wtorek, 3 lutego 2015

Sentymentalnie.

          Miało być patriotycznie, lecz nie obejrzałam do końca pewnego filmu. Miało być muzycznie, ale książka wciąż niedoczytana. Więc będzie sentymentalnie. Sentymentalnie o wszystkim.

           Każdy z nas posiada dar przywiązywania się do czegoś. Już od najmłodszych lat nie potrafimy rozstać się ze swoim smoczkiem, następnie pierwszym pluszakiem, którego przez kolejne lata posiadamy w zasięgu swego wzroku. "Tak na wszelki wypadek."

           Niestety gorzej jest wtedy, gdy człowiek przywiązuje się do ludzi. A że się przywiązuje, to oczywiste. Sam przecież nieraz doświadczyłeś bólu z powodu przywiązania się nie do tej osoby, do której przypisał Cię los. I wcale nie mam na myśli drugiej połówki, bo przywiązać możemy się do nauczyciela, lekarza czy choćby sprzedawcy w sklepie, który to zawsze najlepiej Cię obsługiwał.

         Osobiście bardzo mocno przywiązuję się do wielu rzeczy, czasem przesadnie. Ale to pomaga zachować w pamięci pewne wspomnienia, które choć są silne, z czasem mogą z naszej głowy wyparować.

          Przywiązana jestem także do miejscowości, w których znajdowały się gimnazjum i liceum, do których uczęszczałam. Gdy będąc daleko od tych miejsc słyszy się o nich lub je widzi w telewizji, na pocztówkach czy w internecie, od razu wracają wspomnienia niosące za sobą dużo ciepła i wiele emocji.

          I tak oto dziś natrafiłam na Szczęście. Zazwyczaj powoduje ono uśmiech i radość. To szczęście także je wywołało. Trafiłam na"Szczęście", które wykonuje ZBUKU. Produkcja ta jest klipem promującym album "Życie Szalonym Życie".

         Już samą radość sprawiało mi słuchanie ZBUKA, który jest "tutejszy" i jestem z Niego dumna. Dziś jestem dumna podwójnie, bo w klipie ujrzałam bliskie mi miasto. Miasto, z którego ZBUKU pochodzi, a do którego ja często jeżdżę, bo jest to jedno z najbliższych miast.










          Z racji, iż ukazał się tam Prudnik, nie mogę nic złego powiedzieć o całym klipie. Raz, że nie wypada, a dwa, nie znam się na tym. Ważne, że ZBUKU pamięta o najważniejszych wartościach, miejscach i ludziach. Poza tym prawi w tym kawałku mądre słowa i warto z tego wyciągnąć coś dla siebie.

          Jeśli o przywiązaniu mowa, to wspomnę o długopisach. Niby zwyczajnych, bo rozdawanych dosłownie wszędzie, dodawanych do wszystkiego i dostępnych w każdym miejscu, jednak wyjątkowych, bo przywiezionych z daleka. Będąc na najpiękniejszym festiwalu życia zdobyłam trzy długopisy. Cieszyłam się nimi, pilnowałam ich jak oka w głowie. Przyszedł jednak czas, gdy długopisy się wypisały. Nie mam w zwyczaju trzymania nieprzydatnych już urządzeń, przedmiotów itp., więc postanowiłam je wyrzucić.

          Wyrzuciłam. Ale... najpierw zrobiłam im zdjęcie! Tak, to był jeden ze sposobów na utrwalenie wspomnień, które zapisały się w mojej pamięci. Może to śmieszne, ale jak już pisałam, jestem bardzo sentymentalną osobą. Nawet jeśli chodzi o te rzeczy, które już dawno powinnam z głowy wyrzucić.

          Wydaje mi się, że sentymentalizm nie jest niczym złym, jeśli oczywiście zachowane zostają granice zdrowego rozsądku i nie wygląda to tak jak w kawałku "Love forever" Słonia i Miksera.







          Wszystko z umiarem.
          Wszystko.









Anita. 



sobota, 31 stycznia 2015

Związki.

          Dziś będzie o związkach. Nie, nie tych partnerskich. Tych zawodowych.








          Żartowałam.
          Ze związkami zawodowymi mam tyle wspólnego co z Radio Maryja. Jeśli o związki partnerskie się rozchodzi, bacznie je obserwuję w swoim codziennym życiu i czasami się zastanawiam, jak głupi musi być człowiek, żeby dać sobą tak pomiatać. Ale do rzeczy...
Przedstawię pięć charakterystycznych typów facetów, którzy przechadzają się na co dzień przed moimi oczyma i są w związkach. W związkach z płcią piękną!




1. Pantoflarz
Najgorsze co może być, to ciągłe podporządkowywanie się partnerce i brak własnego zdania. Notoryczne odbieranie telefonów z tłumaczeniem, dlaczego nie odebrałem telefonu po drugim sygnale, tylko dopiero po drugim połączeniu. Taki typ faceta długo nie pociągnie. Meczu nie obejrzy, piwa się nie napije, z kolegami się nie spotka. A już nie wspomnę o spotkaniu z koleżankami, bo takowe pewnie też pantoflarze kiedyś mieli. Ten przypadek jest nie do uratowania.



2. Playboy
Taki typ faceta ciągle czaruje. W czterech literach ma to, że każdą laskę bałamuci w ten sam sposób. Ważne, że działa i żadna się nie dowie. Taki facet wśród olewających go kobiet nazywany jest pier*olonym czarusiem. Nie potrafi nic innego, jak tylko pokazywać jaki to on jest seksowny, uwodzicielski i może mieć każdą używając taniego chwytu: "Bolało jak spadłaś z nieba?". Radzę omijać szerokim łukiem, bądź na spotkanie z takim zabrać dobrze naostrzoną siekierę. Może się przydać.



3. Pracuś
Zero życia. Jakiegokolwiek. Praca, praca i praca. Własna firma, pół etatu w państwówce i jeszcze fuchy na wieczory. W weekendy z kolei społeczna praca u znajomych i rodziny, bo przecież się nie odmawia, nie wypada, tak nie można. Taki człowiek nawet nie ma czasu spisać tego wszystkiego w terminarzu, a co dopiero zjeść, czy spamiętać daty urodzin własnych dzieci, o ile zdążył je w ogóle spłodzić w tak przepełnionym pracą życiu. O tych wszystkich rzeczach do wykonania przypominają mu telefonicznie osoby, u których czeka na niego kolejna robota. Na starość na pewno będzie miał co wspominać.



4. Pedał
Taki typ faceta wiąże się z kobietą nieświadomą, albo niewidomą. Innego rozwiązania nie widzę. Ciągle poprawianie włosów, lakierowanie grzyweczki i nienagannie ułożony wokół szyi szaliczek to nieodłączne elementy życia pedała. Mężczyzną tego nazwać nie mogę. To wbrew wszystkiemu, wbrew światu. Ten typ obowiązkowo nosi rurki. Najlepiej pistacjowe, koralowe lub czerwone. Muszą być jeszcze bardziej kobiece niż są w rzeczywistości. Dłonie wypielęgnowane jak po wizycie w salonie kosmetycznym błyszczą się z daleka. I weź tu powiedz takiemu, żeby Ci koło w samochodzie wymienił, albo komin przeczyścił. Zabawne.



5. Próżniak
Zawsze ma czas, nie obchodzą go inni ludzie i sytuacja ekonomiczna w kraju. Żyje według zasady "To co masz zrobić jutro, zrób trzy dni później. Będziesz miał więcej wolnego". Zanim zbierze się do czegoś musi minąć pół dnia. Później stwierdza, że jest za późno i odkłada robotę na kolejną dobę. Jego stały tekst to "Nie mam wolnych mocy przerobowych". Na każdą prośbę znajduje wymówkę lub mówi, że nie potrafi czegoś zrobić, bo nie jest wykształcony w tej dziedzinie. Ulubione miejsce to kanapa, a ulubione przedmioty do trzymania w dłoni to pilot do telewizora i puszka piwa. Pożytek z takiego lenia żaden. Również radzę unikać.







          Faceci są tacy dumni, że posiadają jeden garnitur i jedną parę butów, pasujące do wszystkiego i na każdą okazję. Natomiast posiadają tyle odcieni, że my, kobiety, wcale nie mamy łatwo pakując się w związek. Ile to nerwów stracimy, póki rozpoznamy z jakim gadem mamy do czynienia. Moje drogie! Dużo obserwacji, mało działań i słów! W razie czego szybciej można będzie wyeliminować z gry niepotrzebnego gracza.










Anita.

piątek, 30 stycznia 2015

Kobiety na traktory!

          Jakiś tydzień temu miałam ogromne szczęście, jadąc do Opola autobusem prowadzonym przez kobietę. Ogólnie nie ufam kobietom za kierownicą, ale o tej Pani czytałam w gazecie wiele dobrego, więc postanowiłam od razu nie panikować.

          Jak się okazuje, prowadząca oprócz tego, że jest niesamowitym kierowcą, (tam, gdzie autobusy jadą 50km/h, Ona pomykała aż 70 km/h, przejeżdżała na późnych żółtych i nie przepuszczała innych samochodów przed siebie, w miejscach zanikania lewego pasa, pytała wcześniej czy ktoś wysiada w danym miejscu, jeśli nie, to omijała je szerokim łukiem, a w zasadzie mostem, żeby nie pakować się w centrum) jest też super ciepłą babką.











          Od wejścia do autobusu czuje się, że jedzie się z ciocią na wycieczkę. Pani Maria wita uśmiechem, bez względu na to, czy masz humor i cokolwiek Jej na wstępnie powiesz, czy też całkowicie Ją olejesz. Nie zachowuje się jak automat, który drukuje bilety, tylko z co drugą osobą zamieni kilka zdań, a jeśli usiądziesz zaraz za Nią, rozmowa trwa wieczność...

          Co do rozmowy, którą to pewna dziewczyna prowadziła z wspaniałym kierowcą płci żeńskiej...

          Pani Marysia opowiedziała całą historię tego, jak znalazła się w autobusie. Opowiadała o etapach zdobywania uprawnień i całej masie problemów, które spotykały ją w poprzedniej pracy (fizycznej).

          Mówiła o tym, jak kupiła działkę, własnoręcznie ją przekopała, a następnie zasadziła jabłka, zadbała o pomidory i jakieś kwiatki, których to nazwa wyleciała mi z głowy wraz z sobotnim kazaniem.

           "Kierowczyni" dała się poznać z jak najlepszej strony, w dodatku prawdziwej. Nie owijała w bawełnę, mówiła szczerze i od serca.

           Gdy opuszczałam autobus, nie mogłam się powstrzymać i pogratulowałam Jej świetnej jazdy. W dodatku dojechała do celu cztery minuty przed czasem, a to się zdarza jedynie nielicznym. Dołączyła więc do mojej listy TOP 5 KIEROWCÓW PKS.

           Morał? Kobiety na traktory.... tfuuuu.... Kobiety w autobusy!











Anita.

środa, 28 stycznia 2015

Katecheza.

          Nie, nie będzie tu treści religijnych. Nie tym razem. O katolickich uszach też nie teraz, choć to bardzo zabawne. Będzie o koncercie Luxtorpedy, który to mój kolega nazwał KATECHEZĄ. Bardzo mocno utkwiło mi to w głowie, oczywiście jako coś pozytywnego.

          Minionej soboty wybrałam się na Luxów. Przed każdym Ich koncertem odliczałam dni, skakałam z radości i słuchałam Ich kawałków. Tym razem było inaczej. Koncert był przełożony, więc mój zapał minął wraz z odejściem w cień pierwszego terminu koncertu, przypadającego na grudzień.









          Swoje zrobił też styczniowy czas, dla studentów przepełniony nauką. Przez chwilę przeszedł mi nawet przez głowę pomysł, żeby nie jechać na koncert, bo jeszcze trochę zaliczeń przede mną. Na szczęście pomysł ten wypadł mi szybko z głowy, a na koncercie bawiłam się bardzo dobrze.

         Ogólnie aura pogodowa nie sprzyjała, było zimno i mokro. Tego dnia byłam na nogach od 4:45 i ostatnią rzeczą, jaką chciało mi się robić, to skakać, śpiewać i się uśmiechać, udając, że jestem pełna energii. Niemniej jednak humor poprawił mi się w busie, gdzie uśmiałam się za wszystkie czasy. To znaczy za mniej więcej pół roku, czyli czas jaki minął od ostatnich koncertów, wtedy akurat tych Woodstockowych.









          Gdy tylko dojechaliśmy na miejsce, nie obyło się bez śmiesznych, niepotrzebnych wpadek, ale to pozostanie tajemnicą. Gdy udałam się do NCPP sprawdzić, czy wpuszczają już do środka ludzi, spotkałam się z dziwnym wzrokiem policjantów, siedzących w samochodzie na parkingu. Dopiero później zorientowałam się, że jestem w bluzce na ramiączkach, mamy styczeń, temperatura jest ujemna. No cóż... jak kto lubi Panowie Policjanci.

          Co do wydarzeń, jakie miały miejsce już w środku, to jestem mile zaskoczona Supportem. Zwykle oglądałam kapele, słuchałam ich, ale nigdy nie zostawały mi w głowie na dłużej, niż na czas, kiedy to były przed moimi oczami. Tym razem było inaczej. Mocno polubiłam zespół Cuba de Zoo. Taaaakk, taakkkk, przystojny wokalista zrobił swoje, ale tak czy siak, muzyka idealna.










         Nie obyło się bez punków, którzy przyszli, by porozlewać piwo na ludzi i zrobić trochę zamieszania, ale nie ma tego złego... była to dodatkowa rozrywka. Rozwalił mnie tylko widok kobiety w szpilkach, która próbowała wraz ze swoim partnerem tańczyć do muzyki supportu. Chyba pomyliła pani wydarzenia na facebooku...

         Miejsca w czasie koncertu zajmowałam przeróżne, na początku tyły, wraz z każdą kolejną godziną przemieszczałam się w prawą stronę i coraz bliżej przodu, (Pozdrawiam dziewczynę, która przyszła w idealnie nakręconych lokach niczym na bal maturalny, w które to ciągle wpadałam nosem i wąchałam jakże aromatyczny zapach lakieru do ich utrwalenia. Następnym razem wyproszę cię z sali, za zatruwanie powietrza. ) aż w końcu wylądowałam pod samą barierką. Nie byłabym sobą, gdybym się tam nie wcisnęła. Jednak warto być niewielkiego gabarytu.

       Luxtorpeda przywitała Nas pełnią energii i uśmiechami. Gdy zagrali Mambałagę, czułam się spełniona. Nawet jakoś przybyło mi sił, by wykrzyczeć: "Wyrzucam śmieci, to mi pomaga!". Tak właśnie działają na ludzi Luxy.




     




          W trakcie Katechezy usłyszałam m.in. "Robaki", "Za Wolność", "Wilki dwa" czy "Nieobecny nieznajomy". Głosy facetów są jak miód na uszy. Swoją drogą, lata lecą, a Oni wciąż w tak dobrej formie. Naprawdę podziwiam. Hans wygląda jak mój rówieśnik. Wspaniały widok!

        Teraz będzie coś, co potrafię najlepiej. Będę się chwaliła. Kilka razy uścisnęłam dłoń Drężmaka i Litzy. Dostałam Luxową kostkę i butelkę wody, którą jeszcze sekundę wcześniej pił Litza. Do domu wróciłam jako najszczęśliwsza osoba pod słońcem.  Czar minął już następnego dnia, ale do kolekcji wspomnień dodaję kolejne, fantastyczne, którego nigdy nie zapomnę.











Anita.

czwartek, 8 stycznia 2015

Ani słowa więcej.

          Dokładnie taki tytuł nosi obejrzany przeze mnie film. Wiem, wiem...  dużo ostatnio filmów, ale nic nie poradzę, że to właśnie one wpadają mi akurat pod rękę. A właściwie przed oczy...

          "Ani słowa więcej" to produkcja łącząca w sobie takie gatunki jak komedia, romans i dramat. Historia, która zostaje przedstawiona w tej ekranizacji jest dość zabawna, bo główna bohaterka Eva- masażystka udając się z przyjaciółmi na przyjęcie poznaje dwie fantastyczne osoby, z którymi wiąże swoje dalsze losy.

          Problem tkwi w tym, że Albert, z którym bohaterka postanawia zacząć się spotykać jest byłym mężem Marianne- kobiety, z którą Eva postanawia się zaprzyjaźnić.









          Cała sytuacja nabiera tempa i jest bardzo zagadkowa. Film jest emocjonujący i niesamowicie prawdziwy. Niektórzy twierdzą, że zrozumieć mogą go jedynie dojrzali odbiorcy. Po części się z tym zgodzę, niemniej jednak uważam, iż młodsi odbiorcy także "wyciągną" z filmu to, do dla nich ważne.

          W filmie ukazana zostaje niesamowita przyjaźń oraz swoboda w rodzinnych kontaktach. Na pierwszy plan wysuwają się najważniejsze życiowe wartości, często spychane przez nas na sam dół.

           To kolejna pozycja filmowa nadająca się na nudny, leniwy wieczór, czy popołudnie przy kawie z przyjaciółmi. Polecam serdecznie.












Anita.
       

wtorek, 6 stycznia 2015

"Zostań, jeśli kochasz" i tyle w temacie.

          Po wielu próbach obejrzenia filmu pt. "Zostań, jeśli kochasz", w końcu udało mi się to zrobić. To był dość spontaniczny ruch, ale jak widać maksymalnie wykorzystany, bo i powstanie krótka recenzja.

          Oczywiście film powstał w oparciu o książkę i wcale nie jestem bardzo do tyłu, bo jest to produkcja z sierpnia roku dwa tysiące czternastego. 

         Zdecydowanie film wymaga koncentracji i myślenia. Przez moment sama nie wiedziałam co się dzieje, bo pokazywane były sceny z różnych okresów życia bohaterki. Okazuje się jednak, że Mia Hall (główna bohaterka) po wypadku, w którym zginęli jej rodzice zostaje zawieszona przez jeden dzień między życiem, a śmiercią i musi podjąć decyzję (Och, jak ja tego nie lubię!), po której stronie stanie ostatecznie. 

         W tej adaptacji zderzyły się dwa światy muzyczne. Panna Hall- miłośniczka muzyki klasycznej staje w parze z młodzieńcem Adamem Wilde, miłośnikiem muzyki rockowej. 

         Gdy po siódmej minucie filmu usłyszałam jeden z moich ulubionych kawałków, wiedziałam, że film muszę obejrzeć do końca. Łącznie z napisami końcowymi. A co!












          Film jest mi bliski dlatego, iż mimo gatunku muzycznego, który lubię pokazuje także problemy młodych ludzi, z którymi mniej więcej sama się zmagałam, czy też nadal zmagam. 

         Historia pokazuje miłość i przyjaźń w różnych odsłonach, problemy niby błahe i oczywiste, jednak trudne do rozwiązania, decyzje, które nigdy nie są proste, porzucane marzenia na rzecz ważniejszych rzeczy, co boli najbardziej. W "Zostań, jeśli kochasz" przedstawiona jest także potęga korzystania z każdej chwili oraz umiejętność przyjmowania tego, co daje nam los.

        Jest to niewątpliwie film o radości przeplatającej się ze smutkiem, przez co łatwo rozmazać sobie tusz na rzęsach. Serdecznie go polecam, a na koniec zacytuję słowa jednej z bohaterek.







"Życie to jeden wielki, śmierdzący bajzel
i na tym polega jego piękno."













Anita.


poniedziałek, 5 stycznia 2015

Pięć rzeczy, których na pewno nie uda Ci się zrealizować w 2015 roku.

          Dla tych, którzy nie zauważyli, albo jeszcze nie wytrzeźwieli po hucznym celebrowaniu imienin Sylwestra, informuję, iż mamy rok dwa tysiące piętnasty.

         Niby nic znaczącego, bo zmienia się cyfra i nic poza tym, jednak wielu ludzi przypisuje temu wydarzeniu postanowienia, do których realizacji będą dążyć przez najbliższe dwanaście miesięcy. 

         Dwa lata temu także stworzyłam listę punktów "do odhaczenia", jednak do tej pory kilka z nich  widnieje na poskładanej w kostkę karteczce i w zasadzie nic poza tym. Na realizację tych ostatnich nie mam odwagi, pieniędzy, albo po prostu nie chce mi się ruszyć tyłka.
         
         W każdym razie wiem, że z takich postanowień niewiele wynika, także pragnę Ci przedstawić, czego nie uda Ci się w tym roku osiągnąć mimo chęci i wielkich starań.




1. NIE SCHUDNIESZ. 
To pewnie. Nie ma się co oszukiwać. I tak wracając z pracy/uczelni/szkoły wstąpisz do najbliższej knajpy fast food, aby zakupić, a następnie zjeść kebaba w ramach obiadu. Przecież nie wytrzymasz czekania o głodzie w korku, a już na pewno nie będzie Ci się chciało przygotowywać zdrowego posiłku po godzinie 18:00, kiedy padasz na twarz. Znając życie nie pogardzisz także browarkiem na dobre trawienie lub wtedy, kiedy kumpel zaproponuje weekendowe piwko, dwa, ewentualnie siedem. 






2. NIE ODSTAWISZ INTERNETU NA RZECZ REALNYCH KONTAKTÓW. 
Wraz z postępem technologii nie ma w ogóle takiej możliwości, że wychodząc z domu zostawiasz laptop, tablet czy telefon schowany pod łóżkiem czy głęboko w szafie. Co zrobisz gdy w towarzystwie każdy wyciągnie swoje urządzenie i będzie wpatrzony w nie jak w obrazek, lajkując kolejne zdjęcie spożywanego przez Was jedzenia? Zaczniesz rozmawiać? Bardzo śmieszne. Chyba sam ze sobą.






3. NIE UPOMNISZ SIĘ O PODWYŻKĘ.
Obiecanki cacanki, ale w tym roku także zabraknie Ci odwagi, by upomnieć się o to, co Ci się należy. Nie zrobisz tego, bo przestraszysz się utraty obecnego stanowiska, albo będzie Ci wstyd przed kolegami, kiedy wyjdziesz z gabinetu szefa z kwaśną miną. Myślę, że najlepiej będzie jeśli poczekasz do przyszłego miesiąca, albo nawet roku. Wtedy na pewno nie wiadomo skąd pojawi się w Tobie duch walki o swoje. Ha ha, dobre mi sobie.









4. NIE RZUCISZ PALENIA.
Udaje się to nielicznym. Nie myśl, że trafisz do ich grona. Jeśli chciałbyś rzucić palenie, zrobiłbyś to już dawno, a nie czekał na Nowy Rok i bezsensowne postanowienia. Pewnie, że łatwiej jest postawić sobie konkretną datę wcielenia w życie nowej zasady, natomiast wiem, że bardziej efektywne będzie stanowcze i systematyczne odchodzenie od nałogu, czego Ty nie jesteś w stanie podjąć, bo jesteś tchórzem. Wciąż preferujesz zasadę "gimbusów": Albo grubo, albo wcale. No to niech będzie gruby i czerwony... rak, którego w sobie hodujesz.









5. NIE SPOTKASZ SIĘ ZE STARYMI ZNAJOMYMI.
To oczywiste. Nie ważne czy spotkanie zaplanujesz na początku roku, czy też tuż przed planowaną datą wydarzenia. Nigdy nie przyjadą wszyscy, część ze znajomych Cię nie lubi, z kolejną częścią nie masz wspólnych tematów do rozmów, a jeszcze kolejna część od klasowego spotkania woli wakacje w Grecji w pięciogwiazdkowym hotelu. Nie masz się po co starać. I tak Cię oleją.
















Mam nadzieję, że powyższe przemyślenia bardziej zmotywowały, niż pozbawiły chęci pracy nad sobą. Trzymam kciuki za Twoją przemianę, bez względu na to, czego ona dotyczy. Nad sobą również postaram się pracować.








Anita.

środa, 31 grudnia 2014

Niby Sylwester, a jednak Blue Valentine.

          Nie jestem fanką filmów, nie podążam za nowościami, a film "Blue Valentine" trafił przed moje oczy przypadkowo. Dobrze się stało.

          Jest to amerykański melodramat z elementami erotyki, który swoją premierę miał w 2010 roku.

          Te niecałe dwie godziny przedstawiają historię rozpadającego się małżeństwa. Sytuacja została przedstawiona bardzo łagodnie, namiętnie i z klasą.

          Bardzo podobały mi się wstawki z lat młodości głównych bohaterów, kiedy to zostało pokazane zakochiwanie się, szalone przygody czy ślub dwojga młodych ludzi w momencie, kiedy to blond bohaterka jest w ciąży z partnerem z poprzedniego związku.

          Nie byłabym sobą, gdybym nie wyłapała w filmie dobrej muzyki. W tej się bezwarunkowo zakochałam....











          Film jest bardzo lekki, przyjemnie się go ogląda. Polecam na nudny, pochmurny dzień bądź oczywiście wieczór, kiedy to można zwinąć się w naleśnika i wytężyć swoje ślepia w stronę ekranu komputera. 












Nadejście Nowego Roku nie jest dla mnie kończącym się kolejnym etapem, więc nie specjalnie widzę sens celebrowania go. Ale jak już mamy sobie składać życzenia, to życzyłabym sobie większej ilości pomysłów na tego bloga. Aaaaa, zapomniałabym o Tobie. Tobie też wszystkiego dobrego i wpadaj tu częściej!







Anita.

środa, 24 grudnia 2014

Przygoda, Prawda, Prostota. "Zwierzenia kontestatora".

     Jakiś czas temu ogromnie zafascynowała mnie książka pt. "Zwierzenia kontestatora". O jaka byłam szczęśliwa, kiedy niedługo potem wygrałam ją w jednym z internetowych konkursów. Niecierpliwie oczekiwałam listonosza. Nie na darmo czekałam...

     "Zwierzenia" przemówiły do mnie już samą okładką. ("Nie oceniaj książki po okładce." Tak, tak, wiem.)  Książka jest prosta, wydana bardzo nowocześnie (uwielbiam nowe wydania), a z oczu Marka Piekarczyka widniejącego na okładce z daleka przemawia prawda.

     Prawda zostaje przedstawiona także wewnątrz tej wspaniałej lektury. Z każdą kolejną stroną zostaje Nam- czytelnikom uchylony rąbek tajemnicy życia jednego z najważniejszych polskich artystów ostatnich trzydziestu pięciu lat.








     Nie lubię historii, ale ta, przedstawiona między wierszami w owej książce  dobitnie trafiła do mojej głowy. Leszek Gnoiński, który przeprowadził rozmowę z Markiem Piekarczykiem (Ogromny szacunek, świetna robota!) pytał rockmana o Jego idoli, o wyprowadzkę z rodzinnego domu, o problemy z Milicją Obywatelską, o wszystkie przygody, które spotkały muzyka w Jego dotychczasowych latach życia, o wzloty i upadki, pierwsze miłości, dzieci.


     Postać Marka Piekarczyka była mi znana, lecz dopiero w jednym z muzycznych programów miałam okazję przyjrzeć Mu się bardziej. Wyróżniał się na tle pozostałych trenerów i bardzo się cieszyłam, gdy wybierano właśnie Jego. Może trochę ze względu na rodzaj wykonywanej przez Niego muzyki. Jest mi po prostu bliska i chciałabym widzieć więcej ludzi wykonujących taką muzykę.










     Wokalista TSA jest męski, uczciwy i bardzo szczery w każdym słowie, jakie prezentuje w swojej Autobiografii. Przedstawia niesamowite przygody, których prawdziwie mogę Mu pozazdrościć. Dziś mało kto miałby odwagę walczyć o marzenia. Sama nie odważyłabym się na siedemdziesiąt procent decyzji, jakie podjął "Piekar". Honor brał górę w każdym Jego działaniu. Zarówno tym bardziej, jak i mniej przemyślanym.

      Autsajder jest naturalny i życzliwy, przez co można się z Nim mentalnie zaprzyjaźnić już po kilku stronach "Zwierzeń". Każda intrygująca informacja poparta jest zdjęciami. Znajdujemy zarówno te czarno białe, jak i w kolorze. Na końcu książki odnajdujemy niepublikowane teksty piosenek i wiersze. Nie muszę dodawać, że co dziesiątą stronę zaciągałam się zapachem książki. Takie zboczenie czytelnika.




     Bez względu na wszystko Marka Piekarczyka będę ceniła za dobroć, mądrość, której nauczyło Go życie i którą przekazuje światu, wrażliwość z jaką odbiera wszystko dookoła oraz długie włosy, za którymi szaleję. Natomiast "Zwierzenia kontestatora" polecam wszystkim. Każdy wyciągnie z tej obszernej lektury coś bliskiego swemu sercu.














Anita.

niedziela, 21 grudnia 2014

Deyacoda, czyli ciut mocniej niż lubię.

      Dwa dni temu stałam się posiadaczką EPki Deyacody. Szczerze pisząc, była mi to kapela nieznana. Ale to nie znaczy, że miałam odłożyć płytę na półkę i od czasu do czasu ścierać z niej kurz.

     Odpaliłam płytę i przesłuchałam ją kilka razy. Na początku, jak to bywa z dobrymi produkcjami, muzyka nie przypadła mi do gustu. Na szczęście z każdym kolejnym odpaleniem płyty, słuchało mi się jej coraz lepiej.

     Zapoznałam się także z historią oraz składem zespołu. Nie ukrywam, iż Deyacodę tworzą bardzo przystojni mężczyźni. Choć grają od 2006 roku, jestem pewna, iż rzeszę fanek zdobyli w pięć minut.

     Deyacoda EP liczy cztery kawałki o mocnym brzmieniu. Ciut za mocnym jak na moje ucho, ale dźwięki całkiem gładko trafiały tam gdzie trzeba. Najbardziej spodobał mi się kawałek "Falling Down".













     Jeśli chodzi o oprawę płyty, jest taka jaką lubię. Zachęca prostotą, a nie świecidełkami i innymi pierdołami. Jest też nieco mroczna, co bardzo dobrze komponuje się z muzyką, jaką wykonuje przytoczony w tym poście zespół. Metal i hard rock w klasycznym wydaniu.


     Nie ma w tej płycie nic, coby mnie szczególnie urzekło, niemniej jednak uważam, iż warto taką płytę posiadać w swoim zbiorze, szczególnie, gdy jest się fanem zespołu, wybijającego się z tłumu kapel o mocnym brzmieniu.





















Anita.







   

"Last Christmas I gave you my heart..."

    czyli rzeczy, bez których nie istniałyby święta.




     Bo bo tak szczerze, każdy z Nas zwraca uwagę na charakterystyczne rzeczy, które nadają grudniowi klimatu i po prostu tworzą Święta. Ja również posiadam listę takich czynników.

     Wbrew pozorom, nie są to wykwintne, przypisane tylko Świętom potrawy, które przygotowuje moja mama. W Święta żywię się tylko rybą (gotowaną) i słodyczami. Co roku gwałtownie spada mi waga. Nie mam powodów do radości.

     Nie są to także ciepłe chwile spędzane w gronie najbliższych. Zazwyczaj coś idzie nie tak i już po chwili ktoś strzela fochami.

     Nie są to też prezenty. Zwykle jestem niezadowolona i kończy się to smutkiem po mojej i  Świętego Mikołaja stronie.

     Nie jest to także koniec adwentu, z którego cieszą się wierzące osoby lubiące dobrą zabawę. Wtedy mogą "legalnie", "bez grzechu" udać się na dyskotekę. W adwencie huczne zabawy i obżarstwo nie są wskazane. Szczególnie, gdy ktoś tak sobie postanowi.












     Na moje święta składa się przede wszystkim Kevin.Tak, mam prawie dwadzieścia lat, a wciąż oglądam Kevina ukazując emocje jak wtedy, gdy moim oczom ukazał się po raz pierwszy. Trochę mi smutno, że co roku emitują go coraz szybciej, ale dzięki temu moje Święta zaczynają się wcześniej.

     Mandarynki. O takkk! Z tego co mi opowiadają, dawniej świąteczny rarytas. Niech i tak zostanie. Latem nie sięgam po ten owoc, bo szczerze mandarynka do lata mi nie pasuje. Ale w grudniu to co innego. Kiedy po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuje się ten zapach, aż chce się zaśpiewać: "Last Christmasss...!"

     A jak już jesteśmy przy znanym wszystkim utworze zespołu Wham, to warto wspomnieć o wszystkich świątecznych songach, które osobiście kocham. Zdarza mi się włączyć taką piosenkę latem, ale nie oszukujmy się, to nie to samo co przed Świętami prosto z głośników radia. W tym roku Radio ZET Gold serwuje świąteczne utwory, pastorałki i obcojęzyczne kolędy praktycznie non stop. Jestem tak bardzo uradowana!

     Święta kojarzą mi się z tłumem ludzi, który od samego rana w Wigilijny Dzień przedziera się przez mój dom. Tak, moja mama na urodziny dwudziestego czwartego grudnia i od rana przychodzą do Niej goście. Niby wesoło, ale jednak wszystko na wariackich papierach i w biegu nakrywanie do kolacji.

     Ostatnią rzeczą, bez której nie wyobrażam sobie Świąt Bożego Narodzenia, to śpiewanie w kościele kolęd przy akompaniamencie organisty, jednocześnie mojego sąsiada. Nikt nie gra i nie śpiewa tak jak On. Jest prosto, klimatycznie i smacznie. Tak jak lubię.













     Myślę, że każdy z Nas ma pewien (nie chcę pisać, że utarty, ale chyba jednak) schemat Świąt i choćby chciał, to nie usunie go z głowy.

     Minusem jest to, że od kilku lat brakuje śniegu. Ale jako, że jestem osobą ciepłolubną, aż tak strasznie nie ubolewam, i wystarczy mi tych pięć rzeczy, które przytoczyłam wyżej, aby odhaczyć Święta 2014.







     Życzę Wszystkim dużo radości i energii. Aby te Święta były dobre pod każdym względem.



















Anita.


niedziela, 30 listopada 2014

Bezsenność.

     Choć to przypadłość, na którą cierpi się nie z własnej woli, ja właśnie dziś postanowiłam, że będę miała problem ze snem.

     I nie chodzi tu wcale o okazję, jaką są Andrzejki. Po prostu mam kiepski nastrój i chcę w nim trochę potrwać.

     Zrobiłam sobie nocny spacer w mroźniej atmosferze. Wypatrywałam wilków z Watahy, ale niestety w koło mogłam zaobserwować jedynie kołyszące się, nagie gałęzie drzew.



     Teraz śpiewam pod nosem odpoczywając w swoich czterech kątach.
   
     Polubiłam tą bezsenność.













     P.S. Proszę, wylej mi na łeb kubeł zimnej wody. Nie, to żadne Ice Bucket Challenge. Zwyczajnie potrzebuję oprzytomnieć.















Anita.

sobota, 29 listopada 2014

Wataha- hit czy kit?

     Absolutny hit!

     Jestem  świeżo po "machnięciu" całego sezonu. I choć początkowo komentarze znajomych nie zachęciły mnie nawet do poczytania o fabule serialu, skusiłam się zerknąć na pierwszy odcinek. Skończyłam na szóstym i jestem gotowa obejrzeć to wszystko jeszcze raz.

     Przede wszystkim jestem zadowolona z tego, iż grają tam polscy aktorzy. Uwielbiam taką obsadę, mimo, iż nie wystąpił tam nikt z moich ulubionych osób grających. Wiem jednak, że od teraz grupa ulubieńców wzrośnie o kilka nazwisk.

     Cudowne jest to, że serial trzyma cały czas w napięciu. Nie da się spokojnie leżeć i oglądać tej produkcji jak zwykłego serialiku z komercyjnej stacji telewizyjnej. Człowiek wpatruje się w monitor w poszukiwaniu coraz to nowych elementów układanki i chce całą akcję przeżywać razem z bohaterami.





     Bardzo polubiłam postać Rebrowa i nawet zaczęłam mu współczuć. To niesamowite, jak kilkadziesiąt minut x6 może zawładnąć Twoimi emocjami.

     Nie na darmo do obejrzenia Watahy wybrałam godziny nocne. Nikt nie przeszkadza, można się w pełni skupić i zrozumieć, a przynajmniej starać się zrozumieć fabułę. To nie jest zwykły serial....

     ...to niezwykły serial, który po części staje się czymś fantastycznym, a jednocześnie momentami strasznym jak horror. Oczywiście raziły po oczach wilki i niedźwiedzie, które były podobne do tych, jakie rysuję sobie w Paint'cie, ale jestem w stanie przymknąć oko na taki szczególik.

     Jestem zachwycona faktem, iż serial był kręcony w Bieszczadach. Kocham góry, a Bieszczady to jedno z miejsc, jakie chciałabym kiedyś odwiedzić.

    Jestem gotowa przyznać tej produkcji najwyższą ocenę i stwierdzić, że produkcja ta jest dobra, bo jest polska.




     Niecierpliwie czekam na kolejne sezony!













Anita.

sobota, 15 listopada 2014

Hej słonko.

     O ile dobrze pamiętam, wtorek.

     Mając mnóstwo czasu do odjazdu "limuzyny pekaesowskiej" podążam żółwim tempem w stronę tętniącej życiem części Opola. Oczywiście w uszach słuchawki, pod nosem podśpiewywanie. Każdy napotkany kamyczek kopnę trzy razy, zatrzymam się przy pierwszej lepszej fontannie, to znów idąc obrócę się uśmiechając do nieba, mimo, iż jestem chora i ostatnie dni nie należały do przyjemnych.

     Lubię taki nastrój. Ciemno, klimatycznie, nastrojowo. Spokojnie.

     Mijam jeden przystanek, to znów drugi. Jeszcze mam kilkadziesiąt metrów prostej. Cieszę się, bo lubię chodzić.

     Z daleka widzę, że przy przejściu, które przyjdzie mi za chwilę przekroczyć pali się czerwone światło. Zwalniam zatem jeszcze bardziej. Nawet wydaje mi się, że ludzie wokół mnie pędzą z prędkością światła.

     Nagle zatrzymuje mnie jakiś Pan.


P.- Pan
J.- Ja


P.-"Hej słonko! Przepraszam. Nie będę ściemniał, brakuje mi 80 gr do browara."

     Co za szczery człowiek- pomyślałam.

     Co w takim momencie robi statystyczny Polak? Udaje, że nie słyszy i gna do przodu, albo zaczyna ściemniać. Jako, iż pójście sobie do przodu wyglądałoby jak ucieczka, wybrałam nieświadomie opcję drugą.

J.- "Niestety nie mogę Panu pomóc. Sama idę właśnie na autobus i mam wyliczone  na bilet. Poza tym jestem chora (tu akurat powiedziałam prawdę, ledwo mówiłam) i mam na co wydać posiadane pieniądze."

     Wtedy ku mojemu zdziwieniu mężczyzna powiedział:

P.-" Rozumiem. Życzę Pani wszystkiego dobrego. I dużo zdrowia! Do widzenia!


     Odwzajemniłam miłe i mam nadzieję szczere słowo, po czym z opadniętą szczęką obrałam pierwotny kierunek.










     O napotkanym Panu myślałam jeszcze przez kilka dobrych dni. Nie wyglądał na alkoholika. Nie było czuć od niego procentowymi trunkami ani innymi przykrymi zapachami. Miał kulę, ale radził sobie z chodzeniem. Był schludnie ubrany, na głowie miał czapkę z daszkiem. Jedynie siwa broda dała znać o jego doświadczeniu. Naprawdę dziwne...





     Kilka tygodni później idąc tym samym tempem, tą samą drogą, w podobnym nastroju, mijając te same przystanki dostrzegam na ławeczce jednego z nich właśnie tego Pana. Zdradziła Go kula i czapka. Choć było ciemno, widziałam bardzo dokładnie. Zrobiło mi się smutno. Spał na siedząco pochylając głowę w stronę "ściany" przystanku. Miałam wyrzuty sumienia, że tamtego dnia nie podarowałam mu tej "złotówki". Może On jest bezdomny i niekoniecznie chciał wtedy na alkohol? Może chciał coś zjeść? ...










Mimo smutku jaki mi wtedy towarzyszył, po dziś dzień mijając miejsce naszego pierwszego spotkania mówię sobie:  "Hej słonko". To takie miłe.












Anita.


Cieszę się ich szczęściem.

     Sobotnie popołudnie. Zabijając wolny czas powstały wskutek oczekiwania na brata pobierającego akuratnie korepetycje z matematyki, siedzę w czarnej strzale zaparkowanej w centrum pewnego miasta.

     Będąc przyzwyczajoną do prowadzenia tego jakże koczowniczego trybu życia, zawsze mam przy sobie materiały, którymi mogę uraczyć swoją mózgownicę. Tym razem był to zeszyt do gramatyki ze świeżymi notatkami, które wypadałoby przyswoić na pierwszy dzień nowego tygodnia.
   
     Chcąc mieć wolny wieczór postanowiłam, że wezmę się za to natychmiast, by nie zmarnować żadnej minuty siedząc w samochodzie.
   
     Słońce prażyło konkretnie z każdej strony, okna były maksymalnie uchylone, a czarne pokrowce na siedzeniach bardzo mocno nagrzane. Jak przystało na mnie, zaczęłam w duchu marudzić, że za gorąco, ale po chwili wysoka temperatura nie była już żadnym problemem.

     -A, Ał, B, Bi, C, Ć, Ći, - raz po raz powtarzam alfabet, który postawiłam pierwszy na tapetę.
Nieee, spokojnie! Alfabet znam, tu chodzi o alfabet fonetyczny, który musiałam się "naumieć", by reszta gramatycznej wiedzy wchodziła pod skórę mej głowy jak z płatka.

     Powtarzając na głos kolejne litery alfabetu rozglądam się w koło w poszukiwaniu ciekawych zjawisk. Oooo! Jakiś pan siedząc na balkonie spala papierosa i bacznie mi się przygląda. Czyżby było mnie słychać te dziesięć metrów dalej? No trudno, najwyżej pouczy się pan alfabetu razem ze mną.
   
     Po raz tysięczny wypowiadam na głos pierwszą część alfabetu zapisaną na jednej ze stron zeszytu i zerkam sobie w lusterka. Raz w prawe, raz w lewe, raz we wsteczne. Tak, tam też czasem zerkam, nawet na postoju i wcale nie po to, żeby nałożyć równomiernie szminkę na usta.

     Zauważam po chwili mężczyznę w białej koszulce typu t-shirt, który krąży od chodnika do chodnika, rozglądając się dookoła. Na początku myślałam, że to mieszkaniec tego miasta spaceruje w tak piękną pogodę i podziwia uroki zabytkowych budynków zlokalizowanych w centrum.

      Po chwili jednak dało się we znaki, że owy mężczyzna czegoś/ kogoś szuka. Gdybym chociaż wiedziała kogo/ czego to mogłabym mu pomóc. Szczególnie, że siedziałam w samochodzie już prawie od godziny i sama zdążyłam prześwietlić wzrokiem okolicę.

     Nie chcąc się narzucać skupiłam się na notatkach, póki mojej uwagi nie oderwał samochód parkujący na przeciwko. Za kierownicą siedziała kobieta, która szybko opuściła pojazd i pognała w stronę mojej lewej. Wtedy też facet błądzący od jakiegoś czasu po rynku zaczął kroczyć w jej stronę wykrzykując: "Kaśkaa!"

     Patrzę na niego, patrzę na nią. On przyspiesza, ona jeszcze bardziej w ogóle nie reagując na wykrzyczane przez mężczyznę imię. Myślę sobie, kolo faktycznie musiał ją z kimś pomylić. Zanurzam więc głowę w gramatyce.

     - A, Ał, B, Bi, C, Ć, Ći... - znów powtarzam to samo.
Gdy podnoszę głowę, mym oczom ukazuje się "para" wyraźnie kłócąca się przed samochodem, zaparkowanym na przeciwko. Jako, iż dzieliły nas niecałe 3 metry, ich wrzaski były dostatecznie dobrze słyszane.

      Po pierwszych słowach, które młodzi wymienili między sobą, stwierdziłam, że byłby z tego dobry scenariusz do filmu, ale post na bloga też można by napisać. I tak oto odłożyłam gramatykę w ciemny kąt, a do ręki wzięłam notes i długopis. W miarę możliwości notowałam to, co usłyszałam.

K.- kobieta
M.- mężczyzna


K.- Nieee! Ja jada do domu!
M.- Aniołku, proszę! Wcale Cię nie zdradziłem!
K.- ...
M.- Urwa mać! Kaśka!


     Robi się coraz ciekawiej. Nasłuchuję więc dalej.


M.- Nie masz prawa mnie tak osądzać!
K.- Nigdzie nie jada! Chcesz jedz som!



      Ruch na rynku coraz większy, przez co niektóre fragmenty rozmów nie były przeze mnie słyszane. Mimo to notowałam co się dało.


K.- Nie, powiedziałam nie! Co Ty myślisz, że jak zrobisz maślane oczy, to to na mnie działa?!
M.- Kotek, proszę...
K.- Proszę bardzo! Pojadę z Wami na mecz i Twoi koledzy znów będą się śmiali?
M.- Nie, nie pojedziemy na mecz. Proszę, chodź do domu!
K.- Znowu mi powiedzą, że ćpałeś...


     Kobieta wyraźnie przechodzi ze stanu wściekłości w głęboki smutek. Siada za kierownicę, lecz mężczyzna zabiera jej kluczyki. Rozmowa wciąż się toczy:


M.- Żebym był głupi czy coś, ale nie rób ze mnie debila. Żebym poszedł na kure*stwo czy coś, ale nic nie zrobiłem! Kaśka, no chodź do domu!
K.- Nigdzie nie idę!

   
     I tak para raz rzuca w siebie obelgami, raz w ciszy zamienia się miejscami i udaje zamyślonych. Nagle nadchodzą posiłki.

      Tuż obok Nivy niepozornie parkują samochód dwaj młodzi mężczyźni. Po tym, iż od razu zaczęli dorzucać swoje pięć groszy do rozmowy między parą, można wnioskować, iż to Ci mężczyźni, o których pretensje miała niejaka Katarzyna we wcześniejszej części kłótni.

      Sytuacja wygląda dość śmiesznie, choć sama sprawa jest poważna. W końcu chodzi tu o związek.

      Z czasem zrobiło mi się głupio. No i przede wszystkim gorąco. Chciałam uchylić drzwi, ale cała akcja toczyła się tuż przed maską mojego samochodu. Stwierdziłam: "Wytrzymam!".

      Dusząc się w jakże wiosennej aurze tej jesieni, powracam do gramatyki. I tak oto w końcu po upływie kilkudziesięciu minut akcja dobiega końca. W pierwszej kolejności odjeżdża kobieta, następnie jej facet wraz z kolegami.

      Na rynku robi się cicho, spokojnie. Słońce szykuje się do zajścia, a ja do odjazdu.

      Wciąż mnie zastanawia, czy sprawa tej pary się wyjaśniła... W pewnym sensie czuję się z nimi powiązana. I wcale nie chodzi o to, iż kobieta przyjechała Volkswagenem Polo, a akurat do tej marki mam specjalne podejście. Chodzi głównie o to, że byłam świadkiem kłótni i w czasie tej godziny poznałam połowę ich życia.











     EDIT.:
     Para wygląda na szczęśliwą. Tydzień później w tym samym miejscu, o tej samej godzinie młodzi gruchali sobie w najlepsze. Cieszę się ich szczęściem.




















Anita.