... i wcale nie chodzi tu o powstrzymywanie się od czegoś, choć wypadałoby z okazji obecnego okresu.
Czas na krótki post filmowy.
Długo zastanawiałam się, czy warto pisać coś o filmie pt. "Ida". Niby od momentu premiery (rok 2013) do dziś zbiera on nagrody i nominacje, jednak dla mnie szału nie zrobił.
To po prostu dobry film. Przyjemnie się go ogląda, jednak nie wzbudza on wielkich, niecodziennych emocji jak np. Stay czy Miasto 44, o którym to już pisałam.
Fabuła jest po prostu ciekawa. Plus dla Agaty Kuleszy za świetne odegranie roli Wandy Gruz. Właściwa osoba na właściwym miejscu.
Czy polecam? Jasne. Myślę, że warto znać filmy o których trąbi cały świat.
Anita.
sobota, 21 lutego 2015
środa, 11 lutego 2015
Walę tynki, czyli kolejny remont.
Tak, walę tynki. Co roku. A że znów zbliża się ten ohydny dzień, jakim jest czternasty luty, czas na kolejny remont.
Dlaczego nie lubię Walentynek? Nie jestem romantyczna, nie jarają mnie kwiatki, ozdóbki, a już w szczególności serduszka, na widok których rzygam tęczą. Nie lubię okazywania uczyć na pokaz oraz sztucznych tłumów w kawiarniach, kinach, restauracjach czy na ulicach.
W tym roku mam to szczęście, że czternasty luty przypada na czas mojego pobytu w domu, co sprawia, że jestem bezpieczna. Bezpieczna o tej całej ulicznej komercji. Najważniejsze to zachować spokój i z dumą przesiedzieć ten dzień w czterech ścianach. Przesiedzieć przed kompem z kubkiem dobrej herbaty.
Dlaczego nie lubię Walentynek? Nie jestem romantyczna, nie jarają mnie kwiatki, ozdóbki, a już w szczególności serduszka, na widok których rzygam tęczą. Nie lubię okazywania uczyć na pokaz oraz sztucznych tłumów w kawiarniach, kinach, restauracjach czy na ulicach.
W tym roku mam to szczęście, że czternasty luty przypada na czas mojego pobytu w domu, co sprawia, że jestem bezpieczna. Bezpieczna o tej całej ulicznej komercji. Najważniejsze to zachować spokój i z dumą przesiedzieć ten dzień w czterech ścianach. Przesiedzieć przed kompem z kubkiem dobrej herbaty.
Jak spędzić nielubiane przez siebie Walentynki?
1. Wyśpij się. Nic nie da Ci tak dobrego nastroju jak porządne osiem godzin snu. Najlepiej do samego południa, żeby pół dnia mieć już z grzywki.
2. Włącz YouTube. Nie od dziś wiadomo, że jeden obejrzany filmik przeradza się w kilkugodzinną podróż po otchłani tegoż serwisu internetowego.
3. Połóż się wcześniej spać. Skoro i tak nie zrobiłeś nic pożytecznego, nic tu po Tobie. Lepiej, by nadeszło jutro.
Mój sposób na Walentynki jest prosty, sprawdzony i skuteczny, bo corocznie praktykowany. Dla tych, którzy preferują coś bardziej wyjątkowego (w końcu to ponoć wyjątkowy dzień), polecam obejrzeć filmik Lisiego Piekła, gdzie Paulina prezentuje kilka nietuzinkowych sposobów na spędzenie tych dwudziestu czterech godzin.
W internecie krąży mnóstwo opinii na temat Walentynek. Jedni je kochają, inni nienawidzą. Zwykle nienawidzą z konkretnych powodów. I tak oto przedstawiam filmik Marzenki,który osobiście uwielbiam i prawie pod wszystkim co mówi, podpisuję się rękoma, nogami i czym tam jeszcze można się podpisać.
Mam nadzieję, że Ci, którzy szczęśliwie odliczali dni do Walentynek, nie będą mi w żaden sposób zachodzić drogi, bowiem nie ręczę za swoje czyny. Jak to Marzenka wspomniała, to tylko jeden gó*niany dzień. Szkoda byłoby, gdyby komuś coś się stało z racji takiej, a nie innej daty w kalendarzu.
Anita.
P.S. Na dole zamieszczona jest sonda. Możesz oddać anonimowy głos.
sobota, 7 lutego 2015
Z reguły preferuję wieś, ale to miasto urzekło mnie bardzo mocno.
Odhaczając kolejne filmy z mojej listy MUST SEE, natrafiłam na pozycję "Miasto 44". Nie zastanawiając się długo odpaliłam film. Rzadko mogę to powiedzieć, ale... dobrze zrobiłam!
Nie lubię historii. Nawet bardzo jej nie lubię, ale tutaj nie skupiałam się na przedstawianych faktach, a raczej na wszystkim poza nimi. Głównie zwracałam uwagę na bohaterów, którymi są młodzi ludzie, mniej więcej w moim wieku. Podziwiałam ich zachowanie i odwagę.
Niesamowite jest to, że młodzież, która walczy o swoje marzenia i honor dobrze znając rzeczywistość i możliwości, jednocześnie wykorzystuje każdą wolną chwilę, by cieszyć się życiem i okazać uśmiech drugiej osobie.
"Miasto 44" pokazuje co to prawdziwa miłość, przyjaźń, braterstwo, oddanie za ojczyznę, zaufanie. Pomaga także dogłębnie zrozumieć słowo patriotyzm.
Przez cały film czuje się napięcie, a niektóre sceny są rodem z horroru. Lejąca się krew i otwarte rany powodują wzdrygnięcie się.
Emocje jakie towarzyszyły mi przy oglądaniu tej pozycji, były niemalże identyczne jak wtedy, gdy czytałam "Chłopców z Placu Broni". Swoją drogą, to najlepsza książka jaką kiedykolwiek przeczytałam.
Wydaje mi się, że tego typu produkcje filmowe powinien obejrzeć każdy Polak. Każdorazowo będzie to drobne uzupełnienie wiedzy dotyczącej samego Powstania Warszawskiego, jak i historii naszego kraju.
Anita.
Nie lubię historii. Nawet bardzo jej nie lubię, ale tutaj nie skupiałam się na przedstawianych faktach, a raczej na wszystkim poza nimi. Głównie zwracałam uwagę na bohaterów, którymi są młodzi ludzie, mniej więcej w moim wieku. Podziwiałam ich zachowanie i odwagę.
Niesamowite jest to, że młodzież, która walczy o swoje marzenia i honor dobrze znając rzeczywistość i możliwości, jednocześnie wykorzystuje każdą wolną chwilę, by cieszyć się życiem i okazać uśmiech drugiej osobie.
"Miasto 44" pokazuje co to prawdziwa miłość, przyjaźń, braterstwo, oddanie za ojczyznę, zaufanie. Pomaga także dogłębnie zrozumieć słowo patriotyzm.
Przez cały film czuje się napięcie, a niektóre sceny są rodem z horroru. Lejąca się krew i otwarte rany powodują wzdrygnięcie się.
Emocje jakie towarzyszyły mi przy oglądaniu tej pozycji, były niemalże identyczne jak wtedy, gdy czytałam "Chłopców z Placu Broni". Swoją drogą, to najlepsza książka jaką kiedykolwiek przeczytałam.
Wydaje mi się, że tego typu produkcje filmowe powinien obejrzeć każdy Polak. Każdorazowo będzie to drobne uzupełnienie wiedzy dotyczącej samego Powstania Warszawskiego, jak i historii naszego kraju.
Anita.
piątek, 6 lutego 2015
Recepta na szybką poprawę humoru.
Nie oszukujmy się. Zimowa aura nie sprzyja nastojom. Jeśli zdarzy się ktoś, kto chodzi z uśmiechem od ucha do ucha na swojej twarzy, to znaczy, że wygrał w totolotka, ukatrupił teściową lub jego partner zgodził się na wieczorne wyjście do baru z kumplami.
Jeśli jednak żadna z powyższych rzeczy Cię nie dotyczy, znaczy, że prędzej czy później będziesz potrzebował poprawić sobie humor, bo ten, który jeszcze przez chwilę się Ciebie trzyma, zostanie zepsuty.
Pragnę przedstawić Ci moją receptę na poprawę humoru. Jest prosta i wredna tak jak ja. Radzę podchodzić do niej z dystansem. Tak jak do mnie.
1. Dokop komuś!
Nic nie daje tyle radochy, jak dowalenie komuś dwóch, siedmiu ewentualnie całej wiązanki niemiłych słów. Choć podstawianie "haka" skuteczne było w podstawówce, w tym przypadku też czasami pomaga. Co prawda w przypływie złego nastroju będziesz musiał się silić na uśmiech, ale z doświadczenia wiem, że ten szyderczy pojawia się sam. Bez niego wiązanka słów traci moc, nie możesz o nim zapomnieć.
2. Nażryj się wszystkiego co masz pod ręką!
Zacznij od tabliczki czekolady. Nic tak nie poprawia nastroju jak czekolada. Dorzuć do tego garść cukierków, najlepiej czekoladowych! Nie zaszkodzi odgrzać obiad i skonsumować go ze smakiem, popijając syropem czekoladowym do naleśników. Czekoladowe muffiny na zagryzkę to niezły pomysł. Fenyloetyloamina zawarta w czekoladzie ma działanie antydepresyjne, powoduje poprawę nastroju i daje uczucie szczęścia. Coś jak zakochanie się. Ale po co sobie komplikować życie miłością?
Jeśli nie możesz już jeść, chociaż popatrz na te zdjęcia.
Jeśli nie możesz już jeść, chociaż popatrz na te zdjęcia.
3. Obejrzyj Stand-up Abelarda Gizy!
Żadne kabarety, żadna pozytywna muzyka. Stan-up Abelarda, tylko i aż. Zawsze pomaga. Nawet w najgorszej chwili, kiedy wciskasz w siebie batonika i myślisz o kolejnym psikusie do wykonania swojemu bratu, uszy (bez znaczenia czy katolickie, czy też nie) skupiają się na najlepszych słowach i wyłapują to, co rozśmieszy Cię do bólu brzucha.
4. Pobaw się w Perfekcyjną Panią Domu!
Nieważne, że masz ubrania poukładane w kosteczkę i kolorystycznie. Sprzątanie odpręża. Wyjmij wszystko na podłogę i zacznij od początku. Prałeś dwa dni temu firanki? Stary, pewnie już pająk zacerował wszystkie dziurki swoją pajęczą siecią. Do prania z nimi! Zawsze jest czas na zmianę trzeci raz w tym tygodniu pościeli i starcie kurzy, których to ścierać nie lubi połowa z nas. A może by tak drogie panie zrobić porządek w torebce? Porządek, nawet ten przesadny= lepsze samopoczucie.
4. Pobaw się w Perfekcyjną Panią Domu!
Nieważne, że masz ubrania poukładane w kosteczkę i kolorystycznie. Sprzątanie odpręża. Wyjmij wszystko na podłogę i zacznij od początku. Prałeś dwa dni temu firanki? Stary, pewnie już pająk zacerował wszystkie dziurki swoją pajęczą siecią. Do prania z nimi! Zawsze jest czas na zmianę trzeci raz w tym tygodniu pościeli i starcie kurzy, których to ścierać nie lubi połowa z nas. A może by tak drogie panie zrobić porządek w torebce? Porządek, nawet ten przesadny= lepsze samopoczucie.
5. Jak najszybciej połóż się spać!
Nic tak nie pomaga jak nadejście nowego dnia, który teoretycznie ma być lepszy. Ileż można sobie powtarzać, że jutro będzie lepiej, że już niedługo? Połóż się spać, choćby o godzinie 19:00, a jutro nadejdzie samo! Nie ma to jak nowy dzień pełen nierozwiązanych spraw z dnia poprzedniego oraz tych nowych, równie złych co tamte.
Jak wiadomo, co nas nie zabije, to... pogorszy nam samopoczucie. Także w razie potrzeby powtarzać powyższe do skutku, coś jak treningi Ewy Chodakowskiej. U mnie wystarczy tylko jedna seria. Jedna jedyna i znów jestem gotowa szerzyć zło w świecie!
Anita.
P.S. Poniżej pojawiła się anonimowa sonda. Zachęcam do oddania głosu.
Anita.
P.S. Poniżej pojawiła się anonimowa sonda. Zachęcam do oddania głosu.
wtorek, 3 lutego 2015
Sentymentalnie.
Miało być patriotycznie, lecz nie obejrzałam do końca pewnego filmu. Miało być muzycznie, ale książka wciąż niedoczytana. Więc będzie sentymentalnie. Sentymentalnie o wszystkim.
Każdy z nas posiada dar przywiązywania się do czegoś. Już od najmłodszych lat nie potrafimy rozstać się ze swoim smoczkiem, następnie pierwszym pluszakiem, którego przez kolejne lata posiadamy w zasięgu swego wzroku. "Tak na wszelki wypadek."
Niestety gorzej jest wtedy, gdy człowiek przywiązuje się do ludzi. A że się przywiązuje, to oczywiste. Sam przecież nieraz doświadczyłeś bólu z powodu przywiązania się nie do tej osoby, do której przypisał Cię los. I wcale nie mam na myśli drugiej połówki, bo przywiązać możemy się do nauczyciela, lekarza czy choćby sprzedawcy w sklepie, który to zawsze najlepiej Cię obsługiwał.
Osobiście bardzo mocno przywiązuję się do wielu rzeczy, czasem przesadnie. Ale to pomaga zachować w pamięci pewne wspomnienia, które choć są silne, z czasem mogą z naszej głowy wyparować.
Przywiązana jestem także do miejscowości, w których znajdowały się gimnazjum i liceum, do których uczęszczałam. Gdy będąc daleko od tych miejsc słyszy się o nich lub je widzi w telewizji, na pocztówkach czy w internecie, od razu wracają wspomnienia niosące za sobą dużo ciepła i wiele emocji.
I tak oto dziś natrafiłam na Szczęście. Zazwyczaj powoduje ono uśmiech i radość. To szczęście także je wywołało. Trafiłam na"Szczęście", które wykonuje ZBUKU. Produkcja ta jest klipem promującym album "Życie Szalonym Życie".
Już samą radość sprawiało mi słuchanie ZBUKA, który jest "tutejszy" i jestem z Niego dumna. Dziś jestem dumna podwójnie, bo w klipie ujrzałam bliskie mi miasto. Miasto, z którego ZBUKU pochodzi, a do którego ja często jeżdżę, bo jest to jedno z najbliższych miast.
Z racji, iż ukazał się tam Prudnik, nie mogę nic złego powiedzieć o całym klipie. Raz, że nie wypada, a dwa, nie znam się na tym. Ważne, że ZBUKU pamięta o najważniejszych wartościach, miejscach i ludziach. Poza tym prawi w tym kawałku mądre słowa i warto z tego wyciągnąć coś dla siebie.
Jeśli o przywiązaniu mowa, to wspomnę o długopisach. Niby zwyczajnych, bo rozdawanych dosłownie wszędzie, dodawanych do wszystkiego i dostępnych w każdym miejscu, jednak wyjątkowych, bo przywiezionych z daleka. Będąc na najpiękniejszym festiwalu życia zdobyłam trzy długopisy. Cieszyłam się nimi, pilnowałam ich jak oka w głowie. Przyszedł jednak czas, gdy długopisy się wypisały. Nie mam w zwyczaju trzymania nieprzydatnych już urządzeń, przedmiotów itp., więc postanowiłam je wyrzucić.
Wyrzuciłam. Ale... najpierw zrobiłam im zdjęcie! Tak, to był jeden ze sposobów na utrwalenie wspomnień, które zapisały się w mojej pamięci. Może to śmieszne, ale jak już pisałam, jestem bardzo sentymentalną osobą. Nawet jeśli chodzi o te rzeczy, które już dawno powinnam z głowy wyrzucić.
Wydaje mi się, że sentymentalizm nie jest niczym złym, jeśli oczywiście zachowane zostają granice zdrowego rozsądku i nie wygląda to tak jak w kawałku "Love forever" Słonia i Miksera.
Każdy z nas posiada dar przywiązywania się do czegoś. Już od najmłodszych lat nie potrafimy rozstać się ze swoim smoczkiem, następnie pierwszym pluszakiem, którego przez kolejne lata posiadamy w zasięgu swego wzroku. "Tak na wszelki wypadek."
Niestety gorzej jest wtedy, gdy człowiek przywiązuje się do ludzi. A że się przywiązuje, to oczywiste. Sam przecież nieraz doświadczyłeś bólu z powodu przywiązania się nie do tej osoby, do której przypisał Cię los. I wcale nie mam na myśli drugiej połówki, bo przywiązać możemy się do nauczyciela, lekarza czy choćby sprzedawcy w sklepie, który to zawsze najlepiej Cię obsługiwał.
Osobiście bardzo mocno przywiązuję się do wielu rzeczy, czasem przesadnie. Ale to pomaga zachować w pamięci pewne wspomnienia, które choć są silne, z czasem mogą z naszej głowy wyparować.
Przywiązana jestem także do miejscowości, w których znajdowały się gimnazjum i liceum, do których uczęszczałam. Gdy będąc daleko od tych miejsc słyszy się o nich lub je widzi w telewizji, na pocztówkach czy w internecie, od razu wracają wspomnienia niosące za sobą dużo ciepła i wiele emocji.
I tak oto dziś natrafiłam na Szczęście. Zazwyczaj powoduje ono uśmiech i radość. To szczęście także je wywołało. Trafiłam na"Szczęście", które wykonuje ZBUKU. Produkcja ta jest klipem promującym album "Życie Szalonym Życie".
Już samą radość sprawiało mi słuchanie ZBUKA, który jest "tutejszy" i jestem z Niego dumna. Dziś jestem dumna podwójnie, bo w klipie ujrzałam bliskie mi miasto. Miasto, z którego ZBUKU pochodzi, a do którego ja często jeżdżę, bo jest to jedno z najbliższych miast.
Z racji, iż ukazał się tam Prudnik, nie mogę nic złego powiedzieć o całym klipie. Raz, że nie wypada, a dwa, nie znam się na tym. Ważne, że ZBUKU pamięta o najważniejszych wartościach, miejscach i ludziach. Poza tym prawi w tym kawałku mądre słowa i warto z tego wyciągnąć coś dla siebie.
Jeśli o przywiązaniu mowa, to wspomnę o długopisach. Niby zwyczajnych, bo rozdawanych dosłownie wszędzie, dodawanych do wszystkiego i dostępnych w każdym miejscu, jednak wyjątkowych, bo przywiezionych z daleka. Będąc na najpiękniejszym festiwalu życia zdobyłam trzy długopisy. Cieszyłam się nimi, pilnowałam ich jak oka w głowie. Przyszedł jednak czas, gdy długopisy się wypisały. Nie mam w zwyczaju trzymania nieprzydatnych już urządzeń, przedmiotów itp., więc postanowiłam je wyrzucić.
Wyrzuciłam. Ale... najpierw zrobiłam im zdjęcie! Tak, to był jeden ze sposobów na utrwalenie wspomnień, które zapisały się w mojej pamięci. Może to śmieszne, ale jak już pisałam, jestem bardzo sentymentalną osobą. Nawet jeśli chodzi o te rzeczy, które już dawno powinnam z głowy wyrzucić.
Wydaje mi się, że sentymentalizm nie jest niczym złym, jeśli oczywiście zachowane zostają granice zdrowego rozsądku i nie wygląda to tak jak w kawałku "Love forever" Słonia i Miksera.
Wszystko z umiarem.
Wszystko.
Anita.
sobota, 31 stycznia 2015
Związki.
Dziś będzie o związkach. Nie, nie tych partnerskich. Tych zawodowych.
Żartowałam.
Ze związkami zawodowymi mam tyle wspólnego co z Radio Maryja. Jeśli o związki partnerskie się rozchodzi, bacznie je obserwuję w swoim codziennym życiu i czasami się zastanawiam, jak głupi musi być człowiek, żeby dać sobą tak pomiatać. Ale do rzeczy...
Przedstawię pięć charakterystycznych typów facetów, którzy przechadzają się na co dzień przed moimi oczyma i są w związkach. W związkach z płcią piękną!
1. Pantoflarz
Najgorsze co może być, to ciągłe podporządkowywanie się partnerce i brak własnego zdania. Notoryczne odbieranie telefonów z tłumaczeniem, dlaczego nie odebrałem telefonu po drugim sygnale, tylko dopiero po drugim połączeniu. Taki typ faceta długo nie pociągnie. Meczu nie obejrzy, piwa się nie napije, z kolegami się nie spotka. A już nie wspomnę o spotkaniu z koleżankami, bo takowe pewnie też pantoflarze kiedyś mieli. Ten przypadek jest nie do uratowania.
2. Playboy
Taki typ faceta ciągle czaruje. W czterech literach ma to, że każdą laskę bałamuci w ten sam sposób. Ważne, że działa i żadna się nie dowie. Taki facet wśród olewających go kobiet nazywany jest pier*olonym czarusiem. Nie potrafi nic innego, jak tylko pokazywać jaki to on jest seksowny, uwodzicielski i może mieć każdą używając taniego chwytu: "Bolało jak spadłaś z nieba?". Radzę omijać szerokim łukiem, bądź na spotkanie z takim zabrać dobrze naostrzoną siekierę. Może się przydać.
3. Pracuś
Zero życia. Jakiegokolwiek. Praca, praca i praca. Własna firma, pół etatu w państwówce i jeszcze fuchy na wieczory. W weekendy z kolei społeczna praca u znajomych i rodziny, bo przecież się nie odmawia, nie wypada, tak nie można. Taki człowiek nawet nie ma czasu spisać tego wszystkiego w terminarzu, a co dopiero zjeść, czy spamiętać daty urodzin własnych dzieci, o ile zdążył je w ogóle spłodzić w tak przepełnionym pracą życiu. O tych wszystkich rzeczach do wykonania przypominają mu telefonicznie osoby, u których czeka na niego kolejna robota. Na starość na pewno będzie miał co wspominać.
4. Pedał
Taki typ faceta wiąże się z kobietą nieświadomą, albo niewidomą. Innego rozwiązania nie widzę. Ciągle poprawianie włosów, lakierowanie grzyweczki i nienagannie ułożony wokół szyi szaliczek to nieodłączne elementy życia pedała. Mężczyzną tego nazwać nie mogę. To wbrew wszystkiemu, wbrew światu. Ten typ obowiązkowo nosi rurki. Najlepiej pistacjowe, koralowe lub czerwone. Muszą być jeszcze bardziej kobiece niż są w rzeczywistości. Dłonie wypielęgnowane jak po wizycie w salonie kosmetycznym błyszczą się z daleka. I weź tu powiedz takiemu, żeby Ci koło w samochodzie wymienił, albo komin przeczyścił. Zabawne.
5. Próżniak
Zawsze ma czas, nie obchodzą go inni ludzie i sytuacja ekonomiczna w kraju. Żyje według zasady "To co masz zrobić jutro, zrób trzy dni później. Będziesz miał więcej wolnego". Zanim zbierze się do czegoś musi minąć pół dnia. Później stwierdza, że jest za późno i odkłada robotę na kolejną dobę. Jego stały tekst to "Nie mam wolnych mocy przerobowych". Na każdą prośbę znajduje wymówkę lub mówi, że nie potrafi czegoś zrobić, bo nie jest wykształcony w tej dziedzinie. Ulubione miejsce to kanapa, a ulubione przedmioty do trzymania w dłoni to pilot do telewizora i puszka piwa. Pożytek z takiego lenia żaden. Również radzę unikać.
Faceci są tacy dumni, że posiadają jeden garnitur i jedną parę butów, pasujące do wszystkiego i na każdą okazję. Natomiast posiadają tyle odcieni, że my, kobiety, wcale nie mamy łatwo pakując się w związek. Ile to nerwów stracimy, póki rozpoznamy z jakim gadem mamy do czynienia. Moje drogie! Dużo obserwacji, mało działań i słów! W razie czego szybciej można będzie wyeliminować z gry niepotrzebnego gracza.
Anita.
Żartowałam.
Ze związkami zawodowymi mam tyle wspólnego co z Radio Maryja. Jeśli o związki partnerskie się rozchodzi, bacznie je obserwuję w swoim codziennym życiu i czasami się zastanawiam, jak głupi musi być człowiek, żeby dać sobą tak pomiatać. Ale do rzeczy...
Przedstawię pięć charakterystycznych typów facetów, którzy przechadzają się na co dzień przed moimi oczyma i są w związkach. W związkach z płcią piękną!
1. Pantoflarz
Najgorsze co może być, to ciągłe podporządkowywanie się partnerce i brak własnego zdania. Notoryczne odbieranie telefonów z tłumaczeniem, dlaczego nie odebrałem telefonu po drugim sygnale, tylko dopiero po drugim połączeniu. Taki typ faceta długo nie pociągnie. Meczu nie obejrzy, piwa się nie napije, z kolegami się nie spotka. A już nie wspomnę o spotkaniu z koleżankami, bo takowe pewnie też pantoflarze kiedyś mieli. Ten przypadek jest nie do uratowania.
2. Playboy
Taki typ faceta ciągle czaruje. W czterech literach ma to, że każdą laskę bałamuci w ten sam sposób. Ważne, że działa i żadna się nie dowie. Taki facet wśród olewających go kobiet nazywany jest pier*olonym czarusiem. Nie potrafi nic innego, jak tylko pokazywać jaki to on jest seksowny, uwodzicielski i może mieć każdą używając taniego chwytu: "Bolało jak spadłaś z nieba?". Radzę omijać szerokim łukiem, bądź na spotkanie z takim zabrać dobrze naostrzoną siekierę. Może się przydać.
3. Pracuś
Zero życia. Jakiegokolwiek. Praca, praca i praca. Własna firma, pół etatu w państwówce i jeszcze fuchy na wieczory. W weekendy z kolei społeczna praca u znajomych i rodziny, bo przecież się nie odmawia, nie wypada, tak nie można. Taki człowiek nawet nie ma czasu spisać tego wszystkiego w terminarzu, a co dopiero zjeść, czy spamiętać daty urodzin własnych dzieci, o ile zdążył je w ogóle spłodzić w tak przepełnionym pracą życiu. O tych wszystkich rzeczach do wykonania przypominają mu telefonicznie osoby, u których czeka na niego kolejna robota. Na starość na pewno będzie miał co wspominać.
4. Pedał
Taki typ faceta wiąże się z kobietą nieświadomą, albo niewidomą. Innego rozwiązania nie widzę. Ciągle poprawianie włosów, lakierowanie grzyweczki i nienagannie ułożony wokół szyi szaliczek to nieodłączne elementy życia pedała. Mężczyzną tego nazwać nie mogę. To wbrew wszystkiemu, wbrew światu. Ten typ obowiązkowo nosi rurki. Najlepiej pistacjowe, koralowe lub czerwone. Muszą być jeszcze bardziej kobiece niż są w rzeczywistości. Dłonie wypielęgnowane jak po wizycie w salonie kosmetycznym błyszczą się z daleka. I weź tu powiedz takiemu, żeby Ci koło w samochodzie wymienił, albo komin przeczyścił. Zabawne.
5. Próżniak
Zawsze ma czas, nie obchodzą go inni ludzie i sytuacja ekonomiczna w kraju. Żyje według zasady "To co masz zrobić jutro, zrób trzy dni później. Będziesz miał więcej wolnego". Zanim zbierze się do czegoś musi minąć pół dnia. Później stwierdza, że jest za późno i odkłada robotę na kolejną dobę. Jego stały tekst to "Nie mam wolnych mocy przerobowych". Na każdą prośbę znajduje wymówkę lub mówi, że nie potrafi czegoś zrobić, bo nie jest wykształcony w tej dziedzinie. Ulubione miejsce to kanapa, a ulubione przedmioty do trzymania w dłoni to pilot do telewizora i puszka piwa. Pożytek z takiego lenia żaden. Również radzę unikać.
Faceci są tacy dumni, że posiadają jeden garnitur i jedną parę butów, pasujące do wszystkiego i na każdą okazję. Natomiast posiadają tyle odcieni, że my, kobiety, wcale nie mamy łatwo pakując się w związek. Ile to nerwów stracimy, póki rozpoznamy z jakim gadem mamy do czynienia. Moje drogie! Dużo obserwacji, mało działań i słów! W razie czego szybciej można będzie wyeliminować z gry niepotrzebnego gracza.
Anita.
piątek, 30 stycznia 2015
Kobiety na traktory!
Jakiś tydzień temu miałam ogromne szczęście, jadąc do Opola autobusem prowadzonym przez kobietę. Ogólnie nie ufam kobietom za kierownicą, ale o tej Pani czytałam w gazecie wiele dobrego, więc postanowiłam od razu nie panikować.
Jak się okazuje, prowadząca oprócz tego, że jest niesamowitym kierowcą, (tam, gdzie autobusy jadą 50km/h, Ona pomykała aż 70 km/h, przejeżdżała na późnych żółtych i nie przepuszczała innych samochodów przed siebie, w miejscach zanikania lewego pasa, pytała wcześniej czy ktoś wysiada w danym miejscu, jeśli nie, to omijała je szerokim łukiem, a w zasadzie mostem, żeby nie pakować się w centrum) jest też super ciepłą babką.
Od wejścia do autobusu czuje się, że jedzie się z ciocią na wycieczkę. Pani Maria wita uśmiechem, bez względu na to, czy masz humor i cokolwiek Jej na wstępnie powiesz, czy też całkowicie Ją olejesz. Nie zachowuje się jak automat, który drukuje bilety, tylko z co drugą osobą zamieni kilka zdań, a jeśli usiądziesz zaraz za Nią, rozmowa trwa wieczność...
Co do rozmowy, którą to pewna dziewczyna prowadziła z wspaniałym kierowcą płci żeńskiej...
Pani Marysia opowiedziała całą historię tego, jak znalazła się w autobusie. Opowiadała o etapach zdobywania uprawnień i całej masie problemów, które spotykały ją w poprzedniej pracy (fizycznej).
Mówiła o tym, jak kupiła działkę, własnoręcznie ją przekopała, a następnie zasadziła jabłka, zadbała o pomidory i jakieś kwiatki, których to nazwa wyleciała mi z głowy wraz z sobotnim kazaniem.
"Kierowczyni" dała się poznać z jak najlepszej strony, w dodatku prawdziwej. Nie owijała w bawełnę, mówiła szczerze i od serca.
Gdy opuszczałam autobus, nie mogłam się powstrzymać i pogratulowałam Jej świetnej jazdy. W dodatku dojechała do celu cztery minuty przed czasem, a to się zdarza jedynie nielicznym. Dołączyła więc do mojej listy TOP 5 KIEROWCÓW PKS.
Morał? Kobiety na traktory.... tfuuuu.... Kobiety w autobusy!
Anita.
Jak się okazuje, prowadząca oprócz tego, że jest niesamowitym kierowcą, (tam, gdzie autobusy jadą 50km/h, Ona pomykała aż 70 km/h, przejeżdżała na późnych żółtych i nie przepuszczała innych samochodów przed siebie, w miejscach zanikania lewego pasa, pytała wcześniej czy ktoś wysiada w danym miejscu, jeśli nie, to omijała je szerokim łukiem, a w zasadzie mostem, żeby nie pakować się w centrum) jest też super ciepłą babką.
Od wejścia do autobusu czuje się, że jedzie się z ciocią na wycieczkę. Pani Maria wita uśmiechem, bez względu na to, czy masz humor i cokolwiek Jej na wstępnie powiesz, czy też całkowicie Ją olejesz. Nie zachowuje się jak automat, który drukuje bilety, tylko z co drugą osobą zamieni kilka zdań, a jeśli usiądziesz zaraz za Nią, rozmowa trwa wieczność...
Co do rozmowy, którą to pewna dziewczyna prowadziła z wspaniałym kierowcą płci żeńskiej...
Pani Marysia opowiedziała całą historię tego, jak znalazła się w autobusie. Opowiadała o etapach zdobywania uprawnień i całej masie problemów, które spotykały ją w poprzedniej pracy (fizycznej).
Mówiła o tym, jak kupiła działkę, własnoręcznie ją przekopała, a następnie zasadziła jabłka, zadbała o pomidory i jakieś kwiatki, których to nazwa wyleciała mi z głowy wraz z sobotnim kazaniem.
"Kierowczyni" dała się poznać z jak najlepszej strony, w dodatku prawdziwej. Nie owijała w bawełnę, mówiła szczerze i od serca.
Gdy opuszczałam autobus, nie mogłam się powstrzymać i pogratulowałam Jej świetnej jazdy. W dodatku dojechała do celu cztery minuty przed czasem, a to się zdarza jedynie nielicznym. Dołączyła więc do mojej listy TOP 5 KIEROWCÓW PKS.
Morał? Kobiety na traktory.... tfuuuu.... Kobiety w autobusy!
Anita.
środa, 28 stycznia 2015
Katecheza.
Nie, nie będzie tu treści religijnych. Nie tym razem. O katolickich uszach też nie teraz, choć to bardzo zabawne. Będzie o koncercie Luxtorpedy, który to mój kolega nazwał KATECHEZĄ. Bardzo mocno utkwiło mi to w głowie, oczywiście jako coś pozytywnego.
Minionej soboty wybrałam się na Luxów. Przed każdym Ich koncertem odliczałam dni, skakałam z radości i słuchałam Ich kawałków. Tym razem było inaczej. Koncert był przełożony, więc mój zapał minął wraz z odejściem w cień pierwszego terminu koncertu, przypadającego na grudzień.
Swoje zrobił też styczniowy czas, dla studentów przepełniony nauką. Przez chwilę przeszedł mi nawet przez głowę pomysł, żeby nie jechać na koncert, bo jeszcze trochę zaliczeń przede mną. Na szczęście pomysł ten wypadł mi szybko z głowy, a na koncercie bawiłam się bardzo dobrze.
Ogólnie aura pogodowa nie sprzyjała, było zimno i mokro. Tego dnia byłam na nogach od 4:45 i ostatnią rzeczą, jaką chciało mi się robić, to skakać, śpiewać i się uśmiechać, udając, że jestem pełna energii. Niemniej jednak humor poprawił mi się w busie, gdzie uśmiałam się za wszystkie czasy. To znaczy za mniej więcej pół roku, czyli czas jaki minął od ostatnich koncertów, wtedy akurat tych Woodstockowych.
Gdy tylko dojechaliśmy na miejsce, nie obyło się bez śmiesznych, niepotrzebnych wpadek, ale to pozostanie tajemnicą. Gdy udałam się do NCPP sprawdzić, czy wpuszczają już do środka ludzi, spotkałam się z dziwnym wzrokiem policjantów, siedzących w samochodzie na parkingu. Dopiero później zorientowałam się, że jestem w bluzce na ramiączkach, mamy styczeń, temperatura jest ujemna. No cóż... jak kto lubi Panowie Policjanci.
Co do wydarzeń, jakie miały miejsce już w środku, to jestem mile zaskoczona Supportem. Zwykle oglądałam kapele, słuchałam ich, ale nigdy nie zostawały mi w głowie na dłużej, niż na czas, kiedy to były przed moimi oczami. Tym razem było inaczej. Mocno polubiłam zespół Cuba de Zoo. Taaaakk, taakkkk, przystojny wokalista zrobił swoje, ale tak czy siak, muzyka idealna.
Nie obyło się bez punków, którzy przyszli, by porozlewać piwo na ludzi i zrobić trochę zamieszania, ale nie ma tego złego... była to dodatkowa rozrywka. Rozwalił mnie tylko widok kobiety w szpilkach, która próbowała wraz ze swoim partnerem tańczyć do muzyki supportu. Chyba pomyliła pani wydarzenia na facebooku...
Miejsca w czasie koncertu zajmowałam przeróżne, na początku tyły, wraz z każdą kolejną godziną przemieszczałam się w prawą stronę i coraz bliżej przodu, (Pozdrawiam dziewczynę, która przyszła w idealnie nakręconych lokach niczym na bal maturalny, w które to ciągle wpadałam nosem i wąchałam jakże aromatyczny zapach lakieru do ich utrwalenia. Następnym razem wyproszę cię z sali, za zatruwanie powietrza. ) aż w końcu wylądowałam pod samą barierką. Nie byłabym sobą, gdybym się tam nie wcisnęła. Jednak warto być niewielkiego gabarytu.
Luxtorpeda przywitała Nas pełnią energii i uśmiechami. Gdy zagrali Mambałagę, czułam się spełniona. Nawet jakoś przybyło mi sił, by wykrzyczeć: "Wyrzucam śmieci, to mi pomaga!". Tak właśnie działają na ludzi Luxy.
W trakcie Katechezy usłyszałam m.in. "Robaki", "Za Wolność", "Wilki dwa" czy "Nieobecny nieznajomy". Głosy facetów są jak miód na uszy. Swoją drogą, lata lecą, a Oni wciąż w tak dobrej formie. Naprawdę podziwiam. Hans wygląda jak mój rówieśnik. Wspaniały widok!
Teraz będzie coś, co potrafię najlepiej. Będę się chwaliła. Kilka razy uścisnęłam dłoń Drężmaka i Litzy. Dostałam Luxową kostkę i butelkę wody, którą jeszcze sekundę wcześniej pił Litza. Do domu wróciłam jako najszczęśliwsza osoba pod słońcem. Czar minął już następnego dnia, ale do kolekcji wspomnień dodaję kolejne, fantastyczne, którego nigdy nie zapomnę.
Anita.
Minionej soboty wybrałam się na Luxów. Przed każdym Ich koncertem odliczałam dni, skakałam z radości i słuchałam Ich kawałków. Tym razem było inaczej. Koncert był przełożony, więc mój zapał minął wraz z odejściem w cień pierwszego terminu koncertu, przypadającego na grudzień.
Swoje zrobił też styczniowy czas, dla studentów przepełniony nauką. Przez chwilę przeszedł mi nawet przez głowę pomysł, żeby nie jechać na koncert, bo jeszcze trochę zaliczeń przede mną. Na szczęście pomysł ten wypadł mi szybko z głowy, a na koncercie bawiłam się bardzo dobrze.
Ogólnie aura pogodowa nie sprzyjała, było zimno i mokro. Tego dnia byłam na nogach od 4:45 i ostatnią rzeczą, jaką chciało mi się robić, to skakać, śpiewać i się uśmiechać, udając, że jestem pełna energii. Niemniej jednak humor poprawił mi się w busie, gdzie uśmiałam się za wszystkie czasy. To znaczy za mniej więcej pół roku, czyli czas jaki minął od ostatnich koncertów, wtedy akurat tych Woodstockowych.
Gdy tylko dojechaliśmy na miejsce, nie obyło się bez śmiesznych, niepotrzebnych wpadek, ale to pozostanie tajemnicą. Gdy udałam się do NCPP sprawdzić, czy wpuszczają już do środka ludzi, spotkałam się z dziwnym wzrokiem policjantów, siedzących w samochodzie na parkingu. Dopiero później zorientowałam się, że jestem w bluzce na ramiączkach, mamy styczeń, temperatura jest ujemna. No cóż... jak kto lubi Panowie Policjanci.
Co do wydarzeń, jakie miały miejsce już w środku, to jestem mile zaskoczona Supportem. Zwykle oglądałam kapele, słuchałam ich, ale nigdy nie zostawały mi w głowie na dłużej, niż na czas, kiedy to były przed moimi oczami. Tym razem było inaczej. Mocno polubiłam zespół Cuba de Zoo. Taaaakk, taakkkk, przystojny wokalista zrobił swoje, ale tak czy siak, muzyka idealna.
Nie obyło się bez punków, którzy przyszli, by porozlewać piwo na ludzi i zrobić trochę zamieszania, ale nie ma tego złego... była to dodatkowa rozrywka. Rozwalił mnie tylko widok kobiety w szpilkach, która próbowała wraz ze swoim partnerem tańczyć do muzyki supportu. Chyba pomyliła pani wydarzenia na facebooku...
Miejsca w czasie koncertu zajmowałam przeróżne, na początku tyły, wraz z każdą kolejną godziną przemieszczałam się w prawą stronę i coraz bliżej przodu, (Pozdrawiam dziewczynę, która przyszła w idealnie nakręconych lokach niczym na bal maturalny, w które to ciągle wpadałam nosem i wąchałam jakże aromatyczny zapach lakieru do ich utrwalenia. Następnym razem wyproszę cię z sali, za zatruwanie powietrza. ) aż w końcu wylądowałam pod samą barierką. Nie byłabym sobą, gdybym się tam nie wcisnęła. Jednak warto być niewielkiego gabarytu.
Luxtorpeda przywitała Nas pełnią energii i uśmiechami. Gdy zagrali Mambałagę, czułam się spełniona. Nawet jakoś przybyło mi sił, by wykrzyczeć: "Wyrzucam śmieci, to mi pomaga!". Tak właśnie działają na ludzi Luxy.
W trakcie Katechezy usłyszałam m.in. "Robaki", "Za Wolność", "Wilki dwa" czy "Nieobecny nieznajomy". Głosy facetów są jak miód na uszy. Swoją drogą, lata lecą, a Oni wciąż w tak dobrej formie. Naprawdę podziwiam. Hans wygląda jak mój rówieśnik. Wspaniały widok!
Teraz będzie coś, co potrafię najlepiej. Będę się chwaliła. Kilka razy uścisnęłam dłoń Drężmaka i Litzy. Dostałam Luxową kostkę i butelkę wody, którą jeszcze sekundę wcześniej pił Litza. Do domu wróciłam jako najszczęśliwsza osoba pod słońcem. Czar minął już następnego dnia, ale do kolekcji wspomnień dodaję kolejne, fantastyczne, którego nigdy nie zapomnę.
Anita.
czwartek, 8 stycznia 2015
Ani słowa więcej.
Dokładnie taki tytuł nosi obejrzany przeze mnie film. Wiem, wiem... dużo ostatnio filmów, ale nic nie poradzę, że to właśnie one wpadają mi akurat pod rękę. A właściwie przed oczy...
"Ani słowa więcej" to produkcja łącząca w sobie takie gatunki jak komedia, romans i dramat. Historia, która zostaje przedstawiona w tej ekranizacji jest dość zabawna, bo główna bohaterka Eva- masażystka udając się z przyjaciółmi na przyjęcie poznaje dwie fantastyczne osoby, z którymi wiąże swoje dalsze losy.
Problem tkwi w tym, że Albert, z którym bohaterka postanawia zacząć się spotykać jest byłym mężem Marianne- kobiety, z którą Eva postanawia się zaprzyjaźnić.
Cała sytuacja nabiera tempa i jest bardzo zagadkowa. Film jest emocjonujący i niesamowicie prawdziwy. Niektórzy twierdzą, że zrozumieć mogą go jedynie dojrzali odbiorcy. Po części się z tym zgodzę, niemniej jednak uważam, iż młodsi odbiorcy także "wyciągną" z filmu to, do dla nich ważne.
W filmie ukazana zostaje niesamowita przyjaźń oraz swoboda w rodzinnych kontaktach. Na pierwszy plan wysuwają się najważniejsze życiowe wartości, często spychane przez nas na sam dół.
To kolejna pozycja filmowa nadająca się na nudny, leniwy wieczór, czy popołudnie przy kawie z przyjaciółmi. Polecam serdecznie.
Anita.
"Ani słowa więcej" to produkcja łącząca w sobie takie gatunki jak komedia, romans i dramat. Historia, która zostaje przedstawiona w tej ekranizacji jest dość zabawna, bo główna bohaterka Eva- masażystka udając się z przyjaciółmi na przyjęcie poznaje dwie fantastyczne osoby, z którymi wiąże swoje dalsze losy.
Problem tkwi w tym, że Albert, z którym bohaterka postanawia zacząć się spotykać jest byłym mężem Marianne- kobiety, z którą Eva postanawia się zaprzyjaźnić.
Cała sytuacja nabiera tempa i jest bardzo zagadkowa. Film jest emocjonujący i niesamowicie prawdziwy. Niektórzy twierdzą, że zrozumieć mogą go jedynie dojrzali odbiorcy. Po części się z tym zgodzę, niemniej jednak uważam, iż młodsi odbiorcy także "wyciągną" z filmu to, do dla nich ważne.
W filmie ukazana zostaje niesamowita przyjaźń oraz swoboda w rodzinnych kontaktach. Na pierwszy plan wysuwają się najważniejsze życiowe wartości, często spychane przez nas na sam dół.
To kolejna pozycja filmowa nadająca się na nudny, leniwy wieczór, czy popołudnie przy kawie z przyjaciółmi. Polecam serdecznie.
Anita.
wtorek, 6 stycznia 2015
"Zostań, jeśli kochasz" i tyle w temacie.
Po wielu próbach obejrzenia filmu pt. "Zostań, jeśli kochasz", w końcu udało mi się to zrobić. To był dość spontaniczny ruch, ale jak widać maksymalnie wykorzystany, bo i powstanie krótka recenzja.
Oczywiście film powstał w oparciu o książkę i wcale nie jestem bardzo do tyłu, bo jest to produkcja z sierpnia roku dwa tysiące czternastego.
Zdecydowanie film wymaga koncentracji i myślenia. Przez moment sama nie wiedziałam co się dzieje, bo pokazywane były sceny z różnych okresów życia bohaterki. Okazuje się jednak, że Mia Hall (główna bohaterka) po wypadku, w którym zginęli jej rodzice zostaje zawieszona przez jeden dzień między życiem, a śmiercią i musi podjąć decyzję (Och, jak ja tego nie lubię!), po której stronie stanie ostatecznie.
W tej adaptacji zderzyły się dwa światy muzyczne. Panna Hall- miłośniczka muzyki klasycznej staje w parze z młodzieńcem Adamem Wilde, miłośnikiem muzyki rockowej.
Gdy po siódmej minucie filmu usłyszałam jeden z moich ulubionych kawałków, wiedziałam, że film muszę obejrzeć do końca. Łącznie z napisami końcowymi. A co!
Film jest mi bliski dlatego, iż mimo gatunku muzycznego, który lubię pokazuje także problemy młodych ludzi, z którymi mniej więcej sama się zmagałam, czy też nadal zmagam.
Historia pokazuje miłość i przyjaźń w różnych odsłonach, problemy niby błahe i oczywiste, jednak trudne do rozwiązania, decyzje, które nigdy nie są proste, porzucane marzenia na rzecz ważniejszych rzeczy, co boli najbardziej. W "Zostań, jeśli kochasz" przedstawiona jest także potęga korzystania z każdej chwili oraz umiejętność przyjmowania tego, co daje nam los.
Jest to niewątpliwie film o radości przeplatającej się ze smutkiem, przez co łatwo rozmazać sobie tusz na rzęsach. Serdecznie go polecam, a na koniec zacytuję słowa jednej z bohaterek.
"Życie to jeden wielki, śmierdzący bajzel
i na tym polega jego piękno."
Anita.
poniedziałek, 5 stycznia 2015
Pięć rzeczy, których na pewno nie uda Ci się zrealizować w 2015 roku.
Dla tych, którzy nie zauważyli, albo jeszcze nie wytrzeźwieli po hucznym celebrowaniu imienin Sylwestra, informuję, iż mamy rok dwa tysiące piętnasty.
Niby nic znaczącego, bo zmienia się cyfra i nic poza tym, jednak wielu ludzi przypisuje temu wydarzeniu postanowienia, do których realizacji będą dążyć przez najbliższe dwanaście miesięcy.
Dwa lata temu także stworzyłam listę punktów "do odhaczenia", jednak do tej pory kilka z nich widnieje na poskładanej w kostkę karteczce i w zasadzie nic poza tym. Na realizację tych ostatnich nie mam odwagi, pieniędzy, albo po prostu nie chce mi się ruszyć tyłka.
W każdym razie wiem, że z takich postanowień niewiele wynika, także pragnę Ci przedstawić, czego nie uda Ci się w tym roku osiągnąć mimo chęci i wielkich starań.
1. NIE SCHUDNIESZ.
To pewnie. Nie ma się co oszukiwać. I tak wracając z pracy/uczelni/szkoły wstąpisz do najbliższej knajpy fast food, aby zakupić, a następnie zjeść kebaba w ramach obiadu. Przecież nie wytrzymasz czekania o głodzie w korku, a już na pewno nie będzie Ci się chciało przygotowywać zdrowego posiłku po godzinie 18:00, kiedy padasz na twarz. Znając życie nie pogardzisz także browarkiem na dobre trawienie lub wtedy, kiedy kumpel zaproponuje weekendowe piwko, dwa, ewentualnie siedem.
2. NIE ODSTAWISZ INTERNETU NA RZECZ REALNYCH KONTAKTÓW.
Wraz z postępem technologii nie ma w ogóle takiej możliwości, że wychodząc z domu zostawiasz laptop, tablet czy telefon schowany pod łóżkiem czy głęboko w szafie. Co zrobisz gdy w towarzystwie każdy wyciągnie swoje urządzenie i będzie wpatrzony w nie jak w obrazek, lajkując kolejne zdjęcie spożywanego przez Was jedzenia? Zaczniesz rozmawiać? Bardzo śmieszne. Chyba sam ze sobą.
3. NIE UPOMNISZ SIĘ O PODWYŻKĘ.
Obiecanki cacanki, ale w tym roku także zabraknie Ci odwagi, by upomnieć się o to, co Ci się należy. Nie zrobisz tego, bo przestraszysz się utraty obecnego stanowiska, albo będzie Ci wstyd przed kolegami, kiedy wyjdziesz z gabinetu szefa z kwaśną miną. Myślę, że najlepiej będzie jeśli poczekasz do przyszłego miesiąca, albo nawet roku. Wtedy na pewno nie wiadomo skąd pojawi się w Tobie duch walki o swoje. Ha ha, dobre mi sobie.
4. NIE RZUCISZ PALENIA.
Udaje się to nielicznym. Nie myśl, że trafisz do ich grona. Jeśli chciałbyś rzucić palenie, zrobiłbyś to już dawno, a nie czekał na Nowy Rok i bezsensowne postanowienia. Pewnie, że łatwiej jest postawić sobie konkretną datę wcielenia w życie nowej zasady, natomiast wiem, że bardziej efektywne będzie stanowcze i systematyczne odchodzenie od nałogu, czego Ty nie jesteś w stanie podjąć, bo jesteś tchórzem. Wciąż preferujesz zasadę "gimbusów": Albo grubo, albo wcale. No to niech będzie gruby i czerwony... rak, którego w sobie hodujesz.
5. NIE SPOTKASZ SIĘ ZE STARYMI ZNAJOMYMI.
To oczywiste. Nie ważne czy spotkanie zaplanujesz na początku roku, czy też tuż przed planowaną datą wydarzenia. Nigdy nie przyjadą wszyscy, część ze znajomych Cię nie lubi, z kolejną częścią nie masz wspólnych tematów do rozmów, a jeszcze kolejna część od klasowego spotkania woli wakacje w Grecji w pięciogwiazdkowym hotelu. Nie masz się po co starać. I tak Cię oleją.
Mam nadzieję, że powyższe przemyślenia bardziej zmotywowały, niż pozbawiły chęci pracy nad sobą. Trzymam kciuki za Twoją przemianę, bez względu na to, czego ona dotyczy. Nad sobą również postaram się pracować.
Anita.
środa, 31 grudnia 2014
Niby Sylwester, a jednak Blue Valentine.
Nie jestem fanką filmów, nie podążam za nowościami, a film "Blue Valentine" trafił przed moje oczy przypadkowo. Dobrze się stało.
Jest to amerykański melodramat z elementami erotyki, który swoją premierę miał w 2010 roku.
Te niecałe dwie godziny przedstawiają historię rozpadającego się małżeństwa. Sytuacja została przedstawiona bardzo łagodnie, namiętnie i z klasą.
Bardzo podobały mi się wstawki z lat młodości głównych bohaterów, kiedy to zostało pokazane zakochiwanie się, szalone przygody czy ślub dwojga młodych ludzi w momencie, kiedy to blond bohaterka jest w ciąży z partnerem z poprzedniego związku.
Nie byłabym sobą, gdybym nie wyłapała w filmie dobrej muzyki. W tej się bezwarunkowo zakochałam....
Jest to amerykański melodramat z elementami erotyki, który swoją premierę miał w 2010 roku.
Te niecałe dwie godziny przedstawiają historię rozpadającego się małżeństwa. Sytuacja została przedstawiona bardzo łagodnie, namiętnie i z klasą.
Bardzo podobały mi się wstawki z lat młodości głównych bohaterów, kiedy to zostało pokazane zakochiwanie się, szalone przygody czy ślub dwojga młodych ludzi w momencie, kiedy to blond bohaterka jest w ciąży z partnerem z poprzedniego związku.
Nie byłabym sobą, gdybym nie wyłapała w filmie dobrej muzyki. W tej się bezwarunkowo zakochałam....
Film jest bardzo lekki, przyjemnie się go ogląda. Polecam na nudny, pochmurny dzień bądź oczywiście wieczór, kiedy to można zwinąć się w naleśnika i wytężyć swoje ślepia w stronę ekranu komputera.
Nadejście Nowego Roku nie jest dla mnie kończącym się kolejnym etapem, więc nie specjalnie widzę sens celebrowania go. Ale jak już mamy sobie składać życzenia, to życzyłabym sobie większej ilości pomysłów na tego bloga. Aaaaa, zapomniałabym o Tobie. Tobie też wszystkiego dobrego i wpadaj tu częściej!
Anita.
środa, 24 grudnia 2014
Przygoda, Prawda, Prostota. "Zwierzenia kontestatora".
Jakiś czas temu ogromnie zafascynowała mnie książka pt. "Zwierzenia kontestatora". O jaka byłam szczęśliwa, kiedy niedługo potem wygrałam ją w jednym z internetowych konkursów. Niecierpliwie oczekiwałam listonosza. Nie na darmo czekałam...
"Zwierzenia" przemówiły do mnie już samą okładką. ("Nie oceniaj książki po okładce." Tak, tak, wiem.) Książka jest prosta, wydana bardzo nowocześnie (uwielbiam nowe wydania), a z oczu Marka Piekarczyka widniejącego na okładce z daleka przemawia prawda.
Prawda zostaje przedstawiona także wewnątrz tej wspaniałej lektury. Z każdą kolejną stroną zostaje Nam- czytelnikom uchylony rąbek tajemnicy życia jednego z najważniejszych polskich artystów ostatnich trzydziestu pięciu lat.
Nie lubię historii, ale ta, przedstawiona między wierszami w owej książce dobitnie trafiła do mojej głowy. Leszek Gnoiński, który przeprowadził rozmowę z Markiem Piekarczykiem (Ogromny szacunek, świetna robota!) pytał rockmana o Jego idoli, o wyprowadzkę z rodzinnego domu, o problemy z Milicją Obywatelską, o wszystkie przygody, które spotkały muzyka w Jego dotychczasowych latach życia, o wzloty i upadki, pierwsze miłości, dzieci.
Postać Marka Piekarczyka była mi znana, lecz dopiero w jednym z muzycznych programów miałam okazję przyjrzeć Mu się bardziej. Wyróżniał się na tle pozostałych trenerów i bardzo się cieszyłam, gdy wybierano właśnie Jego. Może trochę ze względu na rodzaj wykonywanej przez Niego muzyki. Jest mi po prostu bliska i chciałabym widzieć więcej ludzi wykonujących taką muzykę.
Wokalista TSA jest męski, uczciwy i bardzo szczery w każdym słowie, jakie prezentuje w swojej Autobiografii. Przedstawia niesamowite przygody, których prawdziwie mogę Mu pozazdrościć. Dziś mało kto miałby odwagę walczyć o marzenia. Sama nie odważyłabym się na siedemdziesiąt procent decyzji, jakie podjął "Piekar". Honor brał górę w każdym Jego działaniu. Zarówno tym bardziej, jak i mniej przemyślanym.
Autsajder jest naturalny i życzliwy, przez co można się z Nim mentalnie zaprzyjaźnić już po kilku stronach "Zwierzeń". Każda intrygująca informacja poparta jest zdjęciami. Znajdujemy zarówno te czarno białe, jak i w kolorze. Na końcu książki odnajdujemy niepublikowane teksty piosenek i wiersze. Nie muszę dodawać, że co dziesiątą stronę zaciągałam się zapachem książki. Takie zboczenie czytelnika.
Bez względu na wszystko Marka Piekarczyka będę ceniła za dobroć, mądrość, której nauczyło Go życie i którą przekazuje światu, wrażliwość z jaką odbiera wszystko dookoła oraz długie włosy, za którymi szaleję. Natomiast "Zwierzenia kontestatora" polecam wszystkim. Każdy wyciągnie z tej obszernej lektury coś bliskiego swemu sercu.
Anita.
"Zwierzenia" przemówiły do mnie już samą okładką. ("Nie oceniaj książki po okładce." Tak, tak, wiem.) Książka jest prosta, wydana bardzo nowocześnie (uwielbiam nowe wydania), a z oczu Marka Piekarczyka widniejącego na okładce z daleka przemawia prawda.
Prawda zostaje przedstawiona także wewnątrz tej wspaniałej lektury. Z każdą kolejną stroną zostaje Nam- czytelnikom uchylony rąbek tajemnicy życia jednego z najważniejszych polskich artystów ostatnich trzydziestu pięciu lat.
Nie lubię historii, ale ta, przedstawiona między wierszami w owej książce dobitnie trafiła do mojej głowy. Leszek Gnoiński, który przeprowadził rozmowę z Markiem Piekarczykiem (Ogromny szacunek, świetna robota!) pytał rockmana o Jego idoli, o wyprowadzkę z rodzinnego domu, o problemy z Milicją Obywatelską, o wszystkie przygody, które spotkały muzyka w Jego dotychczasowych latach życia, o wzloty i upadki, pierwsze miłości, dzieci.
Postać Marka Piekarczyka była mi znana, lecz dopiero w jednym z muzycznych programów miałam okazję przyjrzeć Mu się bardziej. Wyróżniał się na tle pozostałych trenerów i bardzo się cieszyłam, gdy wybierano właśnie Jego. Może trochę ze względu na rodzaj wykonywanej przez Niego muzyki. Jest mi po prostu bliska i chciałabym widzieć więcej ludzi wykonujących taką muzykę.
Wokalista TSA jest męski, uczciwy i bardzo szczery w każdym słowie, jakie prezentuje w swojej Autobiografii. Przedstawia niesamowite przygody, których prawdziwie mogę Mu pozazdrościć. Dziś mało kto miałby odwagę walczyć o marzenia. Sama nie odważyłabym się na siedemdziesiąt procent decyzji, jakie podjął "Piekar". Honor brał górę w każdym Jego działaniu. Zarówno tym bardziej, jak i mniej przemyślanym.
Autsajder jest naturalny i życzliwy, przez co można się z Nim mentalnie zaprzyjaźnić już po kilku stronach "Zwierzeń". Każda intrygująca informacja poparta jest zdjęciami. Znajdujemy zarówno te czarno białe, jak i w kolorze. Na końcu książki odnajdujemy niepublikowane teksty piosenek i wiersze. Nie muszę dodawać, że co dziesiątą stronę zaciągałam się zapachem książki. Takie zboczenie czytelnika.
Bez względu na wszystko Marka Piekarczyka będę ceniła za dobroć, mądrość, której nauczyło Go życie i którą przekazuje światu, wrażliwość z jaką odbiera wszystko dookoła oraz długie włosy, za którymi szaleję. Natomiast "Zwierzenia kontestatora" polecam wszystkim. Każdy wyciągnie z tej obszernej lektury coś bliskiego swemu sercu.
Anita.
niedziela, 21 grudnia 2014
Deyacoda, czyli ciut mocniej niż lubię.
Dwa dni temu stałam się posiadaczką EPki Deyacody. Szczerze pisząc, była mi to kapela nieznana. Ale to nie znaczy, że miałam odłożyć płytę na półkę i od czasu do czasu ścierać z niej kurz.
Odpaliłam płytę i przesłuchałam ją kilka razy. Na początku, jak to bywa z dobrymi produkcjami, muzyka nie przypadła mi do gustu. Na szczęście z każdym kolejnym odpaleniem płyty, słuchało mi się jej coraz lepiej.
Zapoznałam się także z historią oraz składem zespołu. Nie ukrywam, iż Deyacodę tworzą bardzo przystojni mężczyźni. Choć grają od 2006 roku, jestem pewna, iż rzeszę fanek zdobyli w pięć minut.
Deyacoda EP liczy cztery kawałki o mocnym brzmieniu. Ciut za mocnym jak na moje ucho, ale dźwięki całkiem gładko trafiały tam gdzie trzeba. Najbardziej spodobał mi się kawałek "Falling Down".
Jeśli chodzi o oprawę płyty, jest taka jaką lubię. Zachęca prostotą, a nie świecidełkami i innymi pierdołami. Jest też nieco mroczna, co bardzo dobrze komponuje się z muzyką, jaką wykonuje przytoczony w tym poście zespół. Metal i hard rock w klasycznym wydaniu.
Nie ma w tej płycie nic, coby mnie szczególnie urzekło, niemniej jednak uważam, iż warto taką płytę posiadać w swoim zbiorze, szczególnie, gdy jest się fanem zespołu, wybijającego się z tłumu kapel o mocnym brzmieniu.
Anita.
Odpaliłam płytę i przesłuchałam ją kilka razy. Na początku, jak to bywa z dobrymi produkcjami, muzyka nie przypadła mi do gustu. Na szczęście z każdym kolejnym odpaleniem płyty, słuchało mi się jej coraz lepiej.
Zapoznałam się także z historią oraz składem zespołu. Nie ukrywam, iż Deyacodę tworzą bardzo przystojni mężczyźni. Choć grają od 2006 roku, jestem pewna, iż rzeszę fanek zdobyli w pięć minut.
Deyacoda EP liczy cztery kawałki o mocnym brzmieniu. Ciut za mocnym jak na moje ucho, ale dźwięki całkiem gładko trafiały tam gdzie trzeba. Najbardziej spodobał mi się kawałek "Falling Down".
Jeśli chodzi o oprawę płyty, jest taka jaką lubię. Zachęca prostotą, a nie świecidełkami i innymi pierdołami. Jest też nieco mroczna, co bardzo dobrze komponuje się z muzyką, jaką wykonuje przytoczony w tym poście zespół. Metal i hard rock w klasycznym wydaniu.
Nie ma w tej płycie nic, coby mnie szczególnie urzekło, niemniej jednak uważam, iż warto taką płytę posiadać w swoim zbiorze, szczególnie, gdy jest się fanem zespołu, wybijającego się z tłumu kapel o mocnym brzmieniu.
Anita.
"Last Christmas I gave you my heart..."
czyli rzeczy, bez których nie istniałyby święta.
Bo bo tak szczerze, każdy z Nas zwraca uwagę na charakterystyczne rzeczy, które nadają grudniowi klimatu i po prostu tworzą Święta. Ja również posiadam listę takich czynników.
Wbrew pozorom, nie są to wykwintne, przypisane tylko Świętom potrawy, które przygotowuje moja mama. W Święta żywię się tylko rybą (gotowaną) i słodyczami. Co roku gwałtownie spada mi waga. Nie mam powodów do radości.
Nie są to także ciepłe chwile spędzane w gronie najbliższych. Zazwyczaj coś idzie nie tak i już po chwili ktoś strzela fochami.
Nie są to też prezenty. Zwykle jestem niezadowolona i kończy się to smutkiem po mojej i Świętego Mikołaja stronie.
Nie jest to także koniec adwentu, z którego cieszą się wierzące osoby lubiące dobrą zabawę. Wtedy mogą "legalnie", "bez grzechu" udać się na dyskotekę. W adwencie huczne zabawy i obżarstwo nie są wskazane. Szczególnie, gdy ktoś tak sobie postanowi.
Na moje święta składa się przede wszystkim Kevin.Tak, mam prawie dwadzieścia lat, a wciąż oglądam Kevina ukazując emocje jak wtedy, gdy moim oczom ukazał się po raz pierwszy. Trochę mi smutno, że co roku emitują go coraz szybciej, ale dzięki temu moje Święta zaczynają się wcześniej.
Mandarynki. O takkk! Z tego co mi opowiadają, dawniej świąteczny rarytas. Niech i tak zostanie. Latem nie sięgam po ten owoc, bo szczerze mandarynka do lata mi nie pasuje. Ale w grudniu to co innego. Kiedy po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuje się ten zapach, aż chce się zaśpiewać: "Last Christmasss...!"
A jak już jesteśmy przy znanym wszystkim utworze zespołu Wham, to warto wspomnieć o wszystkich świątecznych songach, które osobiście kocham. Zdarza mi się włączyć taką piosenkę latem, ale nie oszukujmy się, to nie to samo co przed Świętami prosto z głośników radia. W tym roku Radio ZET Gold serwuje świąteczne utwory, pastorałki i obcojęzyczne kolędy praktycznie non stop. Jestem tak bardzo uradowana!
Święta kojarzą mi się z tłumem ludzi, który od samego rana w Wigilijny Dzień przedziera się przez mój dom. Tak, moja mama na urodziny dwudziestego czwartego grudnia i od rana przychodzą do Niej goście. Niby wesoło, ale jednak wszystko na wariackich papierach i w biegu nakrywanie do kolacji.
Ostatnią rzeczą, bez której nie wyobrażam sobie Świąt Bożego Narodzenia, to śpiewanie w kościele kolęd przy akompaniamencie organisty, jednocześnie mojego sąsiada. Nikt nie gra i nie śpiewa tak jak On. Jest prosto, klimatycznie i smacznie. Tak jak lubię.
Myślę, że każdy z Nas ma pewien (nie chcę pisać, że utarty, ale chyba jednak) schemat Świąt i choćby chciał, to nie usunie go z głowy.
Minusem jest to, że od kilku lat brakuje śniegu. Ale jako, że jestem osobą ciepłolubną, aż tak strasznie nie ubolewam, i wystarczy mi tych pięć rzeczy, które przytoczyłam wyżej, aby odhaczyć Święta 2014.
Życzę Wszystkim dużo radości i energii. Aby te Święta były dobre pod każdym względem.
Anita.
Bo bo tak szczerze, każdy z Nas zwraca uwagę na charakterystyczne rzeczy, które nadają grudniowi klimatu i po prostu tworzą Święta. Ja również posiadam listę takich czynników.
Wbrew pozorom, nie są to wykwintne, przypisane tylko Świętom potrawy, które przygotowuje moja mama. W Święta żywię się tylko rybą (gotowaną) i słodyczami. Co roku gwałtownie spada mi waga. Nie mam powodów do radości.
Nie są to także ciepłe chwile spędzane w gronie najbliższych. Zazwyczaj coś idzie nie tak i już po chwili ktoś strzela fochami.
Nie są to też prezenty. Zwykle jestem niezadowolona i kończy się to smutkiem po mojej i Świętego Mikołaja stronie.
Nie jest to także koniec adwentu, z którego cieszą się wierzące osoby lubiące dobrą zabawę. Wtedy mogą "legalnie", "bez grzechu" udać się na dyskotekę. W adwencie huczne zabawy i obżarstwo nie są wskazane. Szczególnie, gdy ktoś tak sobie postanowi.
Na moje święta składa się przede wszystkim Kevin.Tak, mam prawie dwadzieścia lat, a wciąż oglądam Kevina ukazując emocje jak wtedy, gdy moim oczom ukazał się po raz pierwszy. Trochę mi smutno, że co roku emitują go coraz szybciej, ale dzięki temu moje Święta zaczynają się wcześniej.
Mandarynki. O takkk! Z tego co mi opowiadają, dawniej świąteczny rarytas. Niech i tak zostanie. Latem nie sięgam po ten owoc, bo szczerze mandarynka do lata mi nie pasuje. Ale w grudniu to co innego. Kiedy po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuje się ten zapach, aż chce się zaśpiewać: "Last Christmasss...!"
A jak już jesteśmy przy znanym wszystkim utworze zespołu Wham, to warto wspomnieć o wszystkich świątecznych songach, które osobiście kocham. Zdarza mi się włączyć taką piosenkę latem, ale nie oszukujmy się, to nie to samo co przed Świętami prosto z głośników radia. W tym roku Radio ZET Gold serwuje świąteczne utwory, pastorałki i obcojęzyczne kolędy praktycznie non stop. Jestem tak bardzo uradowana!
Święta kojarzą mi się z tłumem ludzi, który od samego rana w Wigilijny Dzień przedziera się przez mój dom. Tak, moja mama na urodziny dwudziestego czwartego grudnia i od rana przychodzą do Niej goście. Niby wesoło, ale jednak wszystko na wariackich papierach i w biegu nakrywanie do kolacji.
Ostatnią rzeczą, bez której nie wyobrażam sobie Świąt Bożego Narodzenia, to śpiewanie w kościele kolęd przy akompaniamencie organisty, jednocześnie mojego sąsiada. Nikt nie gra i nie śpiewa tak jak On. Jest prosto, klimatycznie i smacznie. Tak jak lubię.
Myślę, że każdy z Nas ma pewien (nie chcę pisać, że utarty, ale chyba jednak) schemat Świąt i choćby chciał, to nie usunie go z głowy.
Minusem jest to, że od kilku lat brakuje śniegu. Ale jako, że jestem osobą ciepłolubną, aż tak strasznie nie ubolewam, i wystarczy mi tych pięć rzeczy, które przytoczyłam wyżej, aby odhaczyć Święta 2014.
Życzę Wszystkim dużo radości i energii. Aby te Święta były dobre pod każdym względem.
Anita.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


