? Porządek, nawet ten przesadny= lepsze samopoczucie.








5. Jak najszybciej połóż się spać!

Nic tak nie pomaga jak nadejście nowego dnia, który teoretycznie ma być lepszy. Ileż można sobie powtarzać, że jutro będzie lepiej, że już niedługo? Połóż się spać, choćby o godzinie 19:00, a jutro nadejdzie samo! Nie ma to jak nowy dzień pełen nierozwiązanych spraw z dnia poprzedniego oraz tych nowych, równie złych co tamte.











           Jak wiadomo, co nas nie zabije, to... pogorszy nam samopoczucie. Także w razie potrzeby powtarzać powyższe do skutku, coś jak treningi Ewy Chodakowskiej. U mnie wystarczy tylko jedna seria. Jedna jedyna i znów jestem gotowa szerzyć zło w świecie!










Anita.




P.S. Poniżej pojawiła się anonimowa sonda. Zachęcam do oddania głosu. 

wtorek, 3 lutego 2015

Sentymentalnie.

          Miało być patriotycznie, lecz nie obejrzałam do końca pewnego filmu. Miało być muzycznie, ale książka wciąż niedoczytana. Więc będzie sentymentalnie. Sentymentalnie o wszystkim.

           Każdy z nas posiada dar przywiązywania się do czegoś. Już od najmłodszych lat nie potrafimy rozstać się ze swoim smoczkiem, następnie pierwszym pluszakiem, którego przez kolejne lata posiadamy w zasięgu swego wzroku. "Tak na wszelki wypadek."

           Niestety gorzej jest wtedy, gdy człowiek przywiązuje się do ludzi. A że się przywiązuje, to oczywiste. Sam przecież nieraz doświadczyłeś bólu z powodu przywiązania się nie do tej osoby, do której przypisał Cię los. I wcale nie mam na myśli drugiej połówki, bo przywiązać możemy się do nauczyciela, lekarza czy choćby sprzedawcy w sklepie, który to zawsze najlepiej Cię obsługiwał.

         Osobiście bardzo mocno przywiązuję się do wielu rzeczy, czasem przesadnie. Ale to pomaga zachować w pamięci pewne wspomnienia, które choć są silne, z czasem mogą z naszej głowy wyparować.

          Przywiązana jestem także do miejscowości, w których znajdowały się gimnazjum i liceum, do których uczęszczałam. Gdy będąc daleko od tych miejsc słyszy się o nich lub je widzi w telewizji, na pocztówkach czy w internecie, od razu wracają wspomnienia niosące za sobą dużo ciepła i wiele emocji.

          I tak oto dziś natrafiłam na Szczęście. Zazwyczaj powoduje ono uśmiech i radość. To szczęście także je wywołało. Trafiłam na"Szczęście", które wykonuje ZBUKU. Produkcja ta jest klipem promującym album "Życie Szalonym Życie".

         Już samą radość sprawiało mi słuchanie ZBUKA, który jest "tutejszy" i jestem z Niego dumna. Dziś jestem dumna podwójnie, bo w klipie ujrzałam bliskie mi miasto. Miasto, z którego ZBUKU pochodzi, a do którego ja często jeżdżę, bo jest to jedno z najbliższych miast.










          Z racji, iż ukazał się tam Prudnik, nie mogę nic złego powiedzieć o całym klipie. Raz, że nie wypada, a dwa, nie znam się na tym. Ważne, że ZBUKU pamięta o najważniejszych wartościach, miejscach i ludziach. Poza tym prawi w tym kawałku mądre słowa i warto z tego wyciągnąć coś dla siebie.

          Jeśli o przywiązaniu mowa, to wspomnę o długopisach. Niby zwyczajnych, bo rozdawanych dosłownie wszędzie, dodawanych do wszystkiego i dostępnych w każdym miejscu, jednak wyjątkowych, bo przywiezionych z daleka. Będąc na najpiękniejszym festiwalu życia zdobyłam trzy długopisy. Cieszyłam się nimi, pilnowałam ich jak oka w głowie. Przyszedł jednak czas, gdy długopisy się wypisały. Nie mam w zwyczaju trzymania nieprzydatnych już urządzeń, przedmiotów itp., więc postanowiłam je wyrzucić.

          Wyrzuciłam. Ale... najpierw zrobiłam im zdjęcie! Tak, to był jeden ze sposobów na utrwalenie wspomnień, które zapisały się w mojej pamięci. Może to śmieszne, ale jak już pisałam, jestem bardzo sentymentalną osobą. Nawet jeśli chodzi o te rzeczy, które już dawno powinnam z głowy wyrzucić.

          Wydaje mi się, że sentymentalizm nie jest niczym złym, jeśli oczywiście zachowane zostają granice zdrowego rozsądku i nie wygląda to tak jak w kawałku "Love forever" Słonia i Miksera.







          Wszystko z umiarem.
          Wszystko.









Anita. 



sobota, 31 stycznia 2015

Związki.

          Dziś będzie o związkach. Nie, nie tych partnerskich. Tych zawodowych.








          Żartowałam.
          Ze związkami zawodowymi mam tyle wspólnego co z Radio Maryja. Jeśli o związki partnerskie się rozchodzi, bacznie je obserwuję w swoim codziennym życiu i czasami się zastanawiam, jak głupi musi być człowiek, żeby dać sobą tak pomiatać. Ale do rzeczy...
Przedstawię pięć charakterystycznych typów facetów, którzy przechadzają się na co dzień przed moimi oczyma i są w związkach. W związkach z płcią piękną!




1. Pantoflarz
Najgorsze co może być, to ciągłe podporządkowywanie się partnerce i brak własnego zdania. Notoryczne odbieranie telefonów z tłumaczeniem, dlaczego nie odebrałem telefonu po drugim sygnale, tylko dopiero po drugim połączeniu. Taki typ faceta długo nie pociągnie. Meczu nie obejrzy, piwa się nie napije, z kolegami się nie spotka. A już nie wspomnę o spotkaniu z koleżankami, bo takowe pewnie też pantoflarze kiedyś mieli. Ten przypadek jest nie do uratowania.



2. Playboy
Taki typ faceta ciągle czaruje. W czterech literach ma to, że każdą laskę bałamuci w ten sam sposób. Ważne, że działa i żadna się nie dowie. Taki facet wśród olewających go kobiet nazywany jest pier*olonym czarusiem. Nie potrafi nic innego, jak tylko pokazywać jaki to on jest seksowny, uwodzicielski i może mieć każdą używając taniego chwytu: "Bolało jak spadłaś z nieba?". Radzę omijać szerokim łukiem, bądź na spotkanie z takim zabrać dobrze naostrzoną siekierę. Może się przydać.



3. Pracuś
Zero życia. Jakiegokolwiek. Praca, praca i praca. Własna firma, pół etatu w państwówce i jeszcze fuchy na wieczory. W weekendy z kolei społeczna praca u znajomych i rodziny, bo przecież się nie odmawia, nie wypada, tak nie można. Taki człowiek nawet nie ma czasu spisać tego wszystkiego w terminarzu, a co dopiero zjeść, czy spamiętać daty urodzin własnych dzieci, o ile zdążył je w ogóle spłodzić w tak przepełnionym pracą życiu. O tych wszystkich rzeczach do wykonania przypominają mu telefonicznie osoby, u których czeka na niego kolejna robota. Na starość na pewno będzie miał co wspominać.



4. Pedał
Taki typ faceta wiąże się z kobietą nieświadomą, albo niewidomą. Innego rozwiązania nie widzę. Ciągle poprawianie włosów, lakierowanie grzyweczki i nienagannie ułożony wokół szyi szaliczek to nieodłączne elementy życia pedała. Mężczyzną tego nazwać nie mogę. To wbrew wszystkiemu, wbrew światu. Ten typ obowiązkowo nosi rurki. Najlepiej pistacjowe, koralowe lub czerwone. Muszą być jeszcze bardziej kobiece niż są w rzeczywistości. Dłonie wypielęgnowane jak po wizycie w salonie kosmetycznym błyszczą się z daleka. I weź tu powiedz takiemu, żeby Ci koło w samochodzie wymienił, albo komin przeczyścił. Zabawne.



5. Próżniak
Zawsze ma czas, nie obchodzą go inni ludzie i sytuacja ekonomiczna w kraju. Żyje według zasady "To co masz zrobić jutro, zrób trzy dni później. Będziesz miał więcej wolnego". Zanim zbierze się do czegoś musi minąć pół dnia. Później stwierdza, że jest za późno i odkłada robotę na kolejną dobę. Jego stały tekst to "Nie mam wolnych mocy przerobowych". Na każdą prośbę znajduje wymówkę lub mówi, że nie potrafi czegoś zrobić, bo nie jest wykształcony w tej dziedzinie. Ulubione miejsce to kanapa, a ulubione przedmioty do trzymania w dłoni to pilot do telewizora i puszka piwa. Pożytek z takiego lenia żaden. Również radzę unikać.







          Faceci są tacy dumni, że posiadają jeden garnitur i jedną parę butów, pasujące do wszystkiego i na każdą okazję. Natomiast posiadają tyle odcieni, że my, kobiety, wcale nie mamy łatwo pakując się w związek. Ile to nerwów stracimy, póki rozpoznamy z jakim gadem mamy do czynienia. Moje drogie! Dużo obserwacji, mało działań i słów! W razie czego szybciej można będzie wyeliminować z gry niepotrzebnego gracza.










Anita.

piątek, 30 stycznia 2015

Kobiety na traktory!

          Jakiś tydzień temu miałam ogromne szczęście, jadąc do Opola autobusem prowadzonym przez kobietę. Ogólnie nie ufam kobietom za kierownicą, ale o tej Pani czytałam w gazecie wiele dobrego, więc postanowiłam od razu nie panikować.

          Jak się okazuje, prowadząca oprócz tego, że jest niesamowitym kierowcą, (tam, gdzie autobusy jadą 50km/h, Ona pomykała aż 70 km/h, przejeżdżała na późnych żółtych i nie przepuszczała innych samochodów przed siebie, w miejscach zanikania lewego pasa, pytała wcześniej czy ktoś wysiada w danym miejscu, jeśli nie, to omijała je szerokim łukiem, a w zasadzie mostem, żeby nie pakować się w centrum) jest też super ciepłą babką.











          Od wejścia do autobusu czuje się, że jedzie się z ciocią na wycieczkę. Pani Maria wita uśmiechem, bez względu na to, czy masz humor i cokolwiek Jej na wstępnie powiesz, czy też całkowicie Ją olejesz. Nie zachowuje się jak automat, który drukuje bilety, tylko z co drugą osobą zamieni kilka zdań, a jeśli usiądziesz zaraz za Nią, rozmowa trwa wieczność...

          Co do rozmowy, którą to pewna dziewczyna prowadziła z wspaniałym kierowcą płci żeńskiej...

          Pani Marysia opowiedziała całą historię tego, jak znalazła się w autobusie. Opowiadała o etapach zdobywania uprawnień i całej masie problemów, które spotykały ją w poprzedniej pracy (fizycznej).

          Mówiła o tym, jak kupiła działkę, własnoręcznie ją przekopała, a następnie zasadziła jabłka, zadbała o pomidory i jakieś kwiatki, których to nazwa wyleciała mi z głowy wraz z sobotnim kazaniem.

           "Kierowczyni" dała się poznać z jak najlepszej strony, w dodatku prawdziwej. Nie owijała w bawełnę, mówiła szczerze i od serca.

           Gdy opuszczałam autobus, nie mogłam się powstrzymać i pogratulowałam Jej świetnej jazdy. W dodatku dojechała do celu cztery minuty przed czasem, a to się zdarza jedynie nielicznym. Dołączyła więc do mojej listy TOP 5 KIEROWCÓW PKS.

           Morał? Kobiety na traktory.... tfuuuu.... Kobiety w autobusy!











Anita.

środa, 28 stycznia 2015

Katecheza.

          Nie, nie będzie tu treści religijnych. Nie tym razem. O katolickich uszach też nie teraz, choć to bardzo zabawne. Będzie o koncercie Luxtorpedy, który to mój kolega nazwał KATECHEZĄ. Bardzo mocno utkwiło mi to w głowie, oczywiście jako coś pozytywnego.

          Minionej soboty wybrałam się na Luxów. Przed każdym Ich koncertem odliczałam dni, skakałam z radości i słuchałam Ich kawałków. Tym razem było inaczej. Koncert był przełożony, więc mój zapał minął wraz z odejściem w cień pierwszego terminu koncertu, przypadającego na grudzień.









          Swoje zrobił też styczniowy czas, dla studentów przepełniony nauką. Przez chwilę przeszedł mi nawet przez głowę pomysł, żeby nie jechać na koncert, bo jeszcze trochę zaliczeń przede mną. Na szczęście pomysł ten wypadł mi szybko z głowy, a na koncercie bawiłam się bardzo dobrze.

         Ogólnie aura pogodowa nie sprzyjała, było zimno i mokro. Tego dnia byłam na nogach od 4:45 i ostatnią rzeczą, jaką chciało mi się robić, to skakać, śpiewać i się uśmiechać, udając, że jestem pełna energii. Niemniej jednak humor poprawił mi się w busie, gdzie uśmiałam się za wszystkie czasy. To znaczy za mniej więcej pół roku, czyli czas jaki minął od ostatnich koncertów, wtedy akurat tych Woodstockowych.









          Gdy tylko dojechaliśmy na miejsce, nie obyło się bez śmiesznych, niepotrzebnych wpadek, ale to pozostanie tajemnicą. Gdy udałam się do NCPP sprawdzić, czy wpuszczają już do środka ludzi, spotkałam się z dziwnym wzrokiem policjantów, siedzących w samochodzie na parkingu. Dopiero później zorientowałam się, że jestem w bluzce na ramiączkach, mamy styczeń, temperatura jest ujemna. No cóż... jak kto lubi Panowie Policjanci.

          Co do wydarzeń, jakie miały miejsce już w środku, to jestem mile zaskoczona Supportem. Zwykle oglądałam kapele, słuchałam ich, ale nigdy nie zostawały mi w głowie na dłużej, niż na czas, kiedy to były przed moimi oczami. Tym razem było inaczej. Mocno polubiłam zespół Cuba de Zoo. Taaaakk, taakkkk, przystojny wokalista zrobił swoje, ale tak czy siak, muzyka idealna.










         Nie obyło się bez punków, którzy przyszli, by porozlewać piwo na ludzi i zrobić trochę zamieszania, ale nie ma tego złego... była to dodatkowa rozrywka. Rozwalił mnie tylko widok kobiety w szpilkach, która próbowała wraz ze swoim partnerem tańczyć do muzyki supportu. Chyba pomyliła pani wydarzenia na facebooku...

         Miejsca w czasie koncertu zajmowałam przeróżne, na początku tyły, wraz z każdą kolejną godziną przemieszczałam się w prawą stronę i coraz bliżej przodu, (Pozdrawiam dziewczynę, która przyszła w idealnie nakręconych lokach niczym na bal maturalny, w które to ciągle wpadałam nosem i wąchałam jakże aromatyczny zapach lakieru do ich utrwalenia. Następnym razem wyproszę cię z sali, za zatruwanie powietrza. ) aż w końcu wylądowałam pod samą barierką. Nie byłabym sobą, gdybym się tam nie wcisnęła. Jednak warto być niewielkiego gabarytu.

       Luxtorpeda przywitała Nas pełnią energii i uśmiechami. Gdy zagrali Mambałagę, czułam się spełniona. Nawet jakoś przybyło mi sił, by wykrzyczeć: "Wyrzucam śmieci, to mi pomaga!". Tak właśnie działają na ludzi Luxy.




     




          W trakcie Katechezy usłyszałam m.in. "Robaki", "Za Wolność", "Wilki dwa" czy "Nieobecny nieznajomy". Głosy facetów są jak miód na uszy. Swoją drogą, lata lecą, a Oni wciąż w tak dobrej formie. Naprawdę podziwiam. Hans wygląda jak mój rówieśnik. Wspaniały widok!

        Teraz będzie coś, co potrafię najlepiej. Będę się chwaliła. Kilka razy uścisnęłam dłoń Drężmaka i Litzy. Dostałam Luxową kostkę i butelkę wody, którą jeszcze sekundę wcześniej pił Litza. Do domu wróciłam jako najszczęśliwsza osoba pod słońcem.  Czar minął już następnego dnia, ale do kolekcji wspomnień dodaję kolejne, fantastyczne, którego nigdy nie zapomnę.











Anita.

czwartek, 8 stycznia 2015

Ani słowa więcej.

          Dokładnie taki tytuł nosi obejrzany przeze mnie film. Wiem, wiem...  dużo ostatnio filmów, ale nic nie poradzę, że to właśnie one wpadają mi akurat pod rękę. A właściwie przed oczy...

          "Ani słowa więcej" to produkcja łącząca w sobie takie gatunki jak komedia, romans i dramat. Historia, która zostaje przedstawiona w tej ekranizacji jest dość zabawna, bo główna bohaterka Eva- masażystka udając się z przyjaciółmi na przyjęcie poznaje dwie fantastyczne osoby, z którymi wiąże swoje dalsze losy.

          Problem tkwi w tym, że Albert, z którym bohaterka postanawia zacząć się spotykać jest byłym mężem Marianne- kobiety, z którą Eva postanawia się zaprzyjaźnić.









          Cała sytuacja nabiera tempa i jest bardzo zagadkowa. Film jest emocjonujący i niesamowicie prawdziwy. Niektórzy twierdzą, że zrozumieć mogą go jedynie dojrzali odbiorcy. Po części się z tym zgodzę, niemniej jednak uważam, iż młodsi odbiorcy także "wyciągną" z filmu to, do dla nich ważne.

          W filmie ukazana zostaje niesamowita przyjaźń oraz swoboda w rodzinnych kontaktach. Na pierwszy plan wysuwają się najważniejsze życiowe wartości, często spychane przez nas na sam dół.

           To kolejna pozycja filmowa nadająca się na nudny, leniwy wieczór, czy popołudnie przy kawie z przyjaciółmi. Polecam serdecznie.












Anita.
       

wtorek, 6 stycznia 2015

"Zostań, jeśli kochasz" i tyle w temacie.

          Po wielu próbach obejrzenia filmu pt. "Zostań, jeśli kochasz", w końcu udało mi się to zrobić. To był dość spontaniczny ruch, ale jak widać maksymalnie wykorzystany, bo i powstanie krótka recenzja.

          Oczywiście film powstał w oparciu o książkę i wcale nie jestem bardzo do tyłu, bo jest to produkcja z sierpnia roku dwa tysiące czternastego. 

         Zdecydowanie film wymaga koncentracji i myślenia. Przez moment sama nie wiedziałam co się dzieje, bo pokazywane były sceny z różnych okresów życia bohaterki. Okazuje się jednak, że Mia Hall (główna bohaterka) po wypadku, w którym zginęli jej rodzice zostaje zawieszona przez jeden dzień między życiem, a śmiercią i musi podjąć decyzję (Och, jak ja tego nie lubię!), po której stronie stanie ostatecznie. 

         W tej adaptacji zderzyły się dwa światy muzyczne. Panna Hall- miłośniczka muzyki klasycznej staje w parze z młodzieńcem Adamem Wilde, miłośnikiem muzyki rockowej. 

         Gdy po siódmej minucie filmu usłyszałam jeden z moich ulubionych kawałków, wiedziałam, że film muszę obejrzeć do końca. Łącznie z napisami końcowymi. A co!












          Film jest mi bliski dlatego, iż mimo gatunku muzycznego, który lubię pokazuje także problemy młodych ludzi, z którymi mniej więcej sama się zmagałam, czy też nadal zmagam. 

         Historia pokazuje miłość i przyjaźń w różnych odsłonach, problemy niby błahe i oczywiste, jednak trudne do rozwiązania, decyzje, które nigdy nie są proste, porzucane marzenia na rzecz ważniejszych rzeczy, co boli najbardziej. W "Zostań, jeśli kochasz" przedstawiona jest także potęga korzystania z każdej chwili oraz umiejętność przyjmowania tego, co daje nam los.

        Jest to niewątpliwie film o radości przeplatającej się ze smutkiem, przez co łatwo rozmazać sobie tusz na rzęsach. Serdecznie go polecam, a na koniec zacytuję słowa jednej z bohaterek.







"Życie to jeden wielki, śmierdzący bajzel
i na tym polega jego piękno."













Anita.